Był wtorek, 2017 rok, a ja pociłam się w szarej ciążowej tunice w zatłoczonym Starbucksie, desperacyjnie starając się ignorować fakt, że moje kompresyjne legginsy skutecznie odcinały dopływ krwi do moich ud. Mój mąż, Mark, siedział naprzeciwko z na wpół zjedzoną jagodową brioszką i żółtym notatnikiem, agresywnie wykreślając każde pojedyncze imię, które z miłością selekcjonowałam przez ostatnie sześć miesięcy. Wszystko było albo „zbyt dziwne”, „brzmi jak facet, którego nienawidziłem na studiach”, albo „wygląda jak literówka”. Ja chciałam czegoś wyjątkowego, ale nie cudacznego. On chciał czegoś, co brzmi jak imię księgowego z 1956 roku. Funkcjonowałam po czterech godzinach snu, napędzana mrożoną latte bez kofeiny, która smakowała jak głębokie rozczarowanie.

Nadawanie imienia drugiemu człowiekowi wiąże się z absurdalną wręcz presją. Dosłownie przypisujesz komuś dźwięk, na który będzie musiał reagować aż do śmierci, a to spory ciężar. Kiedy patrzę na to, jak dzisiaj wszyscy nazywają swoje dzieci, uderza mnie, jak wiele się zmieniło, a jednocześnie – jak wciąż toczymy te same pełne paniki kłótnie w kawiarniach.

Patrząc na obecne listy trendów, to szalona mieszanka agresywnie staroświeckich zdrobnień i dzieci nazywanych od roślin. I wiecie co? Nawet mi się to podoba. Ale chciałabym, żeby ktoś powiedział mi wtedy to, co wiem teraz o tym, jak ten cały cyrk z imionami dla dzieci wygląda w prawdziwym życiu.

Lista weta mojego męża i rzeczywistość pierwszej dziesiątki

Według oficjalnych statystyk, które obsesyjnie odświeżam, kiedy zwlekam z prawdziwą pracą, czołowe miejsca to w zasadzie zamknięta twierdza. Wśród dziewczynek mamy: Olivię, Emmę, Sophię, Charlotte i Isabellę. U chłopców to: Liam, Noah, Oliver, Elijah i Mateo. To piękne imiona. Są klasyczne. I są dosłownie wszędzie.

Ale jest coś, co sprawia, że mam ochotę krzyczeć w poduszkę: Ellie po raz pierwszy wdarła się do pierwszej dziesiątki, wyrzucając z niej Evelyn. Posłuchajcie. Evelyn to poważne imię dla kobiety, która wcześnie rozlicza podatki, a po godzinach być może rozwiązuje zagadki kryminalne. Ellie to golden retriever. Nie wiem, dlaczego tak bardzo mnie to irytuje, ale czuję, że to osobisty atak na styl i wyrafinowanie retro. W każdym razie, chodzi o to, że trendy w nadawaniu imion zmieniają się z formalnych i poważnych na po prostu urocze.

Sofia odzyskała pierwsze miejsce, bo najwyraźniej wszyscy jesteśmy globalnie zjednoczeni w naszej miłości do imion pełnych samogłosek, idźmy dalej.

A potem jest Sarah. Moje imię. Po ponad 60 latach wygodnego zasiadania w pierwszej setce, Sarah w końcu spadła na 108. miejsce. Jestem oficjalnie przestarzała. Jestem artefaktem z dawnych lat. Moje imię jest teraz odpowiednikiem zakurzonego telefonu stacjonarnego i szczerze mówiąc, niech tak będzie.

Teraz nazywamy dzieci na cześć drzew i dziadków

Obecnie obserwujemy masowy zwrot ku imionom inspirowanym naturą i ziemią. Rodzice rozglądają się po dworze i po prostu pokazują palcem na rzeczy. Willow, Hazel, Ivy, Juniper, Wren, Dove. To trochę jak bunt milenialsów i pokolenia Z przeciwko sterylnemu, zapatrzonemu w ekrany światu, w którym żyjemy. Chcemy, żeby imiona naszych dzieci brzmiały tak, jakby całymi dniami beztrosko hasały po łąkach, nawet jeśli w rzeczywistości po prostu zjadają pokruszone chrupki z podłogi w naszej Hondzie CR-V.

