Była dokładnie 4:13 nad ranem, w jakiś zwykły, listopadowy wtorek. Miałam na sobie o wiele za dużą, starą bluzę studencką mojego męża Dave'a, z bardzo podejrzaną plamą z jogurtu na lewym ramieniu. Trzymałam w dłoni kubek z letnią, wczorajszą kawą, jadąc na oparach po jakichś trzech godzinach przerywanego snu. Trzyletnia wtedy Maya miała koszmar o wielkim gadającym bananie, a Leo, mój półroczny syn z kolkami, wyznawał zasadę, że sen jest dla słabych.
Zrobiłam zaledwie dwa kroki w ciemnym salonie, po czym z impetem nadepnęłam boso na coś plastikowego.
Natychmiast mechaniczny, przesadnie entuzjastyczny głos wrzasnął na cały uśpiony dom: „KRÓWKA ROBI MUUUU! ZNAJDŹMY CZERWONY TRAKTOR!” A po nim nastąpiło trzydzieści sekund agresywnej, elektronicznej melodyjki na banjo.
Wylałam kawę na nogę. Przeklęłam. Leo obudził się z płaczem. Pies zaczął szczekać na tę plastikową, farmerską abominację. I właśnie wtedy, masując w ciemności obolałą piętę, postanowiłam, że wyrzucę to wszystko do śmieci. Cały ten głośny, świecący, przebodźcowujący szajs, na który daliśmy się naciągnąć z poczucia winy, bo jakaś targetowana reklama na Instagramie wcisnęła mi, że to zrobi z moich dzieci geniuszy. Och rany, to rodzicielskie poczucie winy jest potężne, prawda? Bo kiedy padasz z nóg i po prostu próbujesz przetrwać kolejny tydzień, kupisz dosłownie wszystko, co obiecuje, że pomoże twojemu dziecku szybciej się rozwijać.
Ale prawda była taka, że nic z tego tak naprawdę nie działało.
Krótko mówiąc: mój salon wyglądał jak po eksplozji w fabryce plastiku, a moje dzieci i tak wolały po prostu żuć moje kluczyki do samochodu.
Fiszki edukacyjne dla niemowląt to jedno wielkie oszustwo i nigdy więcej nie zamierzam o nich rozmawiać.
Wielkie plastikowe czystki w moim salonie
Następnego ranka, napędzana czystą frustracją i świeżym dzbankiem mocnej kawy, zaczęłam pakować to wszystko do worków. Dave zszedł na dół, rzucił okiem na moją maniakalną energię i mądrze wycofał się z powrotem do kuchni.
Czytałam gdzieś artykuł — a może słyszałam o tym w podcaście podczas zmywania naczyń, mój mózg to ostatnio istne sito — psycholożki rozwojowej, Alison Gopnik. Jestem prawie pewna, że powiedziała w nim, że dzieci to w zasadzie tacy mali, nieskoordynowani naukowcy, którzy przez cały dzień przeprowadzają chaotyczne eksperymenty. I to, co najbardziej zapadło mi w pamięć, a przynajmniej wersja, którą kojarzę, to fakt, że jeśli zabawka wykonuje całą pracę (świeci, śpiewa, sama się rusza), to dziecko po prostu siedzi i patrzy w nią biernie. Jak zombie.
Aby dzieci mogły się czegokolwiek nauczyć, zabawka musi być pasywna, żeby to dziecko mogło być aktywne.
To miało tyle sensu, że aż bolało. Te wszystkie baterie, które kupiłam! Tyle wyrzuconych pieniędzy! Kupowałam zabawki do wczesnej nauki, myśląc, że robię dobrze, a tak naprawdę kupowałam im maleńkie osobiste telewizory. Zostawiłam więc drewniane klocki, miarki z mojej kuchni, kilka miękkich rzeczy, a resztę wrzuciłam do pudła na cele charytatywne.
Kiedy są tylko małymi, mlecznymi kluseczkami
Kiedy Leo był na etapie od 0 do 12 miesięcy, wszystko kręciło się wokół bodźców sensorycznych. A przez bodźce sensoryczne mam na myśli to, że chciał po prostu wkładać do buzi każdy napotkany przedmiot, żeby sprawdzić, czy jest jadalny.

