Jest 2:14 w nocy. Siedzę na najwyższym stopniu schodów naszego wąskiego londyńskiego segmentu, ściskając w dłoni zimnego, przeraźliwie smutnego tosta i agresywnie wpatrując się w stoper w telefonie, odliczający pięć minut w dół. Zza zamkniętych drzwi pokoju dziecięcego Florence wydaje z siebie ciągły, operowy wrzask, który z łatwością mógłby roztrzaskać szklanki do piwa w pubie na końcu ulicy. Matilda, jej siostra bliźniaczka, w sąsiednim łóżeczku na razie milczy, choć podejrzewam, że po prostu oszczędza struny głosowe, by przejąć drugą zmianę.
Ekran mojego telefonu razi w ciemnościach – mam otwartą przeglądarkę z jakimiś trzydziestoma siedmioma zakładkami pełnymi sprzecznych porad na temat tego, jak nauczyć niemowlęta samodzielnego zasypiania. Strona 47 poradnika w twardej oprawie, który właśnie wbija mi się w udo, sugeruje, by po wejściu do pokoju emanować spokojną, uspokajającą aurą. Uważam to za głęboko bezużyteczne, biorąc pod uwagę, że obecnie emanuję aurą zaszczutego wiktoriańskiego ducha.
Osiągnęliśmy punkt krytyczny. Przez równe cztery miesiące moja żona i ja funkcjonowaliśmy jak ludzka sztafeta na dmuchanym zamku, rytmicznie podskakując na skrzypiącej piłce do ćwiczeń i trzymając opatulone niemowlęta aż do wschodu słońca. Moje kolana brzmiały jak deptane suche, jesienne liście. Totalne fizyczne wyczerpanie od codziennego usypiania dzieci w podskokach całkowicie zrujnowało nasze zdrowie psychiczne. Potrzebowaliśmy wyjścia z tej sytuacji. Potrzebowaliśmy, by po prostu zamknęły oczy, bez naszego wykonywania pełnego układu gimnastyki olimpijskiej.
Wielka debata: „Kiedy zacząć?”
Nasza pielęgniarka środowiskowa, Sarah – konkretna kobieta, która, jak podejrzewam, widziała już mroczne sekrety każdego dziecięcego pokoju w południowym Londynie – usiadła na naszej kanapie, pijąc letnią herbatę, i powiedziała, że prawdopodobnie możemy już zacząć uczyć je samodzielnego zasypiania. Zbliżały się do piątego miesiąca życia, co podobno jest tym magicznym okienkiem.
Naukowe podstawy tego zjawiska są nieco mętne dla mojego pozbawionego snu mózgu, ale z tego, co ogólnie rozumiem, ma to związek z rytmem dobowym i melatoniną. Melatonina to podobno substancja chemiczna, która informuje mózg, że jest ciemno, a zatem czas spać. Niemowlęta zaczynają wytwarzać jej stałą ilość dopiero około czwartego do szóstego miesiąca życia. Wcześniej to po prostu pozbawione zasad małe, chaotyczne istoty napędzane mlekiem i adrenaliną.
Sarah wspomniała też o kryterium wagi. Nasz pediatra, dr Evans, powtórzył to tydzień później, zauważając, że gdy osiągną wagę około 6,5 kg (14 funtów), technicznie rzecz biorąc, nie potrzebują już nocnego karmienia z czysto metabolicznego punktu widzenia. Obie bliźniaczki niedawno przekroczyły tę granicę, mimo że urodziły się przedwcześnie. Były praktycznie wielkości małych arbuzów, a mimo to nadal domagały się serwisu mlecznego o 3 nad ranem, po prostu dlatego, że podobała im się atmosfera naszego cierpienia.
Słów kilka o matczynym poczuciu winy i kortyzolu
Jeśli spędzisz więcej niż pięć minut na internetowych forach dla rodziców, nabierzesz przekonania, że pozwolenie dziecku na płacz przez choćby dziesięć sekund trwale uszkodzi jego psychikę, zrujnuje waszą więź i prawdopodobnie sprawi, że obleje maturę za szesnaście lat. Moja żona przez trzy dni płakała w kuchni z powodu wątku na Reddicie o przywiązaniu matczynym.