We just name children after trees and grandparents now — What I Wish I Knew Before Obsessing Over Popular Baby Names 2024

Czytałam gdzieś – prawdopodobnie w jakimś artykule, który przejrzałam w połowie o 3 rano podczas karmienia – że koreluje to z niepokojem naszego pokolenia o zmiany klimatyczne i naszym pragnieniem zrównoważonego rozwoju. Chcemy, żeby wszystko było ekologiczne, więc dajemy naszym dzieciom ekologiczne imiona. To ma sens. To ten sam powód, dla którego estetyka całego mojego domu zmieniła się z „wyprzedaży w supermarkecie” na „smutny, organiczny beż” w minucie, w której zaszłam w ciążę.

Kiedy urodziła się Maya, poszliśmy na całość w ten naturalny, zrównoważony klimat. Praktycznie żyłam dla niemowlęcego body na ramiączkach z bawełny organicznej od Kianao. Jest w 95% z niefarbowanej, organicznej bawełny, co jest super, ponieważ skóra Mayi pokryłaby się wściekle czerwoną wysypką, gdyby tylko spojrzała na syntetyczne włókno. Było takie jedno popołudnie w bardzo cichej, bardzo pretensjonalnej lokalnej piekarni, gdzie przydarzyła jej się pieluszkowa wpadka o epickich proporcjach. Miała to na plecach. Miała to we włosach. Ja płakałam, ona płakała, ale te zakładkowe ramiona w body Kianao pozwoliły mi ściągnąć ten cały toksyczny bałagan w dół, przez jej stópki, a nie przez głowę, ratując nas obie przed dosłowną katastrofą biologiczną. To mój absolutnie ulubiony element ubranek dziecięcych. Co najlepsze, naprawdę przetrwał jej pierwszy rok życia.

Jeśli i tak już wpadacie do króliczej nory z naturalnymi, organicznymi imionami dla dzieci, równie dobrze możecie całkowicie wejść w tę estetykę i poznać dziecięce kocyki oraz organiczne kolekcje Kianao. Warto chociażby po to, by poczuć ten zrównoważony styl życia, który, szczerze mówiąc, bardzo uspokaja pośród codziennego chaosu.

Kowbojski trend wymknął się spod kontroli

Dobra, musimy porozmawiać o liście dla chłopców. Obecnie mamy do czynienia z mikrotrendem, który eksperci od nadawania imion nazywają „Nowoczesnym Kowbojem”, ale ja nazywam to po prostu „Imionami z Yellowstone”.

Colter. Stetson. Kayce. Wyatt.

Mieszkamy na przedmieściach, blisko marketu budowlanego i wybiegu dla psów ze sztuczną trawą, ale Mark, facet, który dostaje zadyszki wnosząc zakupy, desperacko chciał nazwać naszego syna Stetson. Prawie złożyłam pozew o rozwód. Zapytałam go, czy planuje kupić ranczo, czy po prostu tak bardzo lubi kapelusze, i nie odzywał się do mnie przez cały dzień. Siła telewizji jest przerażająca, mówię wam.

Zamiast tego wybraliśmy imię Leo. Głównie dlatego, że to trzy litery, napakowane samogłoskami (co jest kolejnym ogromnym trendem – Mia, Ezra, Luca, Koa) i brzmiało w miarę normalnie jak na moment, kiedy w końcu będę musiała krzyczeć przez cały plac zabaw, gdy on odmówi wyjścia z piaskownicy.

A skoro mowa o Leo, chciałabym wiedzieć wtedy o bambusowym kocyku dziecięcym w kolorowe dinozaury od Kianao. Kiedy Leo miał około dziesięciu miesięcy, wpadł w totalną obsesję na punkcie dinozaurów. Moja teściowa kupiła mu okropny, drapiący poliestrowy koc z T-Rexem z wielkiego hipermarketu. Upierał się, by z nim spać każdej nocy, a ponieważ materiał w ogóle nie oddychał, budził się z krzykiem, cały zalany potem. Ten od Kianao to w 70% bambus i w 30% organiczna bawełna, więc uczciwie mówiąc, świetnie utrzymuje stabilną temperaturę. Dodatkowo te małe turkusowe i limonkowe dinozaury są naprawdę urocze, wcale nie przypominają przerażających potworów z filmów. Jest miękki, przewiewny i nie sprawia, że Twoje dziecko budzi się z poczuciem, jakby spało w saunie.