Po czystkach czułam się jakoś dziwnie i pusto. W sensie, co w ogóle dajesz niemowlakowi, jeśli to nie śpiewa alfabetu? Zaczęłam szukać bardziej minimalistycznych, inspirowanych metodą Montessori zabawek edukacyjnych, od których nie krwawiłyby mi oczy, kiedy leżały w salonie.
Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Zestaw Gimnastyczny z Rybkami od Kianao i szczerze? To była najlepsza rzecz, jaką miałam w tym domu. Postawiłam go na dywanie, obok ulubionego fotela Dave'a. To po prostu bardzo prosty, pięknie wygładzony drewniany stojak w kształcie litery A, z którego zwisają drewniane kółka do zabawy. Żadnych światełek. Żadnych zrobotyzowanych zwierząt hodowlanych. Samo drewno.
A wiecie co? Leo miał na jego punkcie bzika. Leżał pod nim przez bite dwadzieścia minut — co w czasie niemowlęcym to w zasadzie całe stulecie — i po prostu gapił się na te drewniane kółka, próbując rozkminić, jak zmusić swoje małe rączki do ich złapania. Mogłam po prostu tam siedzieć, pić moją kawę, póki była jeszcze gorąca, i patrzeć, jak uczy się zasady przyczyna-skutek. Uderzał w kółko, ono się kołysało, a ty widziałaś, jak w jego małej główce zachodzi rewolucja. To przedmiot tak wysokiej jakości, że śmiało przetrwa pokolenia, jest w pełni ekologiczny, a kółka mają idealny rozmiar na czas, kiedy maluchy zaczynają na poważnie łapać wszystko dookoła.
Będąc w pełni szczerą, kupiliśmy również ich Grzechotkę-Gryzak Lisek. Jest niesamowicie urocza, szydełkowana bawełna wygląda pięknie, i jest absolutnie bezpieczna podczas ząbkowania. Ale jako narzędzie rozwojowe? E tam. Dla nas była po prostu w porządku. Dźwięk grzechotki jest bardzo subtelny, co w sumie było zbawienne dla mojego zdrowia psychicznego, ale Leo w zasadzie całkowicie go ignorował i używał jej głównie do zapalczywego żucia lewego ucha biednego lisa przez bite sześć miesięcy. Uwielbiał ją gryźć, ale nie powiedziałabym, że otworzyło to przed nim jakieś niesamowite horyzonty poznawcze, rozumiecie? Jest ładna, sprawdza się jako gryzak, ale nie była gwiazdą naszego pokoju zabaw.
Chaos, czyli lata z maluchem na pokładzie
Mniej więcej wtedy, gdy Maya skończyła półtora roku, zaczęła się prawdziwa jazda. Szukanie zabawek edukacyjnych dla osiemnastomiesięcznego dziecka to bardzo specyficzny rodzaj piekła, ponieważ takie dzieci są wystarczająco bystre, by szybko się znudzić, ale brakuje im koordynacji, przez co frustrują się i rzucają w ciebie czym popadnie.
To jest ten etap, na którym chcą naśladować wszystko, co robisz. Jeśli zamiatałam, Maya też chciała zamiatać. Jeśli pisałam na laptopie, Maya chciała agresywnie uderzać w moją klawiaturę i usuwać wersje robocze moich artykułów.
Uświadomiłam sobie, że najlepszymi zabawkami, z których nasze dzieci mogłyby się w tym wieku uczyć, są po prostu... rzeczy, którymi mogą manipulować. Układanie, sortowanie, niszczenie. Dałam jej puste kartony po paczkach, a ona spędziła godzinę, zamieniając je w „łódkę”.
Zainwestowaliśmy jednak w kilka podstawowych elementów do budowania, takich jak Zestaw Miękkich Klocków dla Niemowląt. Pokochałam w nich to, że są wykonane z miękkiej gumy. Bo wierzcie mi, kiedy wasz maluch ma załamanie nerwowe, bo daliście mu niebieski kubek niekapek zamiast różowego, i rzuca klockiem przez cały pokój, naprawdę pragniecie, aby ten klocek był z miękkiej gumy. Dave dostał raz takim prosto w czoło i ledwie to zauważył.