W końcu zapytałem doktora Evansa o całą tę sprawę z hormonem stresu, ponieważ moja żona była przekonana, że zalewamy ich maleńkie mózgi kortyzolem. Oparł się w fotelu, spojrzał na wyczerpaną, zapłakaną twarz mojej żony i mimochodem wspomniał o badaniu Amerykańskiej Akademii Pediatrii, które przeczytał. Podobno naukowcy badali próbki śliny niemowląt, które przeszły przez formalną naukę zasypiania, i odkryli, że z czasem ich poziom kortyzolu faktycznie spadł, ponieważ – co szokujące – dwanaście godzin nieprzerwanego odpoczynku jest całkiem dobre dla człowieka. Niemowlęta, których nie nauczono samodzielnego zasypiania, miały wyższy poziom stresu, ponieważ ciągle budziły się wyczerpane.
Bardzo łagodnie zauważył, że nikt w naszym domu nie miał się dobrze, kiedy wszyscy mieliśmy halucynacje z niedoboru snu, a wypoczęta matka jest znacznie lepsza niż pełna żalu, wyczerpana męczennica. To było pozwolenie, którego desperacko potrzebowaliśmy.
Jak naprawdę wyglądają dostępne opcje
Kiedy rzetelnie przyjrzysz się metodom, szybko zdasz sobie sprawę, że istnieje tylko kilka sposobów radzenia sobie z tym problemem, a wszystkie brzmią nieco średniowiecznie. Zasadniczo musisz wybrać mniejsze zło w oparciu o to, ile masz wytrzymałości i jak grube są twoje ściany.

Weźmy na przykład klasyczną metodę „wypłakiwania się” (cry-it-out), którą w książkach klinicznie nazywa się „wygaszaniem”. Polega to mniej więcej na tym, że kładziesz dziecko w łóżeczku, gasisz światło, zamykasz drzwi i nie wracasz aż do rana, niezależnie od dźwięków dobiegających ze środka. W pełni rozumiem, że niektórzy na to przysięgają, twierdząc, że po trzech dniach jest po wszystkim, ale kim są ci ludzie o nerwach z czystego wolframu? Ja fizycznie nie potrafiłem tego zrobić. Słuchanie, jak Florence przechodzi od marudzenia do pełnego krzyku rozpaczy i zdrady, podczas gdy ja po prostu siedzę w salonie, wpatrując się w ścianę, było jak wojna psychologiczna. Przegryzłbym się przez ściany z płyt gipsowo-kartonowych jeszcze przed północą.
Jest też „metoda krzesła”, która polega na tym, że siadasz na krześle obok łóżeczka i przez trzy tygodnie powoli przysuwasz je do drzwi sypialni. Brzmi to jak taktyka negocjacji z porywaczami, więc natychmiast wyrzuciliśmy ten pomysł do kosza.
Ostatecznie zdecydowaliśmy się na metodę Ferbera, znaną również jako wygaszanie stopniowe, ponieważ wydawała się kompromisem pomiędzy porzuceniem a nadopiekuńczością. Odkładasz dziecko rozbudzone, wychodzisz, a jeśli płacze, wracasz w ściśle określonych odstępach czasu – po trzech minutach, potem pięciu, potem dziesięciu. Nie bierzesz go na ręce. Po prostu stoisz nad łóżeczkiem, niezgrabnie klepiesz materac, wydajesz nerwowe szumienie (co natychmiast wysusza usta), mamroczesz coś o tym, że je kochasz, i ponownie uciekasz z pokoju. Brzmi to śmiesznie, ale stoper dał mojemu zestresowanemu mózgowi jakieś zasady, których mógł się trzymać.
Jeśli wolisz niekończące się przysiady, możesz wypróbować metodę „podnieś-odłóż”, która polega na tym, że podnosisz malucha za każdym razem, gdy płacze, i odkładasz w sekundzie, gdy przestanie. Powtarzasz to tak długo, aż któreś z was zemdleje z wyczerpania.
Opracowywanie właściwej rutyny wyciszania
Zanim w ogóle spróbujesz swoich sił na froncie przed sypialnią, musisz do perfekcji opanować rutynę zasypiania. Jeśli po prostu wyciągniesz dziecko z jasno oświetlonego salonu, gdzie gryzie plastikowy pilot od telewizora, i wrzucisz je do ciemnej sypialni, z pewnością wywoła to bunt.
