Moja kochana babcia siedziała na naszym ganku w swoim ulubionym kwiecistym szlafroku, kiedy nagle sięgnęła do swojej ciemnej, tajemniczej torebki i wyciągnęła z niej lepkiego, w połowie roztopionego cukierka. Mój najstarszy syn, który miał wtedy ledwie jedenaście miesięcy i dokładnie dwa dolne zęby, rzucił się na niego jak dziki szop, który nie jadł od tygodni. Przysięgam, że serce dosłownie stanęło mi w piersi. Musiałam rzucić się przez meble ogrodowe, żeby przechwycić tę cukrową bombę, zanim zdążył wepchnąć ją sobie do buzi, podczas gdy babcia tylko się śmiała i powtarzała, że odrobina słodyczy jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Będę z wami szczera – przepaść pokoleniowa w kwestii tego, czym karmimy niemowlęta, jest po prostu szalona. Moja mama i babcia przetrwały mroczne wieki macierzyństwa, kiedy wcieranie whisky w ząbkujące dziąsła i karmienie niemowląt syropem kukurydzianym było na porządku dziennym, więc uważają moje surowe zasady dotyczące dodanego cukru za totalną przesadę. Ale po tym incydencie na ganku dotarło do mnie, że muszę wreszcie dowiedzieć się, o co dokładnie chodzi z tymi słodyczami. Mówiąc wprost, byłam zbyt wykończona ciągłymi kłótniami, żeby walczyć bez konkretnych argumentów w zanadrzu.
Mój najstarszy syn jest żywym ostrzeżeniem w niemal każdej kwestii, a jego pociąg do słodyczy nie jest tu wyjątkiem. Ponieważ był moim pierwszym dzieckiem, wcześnie uległam pokusie przekupywania go jedzeniem. Byłam permanentnie zmęczona, mąż pracował do późna, i jeśli garść pianek mogła zapewnić mu ciszę w kolejce do kasy, po prostu mu je dawałam. Teraz traktuje wszystko, co zielone, jak materiał radioaktywny i potrafi negocjować deser niczym bezwzględny prawnik korporacyjny. Dlatego przy drugim i trzecim dziecku ostro wcisnęłam hamulec w tym pociągu pełnym cukru.
Co naprawdę powiedziała moja lekarka o słodyczach
Kiedy zabrałam moją drugą córeczkę na wizytę kontrolną, zapytałam naszą pediatrę, doktor Miller, wprost: dlaczego wszyscy w internecie tak panikują z powodu niemowląt i cukru. Posadziła mnie i wyjaśniła, że dzieci poniżej drugiego roku życia naprawdę nie powinny w ogóle jeść dodanego cukru, głównie ze względu na zjawisko wypierania składników odżywczych. Pewnie teraz masakruję naukową stronę jej tłumaczeń, ale sens był taki: niemowlęta mają niesamowicie maleńkie żołądki. Kiedy wypełniasz tę cenną przestrzeń pustymi kaloriami ze smakołyków, dosłownie brakuje w nich miejsca na żelazo i cynk, których rozpaczliwie potrzebują do rozwoju mózgu.
Wspomniała też, że niemowlęta od urodzenia są biologicznie zaprogramowane na preferowanie słodkich smaków, ponieważ mleko matki jest bardzo słodkie. Jeśli więc wprowadzisz słodkie pokarmy zbyt wcześnie, w zasadzie tylko wzmacniasz tę preferencję i gwarantujesz sobie, że dziecko będzie wypluwać przecier z groszku prosto w twoje włosy. Szczerze mówiąc, miało to dla mnie mnóstwo sensu. Aha, napędziła mi też niezłego stracha w kwestii miodu, wyjaśniając, że botulizm dziecięcy to bardzo realne i przerażające zagrożenie, a nie tylko jakieś babskie gadanie. Od tamtej pory do pierwszych urodzin zamykamy miód w szafce niczym odpady radioaktywne. Czekolada też absolutnie odpada, głównie dlatego, że mieszanka energii malucha z ukrytą kofeiną brzmi jak kara, której nie życzyłabym najgorszemu wrogowi.
Totalne szaleństwo twardych cukierków
Porozmawiajmy przez chwilę o ryzyku zadławienia, bo będę tego bronić jak niepodległości. Nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek uważa, że twarde, lepkie lub ciągnące się cukierki są odpowiednie dla dzieci, które ledwo potrafią żuć cokolwiek swoimi własnymi dziąsłami. Ten słodki cukierek, który moja babcia próbowała dać mojemu synowi? To są twarde jak kamień karmelki, które dosłownie potrafią wyciągnąć koronę z zęba dorosłego człowieka.

