Była 15:14 w deszczowy wtorek w Londynie, czyli dokładnie ta pora dnia, kiedy moje pieczołowicie budowane rodzicielskie ideały zazwyczaj obracają się w pył. Bliźniaczki nie spały od czasu, zanim słońce w ogóle raczyło wzejść, a nasz salon wyglądał, jakby został splądrowany przez wysoce agresywnych włamywaczy sięgających mi do kolan. W dywan były wtarte pokruszone owsiane ciastka, na kanapie widniała tajemnicza wilgotna plama, którą z premedytacją ignorowałem, a w powietrzu wibrowało ciche buczenie zwiastujące podwójny napad histerii. Rozpaczliwie potrzebowałem dwudziestu minut, żeby zmyć z twarzy resztki zaschniętego jedzenia i wypić kubek herbaty, która nie byłaby letnia. Więc, z ciężkim westchnieniem, w którym kryły się duchy całej mojej przedrodzicielskiej arogancji, sięgnąłem po pilota, żeby odpalić sequel tego szalenie popularnego filmu o korporacyjnym bobasie.

Śmierć mojego poczucia przedrodzicielskiej wyższości

Zanim dziewczynki przyszły na świat, byłem po prostu nieznośny. Miałem wielkie wizje tego, że nasz dom pozostanie estetycznym sanktuarium, z którego wygnano ekrany, a moje dzieci będą cicho oddawać się samodzielnej, bogatej sensorycznie zabawie, podczas gdy przez mieszkanie będą płynąć dźwięki muzyki klasycznej. Przez pierwszych kilka miesięcy naprawdę myślałem, że mi się udało. Mieliśmy ten wspaniały Drewniany Stojak Edukacyjny | Tęczowy Zestaw z Zabawkami Zwierzątkami ustawiony na środku pokoju, a ja kładłem je pod nim, patrząc, jak uderzają w małego drewnianego słonika swoimi nieskoordynowanymi piąstkami. To było genialne, naprawdę. Wyglądał niesamowicie stylowo, nie wydawał z siebie irytujących elektronicznych dźwięków, a naturalne materiały idealnie wpisywały się w moje złudzenie, że mam pełną kontrolę nad swoim otoczeniem.

Ale potem nauczyły się chodzić, biegać i wyrażać silne, przerażające opinie na temat swojej rozrywki. Piękny drewniany stojak został w końcu porzucony na rzecz wszystkiego, co migało, pikało lub zawierało chaotyczną, generowaną komputerowo animację. Spokojne środowisko w duchu Montessori, które tak starannie zaaranżowałem, zostało systematycznie zdemontowane przez dwa maluchy, które odkryły, że świecący prostokąt na ścianie kryje w sobie o wiele więcej emocji niż gustowna geometryczna bryła.

Co tak naprawdę dzieje się w tym filmie

Jeśli jeszcze nie poddaliście się torturze oglądania tego konkretnego animowanego sequela, wiedzcie, że jego fabuła to w zasadzie sen wariata wywołany brakiem snu. Oryginalni bracia, Tim i Ted, dorośli i oddalili się od siebie, tylko po to, by magicznie zamienić się z powrotem w dzieci i móc pod przykrywką zinfiltrować bardzo podejrzaną szkołę. Złoczyńcą jest zły, genialny brzdąc, który planuje użyć aplikacji na smartfona, aby zahipnotyzować wszystkich rodziców na świecie.

Muszę się tu zatrzymać, ponieważ ten wątek kontroli umysłów wywołał we mnie bardzo specyficzny, głęboko zakorzeniony lęk milenialsa. Jako ktoś, kto i tak spędza zbyt dużo czasu gapiąc się w telefon, podczas gdy moje dzieci próbują wcisnąć mi na wpół zjedzone kawałki owoców, pomysł aplikacji zmieniającej rodziców w dosłownych, niemrugających zombie uderzył nieprzyjemnie blisko prawdy. Film przedstawia zahipnotyzowanych rodziców rojących się jak bezmyślny tłum, co miało być zabawne, ale u mnie wywołało jedynie cichy kryzys egzystencjalny na kanapie, podczas gdy bliźniaczki pokazywały palcami na ekran i chichotały na widok psa w okularach.

Dlaczego filmy dla dzieci tak bardzo upierają się przy tych głęboko psychologicznych motywach rodem z horroru, zamaskowanych jako prosta komedia? Wpadłem w spiralę przemyśleń o naszym zbiorowym cyfrowym uzależnieniu i o tym, czy moje córki pewnego dnia będą mnie postrzegać jako uzależnionego od ekranu zombie, całkowicie ignorując fakt, że rysunkowy bobas-ninja walczył właśnie z kimś za pomocą linijki.

Sama animacja jest, jak można się spodziewać, jaskrawa, chaotyczna i porusza się z prędkością światła.

Opinie medyczne i wielka debata o czasie przed ekranem

Podczas bilansu dwulatka nasz pediatra delikatnie poruszył temat telewizji, zauważając z uniesioną brwią, że błyskawiczne zmiany scen mogą nieco przebodźcować rozwijające się mózgi, chociaż wydawał się o wiele bardziej zaniepokojony tym, czy jedzą wystarczająco dużo warzyw i czy śpię więcej niż cztery godziny.