Nasza rutyna zamieniła się w rygorystyczną, 45-minutową sekwencję zdarzeń. Kąpiel, balsam o intensywnym zapachu lawendy, śpiworek i bardzo specyficzna kombinacja „mleko plus książeczka”. Ogromną częścią tego wszystkiego było znalezienie odpowiednich sygnałów sensorycznych. Na przykład Florence zawsze jest niesamowicie gorąco. Jeśli się przegrzeje, budzi się wściekła. Zamieniliśmy jej ciężkie, poliestrowe okrycia na Bambusowy kocyk dziecięcy w niebieskie lisy, który okazał się po prostu genialny. Jest niesamowicie miękki, ale co ważniejsze, bambusowa mieszanka naprawdę wydaje się utrzymywać jej stałą temperaturę. Florence nie budzi się już o 2:00 w nocy zlana tym dziwnym, lepkim niemowlęcym potem. Dodatkowo przyznaję, że skandynawski wzór w lisy jest znacznie przyjemniejszy dla oka niż fluorescencyjne postacie z kreskówek, na które wcześniej byliśmy skazani.
Z drugiej strony, spróbowaliśmy wprowadzić dzienne zabawki na ząbkowanie, aby pomóc im zmęczyć się przed snem. Kupiliśmy Silikonowy gryzak dla niemowląt Panda, ponieważ Matilda agresywnie obgryzała własne knykcie. Słuchajcie, to naprawdę fajny gryzak. Jest płaski, łatwy do umycia w zmywarce i mała naprawdę lubi żuć jego fakturowane, bambusowe elementy, siedząc na dywanie. Ale bądźmy tu brutalnie szczerzy – żaden kawałek silikonu spożywczego, bez względu na to, jak urocza jest pyszczek pandy, w magiczny sposób nie powstrzyma dziecka przed budzeniem się z krzykiem, jeśli właśnie o północy wyrzyna mu się ząb trzonowy. Jest świetny na kryzysy o 14:00, ale o 2:00 w nocy nadal jesteście zdani wyłącznie na siebie.
Jeśli próbujecie urządzić pokój dziecięcy przed rozpoczęciem tej trudnej misji, warto przejrzeć wysokiej jakości kocyki dziecięce, żebyście chociaż mieli w ręku coś miękkiego, w co możecie się wtulić, ukrywając się na korytarzu.
Odkładanie „śpiącego, ale wybudzonego” dziecka to mit stworzony, by z nas kpić
Każda książka, blog czy doświadczona matka powie ci, że złotą zasadą jest kładzenie dziecka do snu, gdy jest „senne, ale świadome”. Teoria mówi, że jeśli zasną w twoich ramionach i obudzą się w łóżeczku, wpadną w panikę. Zupełnie jak ty, gdybyś zasnął na kanapie, a obudził się na własnym trawniku.

Ale wykonanie tego jest komiczne. Kołyszesz dziecko, dopóki jego oczy nie zaczną powoli, wręcz sennie mrugać. Następnie próbujesz transferu. Fizyczny akt opuszczania dziecka do łóżeczka to sport ekstremalny. Wstrzymujesz oddech, obniżasz środek ciężkości i próbujesz je położyć, nie nadeptując na deskę podłogową, która w niewytłumaczalny sposób brzmi jak strzał z pistoletu.
Do tego manewru w przypadku Matildy używamy Kocyka z bawełny organicznej z nadrukiem w niedźwiedzie polarne. Początkowo kupiliśmy go tylko dlatego, że ma certyfikat GOTS i podobały mi się małe niedźwiadki na jasnoniebieskim tle, ale jest odrobinę cięższy niż ten bambusowy. Odkryłem, że jeśli podczas tego przerażającego odkładania ma luźno owinięte nóżki, daje jej to odpowiedni ciężar, by nie wzdrygnęła się i nie obudziła natychmiast, gdy tylko jej plecy dotkną materaca. Następnie po prostu wysuwasz spod niej ramiona, starasz się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego i wycofujesz się z pokoju, jakbyś właśnie ukradł obraz z Luwru.
Poranek po najgorszej nocy
Ta trzecia noc na schodach z zimnym tostem była szczytem niedoli. Florence płakała łącznie przez 42 minuty, przerywane przez moje niezgrabne, spocone wtargnięcia do pokoju, by poklepać jej materac. Matilda w końcu się obudziła i dołączyła na dziesięć minut solidarnościowego płaczu.
Ale szóstej nocy wydarzyło się coś przerażającego. Obudziłem się, spojrzałem na zegarek i była 5:45 rano. W domu panowała martwa cisza.