Na samą myśl o tym, że niemowlak próbuje połknąć lepką grudkę karmelu lub twardą miętówkę, mrozi mi krew w żyłach. Nie mają zębów trzonowych, żeby to rozgryźć, nie mają odpowiedniej koordynacji języka, żeby bezpiecznie przesuwać to w buzi, a do tego ma to dokładnie taki sam kształt jak ich maleńka tchawica. Spędzam pół dnia na krojeniu borówek na mikroskopijne ćwiartki, więc pomysł podania dziecku żelka sprawia, że mam ochotę hiperwentylować się do papierowej torby. Jeśli jakiś krewny próbuje wcisnąć twojemu dziecku twardego cukierka, masz moje pełne błogosławieństwo, żeby wytrącić mu go z ręki i zwalić winę na odruch bezwarunkowy.
Jak radzimy sobie z podstępnymi krewnymi
W zasadzie musisz ciągle mrużyć oczy, czytając drobny druczek na etykietach w sklepie, żeby wyłapać pięćdziesiąt różnych ukrytych nazw cukru, i delikatnie, acz stanowczo konfiskować kartoniki z sokiem od mających dobre intencje dziadków, zanim zdążą wbić w nie słomkę – a to wszystko bez wywoływania otwartej wojny rodzinnej. To po prostu wyczerpujące.
Moja mama strasznie się obrażała, kiedy przechwytywałam ciasteczka, które próbowała po cichu podrzucić dziecku. Czuła, że odrzucam jej miłość. W końcu musiałam posadzić ją przy kuchennym stole, nalać nam obu obscenicznie mocnej kawy i wytłumaczyć, że wcale nie próbuję odzierać dziecka z radości. Próbuję tylko zbudować fundamenty, dzięki którym moje dziecko może czasem z własnej woli zjeść marchewkę. Powiedziałam jej, że jeśli chce rozpieszczać dzieci, może im kupować te wszystkie irytujące, głośne i świecące zabawki, na jakie tylko ma ochotę, albo przynosić zeszyty z naklejkami.
Całkowicie zrezygnowaliśmy z podziału na „dobre” i „złe” jedzenie, bo mój najstarszy zaczął chomikować resztki wielkanocnych jajek z czekolady pod kanapą, co w środku lipca zwabiło do naszego salonu całą kolonię mrówek. Teraz po prostu mówię o „jedzeniu, od którego się rośnie” i „jedzeniu dla zabawy”, i staram się nie robić z tego wielkiej afery, kiedy jesteśmy na urodzinach i siłą rzeczy zjadają babeczkę składającą się w 90 procentach z niebieskiego lukru.
Akcesoria, które naprawdę się u nas sprawdzają
Jeśli próbujesz wyeliminować cukier, ale nadal musisz uspokoić marudne, ząbkujące niemowlę, które swoim krzykiem burzy ściany, potrzebujesz solidnych rozpraszaczy. Zamiast wcierać w ich dziąsła osłodzoną wodę, co doradziła mi moja cioteczna babka w zeszłe Święto Dziękczynienia, my w dużej mierze polegamy na gryzaku Panda. Będę z tobą w 100% szczera: kupiłam go, bo był przystępny cenowo i wyglądał uroczo, ale naprawdę działa dziesięć razy lepiej niż te wszystkie mokre myjki, które tylko zostawiają obrzydliwe kałuże na mojej kanapie. Ma takie świetne małe wypustki, które sięgają aż do miejsc, gdzie będą trzonowce, a kiedy siłą rzeczy wpadnie do kałuży na parkingu, po prostu wrzucam go prosto do zmywarki.

Podczas posiłków, kiedy zamiast słodkich przekąsek serwujemy rozgniecione jagody i zwykły pełnotłusty jogurt, bałagan jest absolutnie biblijny. Plamy z owoców to nie przelewki. Praktycznie non stop ubieram je w to bezrękawnikowe body z organicznej bawełny, gdy jesteśmy w domu. Jest na tyle tanie, że nie płaczę, kiedy pokrywa się zgniecionymi malinami, a przy tym materiał jest niesamowicie miękki i elastyczny. Piorę je w trybie dla bardzo zabrudzonych ubrań bez żadnej litości, a one i tak pięknie trzymają swój kształt.
Jeśli chcesz rzucić okiem na nietoksyczne rzeczy, które jakoś dają radę przetrwać chaos mojego domu, możesz sprawdzić kolekcję dziecięcą Kianao tutaj. Robią porządne rzeczy, na które nie trzeba brać kredytu pod zastaw samochodu.