Medical opinions and the great screen time debate — Why I let my toddlers watch the boss baby 2 and lived to tell

Z ulotki przeczytanej w poczekalni mgliście kojarzę, że dopamina bierze czynny udział, gdy jaskrawe kolory gwałtownie migają na ekranie, ale rozszyfrowanie dokładnej reakcji neurochemicznej małego dziecka to trochę ponad moje zmęczone możliwości. Nauka w tej kwestii zawsze wydaje się niesamowicie mętna, owinięta w sprzeczne badania, które zmieniają się co pięć lat, pozostawiając nas, rodziców, ze zgadywanką, czy godzina animowanego szpiegostwa na stałe przeprogramuje ich płaty czołowe, czy tylko sprawi, że będą trochę nadpobudliwe przed kolacją.

Działania wojenne rodzeństwa w wysokiej rozdzielczości

W swojej istocie film bardzo stara się opowiadać o braciach, którzy oddalili się od siebie i muszą ponownie nauczyć się współpracować. To miłe przesłanie, ale siedząc między moimi dwiema córkami, czułem, że jest mi ono zupełnie obce. Moje dziewczyny dzielą sypialnię, urodziny i przerażająco zsynchronizowaną zdolność do domagania się przekąsek, ale obecnie toczą codzienną wojnę o terytorium z absolutnie żadnego powodu.

Dopiero wczoraj mieliśmy incydent z udziałem Zestawu Miękkich Klocków dla Niemowląt. Cóż, jak na zabawki, są po prostu w porządku. Mają na sobie cyfry i małe owoce, co teoretycznie jest edukacyjne, i całkiem ładnie się je układa. Ale w naszym mieszkaniu służą prawie wyłącznie jako miękka, gumowa artyleria. Bliźniaczka A zdecydowała, że chce niebieski klocek, który trzymała Bliźniaczka B, mimo że przy jej lewej stopie leżał identyczny niebieski klocek. Wynikła z tego potyczka obejmowała mnóstwo wrzasków, krótki mecz zapaśniczy na dywanie i klocek rzucony prosto w moją głowę. Ich zbawienną cechą jest to, że są zrobione z naprawdę miękkiej gumy, więc nikt nie wymagał wycieczki na SOR, ale na pewno nie wyglądało to jak to wzruszające pojednanie rodzeństwa rozgrywające się na ekranie telewizora.

Jeśli właśnie szukacie sposobów na odciągnięcie swoich własnych zwaśnionych frakcji od telewizora na chociaż pięć minut, możecie zechcieć przejrzeć zrównoważone kolekcje w Kianao, choć absolutnie nie obiecuję, jak długo traktat pokojowy utrzyma się w waszym domu.

Nieunikniona rzeczywistość żartów toaletowych

Jako nieco powściągliwy Brytyjczyk, mam bardzo skomplikowaną relację z ogromną ilością toaletowego humoru we współczesnych bajkach dla dzieci. Ten film jest absolutnie przesiąknięty żartami z funkcji fizjologicznych, gołymi rysunkowymi pośladkami i gagami opierającymi się głównie na słowie "tyłek".

The unavoidable reality of potty humor — Why I let my toddlers watch the boss baby 2 and lived to tell

Oczywiście była to jedyna część dialogów, na którą bliźniaczki w ogóle zwróciły uwagę. Nie rozumieją złożonej dynamiki emocjonalnej dorosłych braci konfrontujących się z traumą z dzieciństwa, ale absolutnie rozumieją komediowe wyczucie czasu rysunkowej postaci przewracającej się i wydającej niegrzeczny dźwięk.

Podczas głośniejszych, bardziej irytujących scen musiałem zastosować taktykę aktywnej pacyfikacji. Jednej z moich córek właśnie wyrzyna się ząb trzonowy, co oznacza, że egzystuje w stanie nieustannego ślinienia się i frustracji. Akurat gdy ogromna, hałaśliwa sekwencja akcji na ekranie sięgała zenitu, zaczęła próbować gryźć róg szafki pod telewizor. Szybko chwyciłem jej Gryzak Bubble Tea i wcisnąłem go w jej małą, lepką rączkę. Szczerze mówiąc, to absurdalne silikonowe cudo jest w tej chwili moim absolutnie ulubionym przedmiotem w naszym domu. Ma kształt kubka herbaty boba, co mnie bawi, ale co ważniejsze, teksturowana część na górze trafia dokładnie w odpowiednie miejsce w jej szczęce. Siedziała tam, agresywnie żując fioletowe perły boba, całkowicie zahipnotyzowana rysunkowym chaosem, a ja odetchnąłem pierwszym szczerym westchnieniem ulgi tego popołudnia.

Wątek presji szkolnej, przez który oblałem się zimnym potem

W filmie pojawia się poboczny wątek starszej córki, Tabithy, która doświadcza silnego lęku przed występami w związku z zimowym przedstawieniem szkolnym. Stresuje się swoimi ocenami, stresuje się śpiewaniem i ogólnie dźwiga ciężar współczesnych oczekiwań edukacyjnych na swoich malutkich, animowanych barkach.