Jak całkowicie oblałam test werandy

Jeśli jesteś teraz w ciąży i hiperwentylujesz nad arkuszem kalkulacyjnym z imionami dla dzieci, prawdopodobnie słyszałaś o „teście werandy”. Polega to na tym, że stajesz na tarasie i wielokrotnie wykrzykujesz imię, tak jakbyś wołała swoje dziecko na obiad, tylko po to, żeby sprawdzić, czy dobrze to brzmi.

How I totally failed the porch test — What I Wish I Knew Before Obsessing Over Popular Baby Names 2024

Zrobiłam to z imieniem „Silas”, kiedy byłam w ciąży z Leo. Stanęłam na moim maleńkim balkonie i krzyknęłam „SILAS! OBIAD!”, a mój sąsiad wystawił głowę i zapytał, czy kiciam na kota.

Natychmiast porzuciłam Silasa.

Jest tyle niepokoju wokół „żalu po wyborze imienia”, który najwyraźniej dotyka około 9 procent rodziców. Martwisz się, że inicjały ułożą się w okropne słowo, albo że naturalne zdrobnienie będzie fatalne, albo też, że imię jest zbyt popularne i Twój maluch będzie jednym z pięciu Liamów w przedszkolnej grupie.

Wspomniałam o tym mojemu pediatrze, dr Guptcie, kiedy Maya była noworodkiem, nakręcając się całkowicie tym, czy „Maya” nie jest zbyt oklepane. Dosłownie wybuchnął śmiechem, podał mi pieluszkę do ulewania i powiedział, że dzieci i tak nie przetwarzają własnych imion ani nie przejmują się tym, jak się do nich zwracasz, dopóki nie skończą jakichś ośmiu miesięcy. A nawet wtedy, przez połowę czasu i tak będziesz nazywać je „Śmierdziuszkiem” czy innym „Bąbelkiem”.

Miał rację. Przez 90 procent czasu mówię na Mayę „Gąska”.

Och, krótka uwaga na marginesie na temat tej całej naturalnej estetyki. Jeśli podoba Ci się ekologiczny, minimalistyczny klimat dziecięcego pokoiku, muszę wrzucić Wam brutalnie szczerą recenzję silikonowego gryzaka panda z elementami bambusowymi. Jest... w porządku. Całkowicie bezpieczny, wykonany w 100% z silikonu spożywczego. Można go wrzucić do zmywarki, co zresztą jest jedynym sposobem na sterylizację czegokolwiek, na jaki mam jeszcze siłę. Ale tak szczerze? Bambusowe detale sprawiają, że wygląda trochę zbyt mocno jak zabawka dla psów z edycji premium. Mój golden retriever, Baxter, pomyślał, że kupiłam to specjalnie dla niego. W ciągu tygodnia trzy razy ukradł go ze stolika kawowego. Świetnie sprawdza się na ząbkujące dziąsła, Maya uwielbiała żuć te fakturowane krawędzie, ale spędziłam połowę życia, myjąc go z psiej śliny. Więc po prostu ostrzegam, jeśli macie zwierzaki, którym brakuje wyczucia granic.

Co chciałabym wiedzieć, zanim zaczęłam wpatrywać się w akt urodzenia

Oto jak naprawdę wygląda wybór imienia dla dziecka w 2024 roku, czy w każdym innym.

Stresujemy się, bo mamy poczucie, że definiujemy całą ich tożsamość, zanim w ogóle ogarną pojęcie stałości obiektu. Patrzymy na najszybciej zyskujące na popularności imiona na świecie, takie jak Ailany czy Mateo, debatujemy nad zaletami uroczych zdrobnień retro jak Millie w starciu z formalnymi imionami jak Mildred. Doprowadzamy się przy tym do absolutnego szaleństwa, próbując znaleźć to magiczne połączenie w stylu „wyjątkowe, ale nie dziwne”.