Moją natychmiastową reakcją wcale nie była radość; to była czysta, zatrzymująca serce panika. Byłem przekonany, że obie nie żyją. Wpadłem do pokoju dziecięcego, praktycznie zrywając drzwi z zawiasów, tylko po to, by znaleźć je obie rozłożone w swoich łóżeczkach, twardo śpiące, a ich klatki piersiowe unosiły się i opadały w idealnym rytmie. Załapały. Albo po prostu zrezygnowały z oczekiwania, że będę podskakiwać na piłce do ćwiczeń. Tak czy inaczej, spały, a ja poczułem dziwną, złożoną mieszankę głębokiej ulgi i cichego, absurdalnego ukłucia odrzucenia.
To oczywiście nie idzie idealnie w linii prostej. Choroby to psują. Ząbkowanie to rujnuje. Zmiana czasu to już w ogóle personalny atak na rodziców na całym świecie. Ale ten fundament pozostaje. Odzyskaliśmy nasze wieczory, moje kolana w końcu przestały strzykać i od tamtego czasu ani razu nie jadłem smutnego tosta na korytarzu o 3 nad ranem.
Jeśli przygotowujecie się do własnego starcia na korytarzu, upewnijcie się najpierw, że macie skompletowany odpowiedni ekwipunek. Odkryjcie pełną ofertę organicznych artykułów pierwszej potrzeby dla niemowląt od Kianao, aby stworzyć środowisko do spania, które naprawdę działa, zanim zaczniecie nastawiać te pięciominutowe stopery.
Często zadawane pytania prosto z okopów
Czy bliźnięta trzeba uczyć zasypiania w dokładnie tym samym czasie?
Można by pomyśleć, że jedno krzyczące dziecko obudzi drugie, ale szczerze mówiąc, niemowlęta mogą przespać alarm przeciwpożarowy, jeśli są wystarczająco zmęczone. Trzymaliśmy je w tym samym pokoju i po prostu radziliśmy sobie z krzyżowym ogniem. Rozdzielenie ich brzmiało jak zbyt duże wyzwanie logistyczne, a z czasem po prostu przyzwyczaiły się do swoich dźwięków. Jeśli jedno płakało, drugie zazwyczaj tylko pojękiwało i przewracało się na drugi bok.
Co się stanie, jeśli zdenerwują się tak bardzo, że zaczną wymiotować?
To koszmarny scenariusz, o którym książki piszą powierzchownie. Nam zdarzyło się to raz z Florence. Łamiesz wtedy wszystkie zasady – wchodzisz, włączasz przyćmione światło, spokojnie wycierasz dziecko, zmieniasz pościel i szybko przytulasz. Nie rób z tego imprezy, ale zdecydowanie nie zostawiaj ich leżących we własnych wymiocinach tylko po to, by udowodnić, że trzymasz się ustalonej rutyny.
Czy nadal należy karmić je w środku nocy?
Nauka samodzielnego zasypiania a odstawienie nocnych karmień to dwie zupełnie różne sprawy. Dr Evans powiedział nam, że możemy utrzymać zaplanowane karmienie o 3:00 nad ranem, jeśli chcemy, pod warunkiem, że będziemy je do niego budzić, zamiast pozwalać, aby dopominały się jedzenia płaczem. Z czasem z tego zrezygnowaliśmy, ponieważ były już wystarczająco duże, ale absolutnie możecie uczyć je zasypiać samodzielnie o 19:00, zachowując jednocześnie północną dolewkę mleka.
Czy urlop albo wyjazd zrujnują całą naszą ciężką pracę?
Absolutnie tak. Zabraliśmy je na tydzień do Kornwalii, a spanie w obcym łóżeczku turystycznym i nieznanym pokoju całkowicie złamało system. Skończyło się na tym, że z czystej desperacji wzięliśmy je do naszego łóżka. Dobra wiadomość jest jednak taka, że po powrocie do domu powrót do rutyny zajmuje zwykle tylko dzień lub dwa, ponieważ w głębi duszy dobrze znają zasady.
Czy ząbkowanie oznacza, że muszę zaczynać wszystko od nowa?
Ząbkowanie to sposób natury na utrzymanie nas w pokorze. Kiedy ząb aktywnie przebija się przez dziąsło, wszystkie zasady przestają obowiązywać. Podaj lek przeciwbólowy, jeśli twój pediatra uzna to za stosowne, zaoferuj dodatkowe przytulanie i po prostu przetrwaj ten tydzień. Kiedy ząbek już się wyrznie, wracasz do rygorystycznej rutyny. Mogą protestować przez jedną noc, ale szybko wracają do normy.





Udostępnij:
Tragedia Hudsona Meeka z „Baby Driver” i ważna lekcja bezpieczeństwa w aucie
Jak szybko złagodzić zaparcia u noworodka