Zdałem sobie sprawę, że ściskam zimny kubek herbaty, nagle panikując na temat rankingów placówek, rejonizacji szkół podstawowych i tego, czy robię wystarczająco dużo, by wspierać ich wczesne umiejętności czytania i pisania. Moje dziewczyny ledwo łączą w zdaniu trzy słowa, ale przez ten film animowany zacząłem się głęboko niepokoić o ich przyszłe egzaminy końcowe. Film zgrabnie zamyka to skomplikowane psychologiczne brzemię numerem muzycznym, co wydało mi się szalenie niesprawiedliwe, ponieważ moje próby wyśpiewania lęków bliźniaczek zazwyczaj kończą się tym, że zasłaniają mi usta dłońmi.

Pokłosie i to, czego rzekomo się nauczyliśmy

Kiedy w końcu pojawiły się napisy końcowe, w salonie był z jakiegoś powodu jeszcze większy bałagan niż na początku, moja herbata była całkowicie zimna, a wilgotna plama na kanapie pozostała tajemnicą. Czy dziewczynki przyswoiły wzruszające przesłanie filmu o trwałych więziach rodzinnych i wadze obecności rodziców ponad sukces materialny? Prawie na pewno nie.

Zamiast zadręczać się precyzyjną wartością edukacyjną każdej klatki animacji lub próbować wymusić rygorystyczną utopię bez ekranów, która istnieje tylko w poradnikach dla rodziców, może po prostu usiądźcie z nimi na podłodze, zaakceptujcie absurd animowanych bobasów w garniturach biznesowych i módlcie się, by nieunikniony zjazd po filmie nastąpił przed porą snu.

Jeśli i wy przetrwaliście dzisiaj swój własny kinowy test wytrzymałości i chcecie wymienić zabawki, które dzieci zepsuły naśladując animowanych ninja, sprawdźcie pełną gamę cichych, niemigających, ekologicznych niezbędników dla dzieci od Kianao, zanim zanurzycie się w absolutnym bałaganie, jakim jest mój mózg w poniższej sekcji FAQ.

Pytania, które zadawałem sobie o 3 nad ranem

Kiedy w domu robi się wreszcie cicho, to właśnie takie absurdy wpisuję w Google pod osłoną nocy.

W jakim wieku dzieci naprawdę rozumieją fabułę tych filmów?

Common Sense Media i rozmaite fora internetowe pełne zatroskanych rodziców sugerują wiek sześciu lub siedmiu lat dla zrozumienia złożonych tematów rozpadu więzi i korporacyjnego szpiegostwa. Z mojego osobistego doświadczenia z dwulatkami wynika, że rozumieją dokładnie zero procent fabuły. Interesują je wyłącznie głośne dźwięki, jaskrawe kolory i kucyk, który od czasu do czasu przebiega przez ekran. Fabuła służy tu wyłącznie temu, by dorośli całkowicie nie postradali zmysłów.

Dlaczego jest tam tyle żartów skierowanych bezpośrednio do dorosłych?

Bo animatorzy wiedzą, że to my trzymamy pilota, my płacimy za serwis streamingowy i to my powoli umieramy w środku. Odniesienia kulturowe i łagodny egzystencjalny lęk wplecione w dialogi to koło ratunkowe rzucone rodzicom uwięzionym na kanapie w deszczowe wtorkowe popołudnie. To taki kinowy mechanizm radzenia sobie ze stresem.

Czy powinienem się martwić łagodnymi przekleństwami, których używają?

Postacie w tym filmie często rzucają słowami takimi jak „głupi”, „beznadziejny” czy „tyłek”. Pielęgniarka środowiskowa mogłaby wam powiedzieć, żebyście ściśle monitorowali ich słownictwo, ale szczerze mówiąc, zanim moje bliźniaczki na poważnie nauczą się wyraźnie wymawiać słowo „głupi”, usłyszą ode mnie znacznie gorsze rzeczy, kiedy w nocy nadepnę na zbłąkany klocek Lego.

Czy taka ilość dynamicznego czasu przed ekranem naprawdę lasuje im mózgi?

Nasz pediatra wymamrotał coś o receptorach dopaminy i czasie skupienia uwagi, co na pewno jest całkowicie popartą naukowo prawdą. Jednak w dni, kiedy wszyscy płaczą od piątej rano, mocno wierzę, że 90 minut szybkiej animacji CGI to niezbędna interwencja medyczna dla mojego własnego zdrowia psychicznego. Równoważymy to, gapiąc się później na jakieś drzewa.

Czy rodzeństwo w końcu przestaje okładać się zabawkami?

Film sugeruje, że bracia i siostry z czasem się jednają i tworzą nierozerwalną więź. Patrząc na moje bliźniaczki, które obecnie walczą o jedną skarpetkę, mimo że posiadają dwadzieścia identycznych par, podejrzewam, że ten traktat pokojowy nie nastąpi, dopóki nie skończą co najmniej trzydziestu pięciu lat i nie będą musiały spiskować przeciwko mnie o spadek.