Wiadomo, nie wszystko od razu jest strzałem w dziesiątkę. Kupiłam też Tęczowy zestaw aktywizujący, myśląc, że będzie to takie piękne, spokojne centrum aktywności. Jest naprawdę śliczny i prezentuje się bardzo estetycznie w moim salonie, co jest rzadką przyjemnością. Ale mój starszak tylko na to spojrzał i uznał, że jego życiową misją będzie powalenie tego na ziemię niczym gracz futbolu amerykańskiego. Mała co prawda uwielbia wpatrywać się w tego drewnianego słonika, ale muszę stać na straży przez cały czas, żeby upewnić się, że jej starszy brat nie spróbuje ujeżdżać go jak konia. Dla maluszka sprawdza się super, tylko może nie jest to ideał, jeśli w tym samym pokoju biega dziki kilkulatek.
Znalezienie własnej równowagi
Słuchaj, internet chce, żebyś uwierzyła, że ponosisz porażkę, jeśli na roczek swojego dziecka nie pieczesz bezcukrowych, organicznych babeczek nafaszerowanych szpinakiem. Sama raz spróbowałam podejścia rodem z estetycznego Instagrama, wydałam kupę kasy na wymyślne składniki w naszym lokalnym sklepie, a moje dziecko po prostu rzuciło tą babeczką prosto w naszego psa. Pies nawet nie chciał na nią spojrzeć.
Robisz, co w twojej mocy. Zapewniamy nudne, ale pożywne codzienne menu, unikamy zagrożeń zadławienia niczym Neo w Matrixie i zostawiamy słodycze na czas, kiedy będą na tyle duże, by usiąść przy stole i zjeść kawałek ciasta bez wmasowywania go sobie do uszu. Zanim ruszysz odpierać atak kolejnego krewnego próbującego wcisnąć twojemu niemowlakowi piankę, zaopatrz się w kilka solidnych akcesoriów, które naprawdę pomogą zająć malucha. Wrzuć tego gryzaka Pandę do koszyka, a podziękujesz mi później.
Pytania, które naprawdę mogą cię nurtować
Kiedy w końcu pozwoliłaś swoim dzieciom na prawdziwy cukier?
Szczerze mówiąc, mniej więcej w okolicach ich drugich urodzin. Doktor Miller powiedziała, że to jest nasza linia mety, i przy dwójce młodszych w zasadzie udało nam się ją osiągnąć. Daliśmy im zwykłą babeczkę ze sklepu, upaćkały się lukrem po same brwi i przetrwały to. Po drugim roku życia po prostu staramy się zachować umiar, żeby nie zmieniły się w przebiegłych chomikujących cukier spryciarzy, jak to miało miejsce z moim najstarszym synem.
Co robisz, gdy inna mama daje twojemu dziecku słodką przekąskę podczas zabawy?
Po prostu mimochodem ją przechwytuję i mówię coś w stylu: „O kurczę, jej brzuszek coś dzisiaj szwankuje, wstrzymam się z tym, żebyśmy nie mieli pieluchowej eksplozji w twoim salonie”. Nikt — i mam na myśli absolutnie nikt — nie będzie dyskutował z groźbą wybuchającej pieluchy malucha na własnym dywanie. To działa za każdym razem.
Czy te owocowe musy w tubkach ze sklepu są naprawdę zdrowe?
Większość z nich to w gruncie rzeczy tylko drogi syrop owocowy przebrany za zdrową żywność. Na własnej skórze nauczyłam się czytać to, co jest napisane z tyłu opakowania. Jeśli zawartość cukru jest wyższa niż moje własne dzienne zapotrzebowanie, odkładam to z powrotem. I tak wolę rozgnieść prawdziwego banana, bo wychodzi o wiele taniej i nie zalega potem w pojemniku na recykling, drwiąc ze mnie.
Jak radzisz sobie w święta, kiedy słodycze są dosłownie wszędzie?
Mamy mnóstwo niespożywczych niespodzianek. Na Wielkanoc wypełniam plastikowe jajka włochatymi skarpetkami, naklejkami i tymi małymi pastylkami do kąpieli, które farbują wodę na niebiesko. W Halloween, podczas spaceru po okolicy, niemowlak po prostu żuje swój gryzak, a kiedy starszaki pójdą spać, my z mężem po cichu wyjadamy z ich wiaderek tę najlepszą czekoladę. To taki nasz podatek rodzicielski.
Czy sok jest naprawdę taki zły? Moja babcia ciągle nam go znosi.
Tak, to właściwie tylko woda z cukrem, pozbawiona tego dobrego błonnika, który znajduje się w prawdziwych owocach. Mówię mojej rodzinie, że pediatra wypisał nam rygorystyczną receptę wyłącznie na wodę i zwykłe mleko. Zwalaj wszystko na lekarza! Po to w końcu kończyli studia medyczne, żebyśmy mogły robić z nich kozły ofiarne przed naszymi irytującymi członkami rodziny.





Udostępnij:
Trend Suki Baby: Czego nie mówią gwiazdy rocka w trasie
Cisza na oddziale: szpitalna rzeczywistość po urodzeniu martwego dziecka