Ale to nie imię tworzy dziecko. To dziecko tworzy to imię.

Kiedy po raz pierwszy wpisujesz je w formularzu do aktu urodzenia, wciąż mając na sobie siateczkową bieliznę ze szpitala i trzęsąc się z nadmiaru adrenaliny, wydaje się, że to najcięższe słowo na świecie. Ale potem mija rok. I kolejny. I wkrótce „Hazel” to już nie tylko modne, inspirowane naturą imię, to brzdąc, który upiera się, żeby spać w kaloszach. „Oliver” to nie statystyka z pierwszej trójki, to dzieciak, który śmieje się tak mocno, że mleko tryska mu nosem.

Więc jeśli to sprawi, że będziesz szczęśliwa, wybierz kowbojskie imię. Wybierz nazwę drzewa. Wybierz trzyliterowe imię pełne samogłosek. Po prostu upewnij się, że inicjały nie ułożą się w nic katastrofalnego i postaraj się nie stracić głowy analizując rankingi popularności.

A zanim całkowicie oszalejesz na punkcie aktów urodzenia i haftowanych ręczników, ogarnij sprawy bardziej praktyczne. Wskocz na stronę Kianao i zrób zapas ekologicznych, zrównoważonych wyprawek, które naprawdę przetrwają ten pierwszy rok.

FAQ: Odpowiedzi na wszystkie Wasze spanikowane pytania dotyczące imion

Co zrobić, jeśli absolutnie nienawidzę najpopularniejszych imion z listy na 2024 rok?

Zignoruj je! Szczerze mówiąc, topowe imiona i tak stanowią tylko ułamek populacji, bo różnorodność imion jest teraz ogromna. Jeśli nie chcesz Olivii ani Noaha, zanurkuj w dolnej połowie pierwszej setki. Albo spójrz w swoje drzewo genealogiczne. Tylko nie daj sobie wmówić przez internet, że musisz wybrać modne imię, jeśli wolisz nazwać dziecko Artur lub Gary. (Chociaż Gary to może jednak nie).

Czy staromodne zdrobnienia, takie jak Millie albo Josie, nie będą zbyt nieformalne, gdy dzieci już dorosną?

Kiedyś tak myślałam, ale korporacyjny świat zmienia się tak szybko. Do czasu, gdy nasze dzieci będą szukać pracy w 2045 roku, będą konkurować z ludźmi o imionach Stetson i Juniper. CV z „Josie” na samej górze będzie czymś zupełnie normalnym. Przestań próbować ubierać przyszłego 40-latka i po prostu daj imię dziecku, które właśnie masz.

Jak przekonać partnera, by polubił moje ulubione imię?

Nie można nic robić na siłę, co jest najgorsze. Ale mój trik z Markiem polegał na tym, że po prostu zaczęłam swobodnie używać tego imienia w domu. „Chyba Leo właśnie kopie.” „Musimy kupić więcej pieluch dla Leo.” Czasami ojcowie potrzebują usłyszeć je głośno w kontekście, aby przestać o nim myśleć jak o abstrakcyjnym koncepcie i zacząć kojarzyć je z własnym dzieckiem.

Czy to naprawdę takie złe, jeśli imię mojego dziecka znajduje się w pierwszej dziesiątce?

Nie! Imiona z pierwszej dziesiątki są tam, ponieważ to po prostu wspaniałe imiona. Owszem, w pierwszej klasie mogą być „Emmą S.”, ale ja przez całe dzieciństwo byłam „Sarah M.” i jakoś to przeżyłam. Nie porzucajcie imienia, które naprawdę kochacie, tylko dlatego, że inni ludzie też mają dobry gust.

Czy imiona dzieci naprawdę mają tak duże znaczenie, jak nam się wydaje?

I tak, i nie. Mają znaczenie, bo to ich tożsamość, ale nie aż tak bardzo, jak mógłby sugerować ten bolesny proces wyboru. W sekundzie, w której rodzi się dziecko, wybrane przez Ciebie imię natychmiast się do niego dopasowuje. To trochę dziwna magia, ale zdarza się za każdym razem. O boże, samo pisanie o tym sprawia, że mam ochotę na kolejną kawę.