Dodatkowo, mają na sobie cyfry i zwierzątka, więc Maya mogła ćwiczyć nazywanie rzeczy, a kiedy Leo trochę podrósł, używał ich po prostu jako zabawek do kąpieli, ponieważ unoszą się na wodzie. Wielozadaniowość w najlepszym wydaniu.
Jeśli właśnie gapicie się na górę hałaśliwego plastiku i chcecie całkowicie odmienić swój pokój zabaw, nie tracąc przy tym zmysłów, możecie przejrzeć ofertę drewnianych stojaków gimnastycznych dla niemowląt lub ekologicznych mat do zabawy od Kianao. To tylko taka drobna sugestia od kogoś, kto był z wami na tym samym polu bitwy.
Przedszkolaki chcą się po prostu kłócić i coś budować
Kiedy Maya skończyła cztery lata, przypominała już maleńką nastolatkę. Jej roszczeniowa postawa wykraczała poza wszelkie skale. To jest właśnie wiek przedszkolny, a cel rozwojowy bardzo mocno przesuwa się z „jak działają moje ręce” na „jak manipulować emocjami ludzi wokół mnie, aby dostać więcej przekąsek”.

Zaczęliśmy więc skupiać się na uczeniu społeczno-emocjonalnym, co jest bardzo wyszukanym sposobem na powiedzenie: „uczyliśmy ją, jak nie być wredną dla swojego młodszego brata”.
Pamiętam, jak pewnej nocy razem z Dave'em leżeliśmy w łóżku, oboje scrollując nasze telefony, zamiast rozmawiać ze sobą jak zdrowa para. Trafiłam na takie jedne badania — a może to Dave mi o nich przeczytał? Nie pamiętam. Było to badanie mózgu pokazujące, że kiedy dzieci bawią się lalkami lub figurkami, w ich mózgach aktywują się ośrodki empatii. To dosłownie zmusza je do ćwiczenia „czytania w myślach”, czyli wyobrażania sobie, co myśli lub czuje ktoś inny.
Więc mocno wkręciliśmy się w kreatywną zabawę z otwartym zakończeniem. Klocki magnetyczne, proste drewniane domki dla lalek, najzwyklejsze gry planszowe, w których musisz rzucić kostką i policzyć pola. Zwykłe siedzenie z nią na podłodze, przesuwanie miniaturowego, drewnianego psa po planszy i ćwiczenie naprzemiennych rzutów. Czasami było to potwornie wyczerpujące, zwłaszcza kiedy otwarcie oszukiwała w Candy Land, ale można było autentycznie dostrzec trybiki obracające się w jej głowie, gdy rozkminiała rozumowanie przestrzenne i podstawy matematyki.
Co szczerze powiedział na to wszystko mój lekarz
Podczas bilansu osiemnastomiesięcznego Leo byłam totalnym kłębkiem nerwów. Wyznałam naszej lekarce, dr Aris, że czuję się jak beznadziejna matka, ponieważ nie korzystałam z tych wszystkich wysoko ocenianych aplikacji STEM na moim iPadzie, aby uczyć go fonetyki. Wszystkie inne mamy w parku rozmawiały o opartych na ekranie algorytmach uczenia się, a ja po prostu pozwalałam Leo uderzać dwiema drewnianymi łyżkami w kuchni, zajadając stres resztkami makaronu z serem.
Dr Aris dosłownie zaśmiała się na głos. Ma taki bardzo suchy, ale pocieszający śmiech.
Kazała mi przestać przeglądać sklep z aplikacjami. Powiedziała, że to całe „podaj i odbierz” — czyli wtedy, gdy dziecko gaworzy, a ty robisz do niego śmieszną minę, co buduje u niego ścieżki neurologiczne — nie wymaga do działania ani grama plastiku.
Jej dokładne słowa — i nigdy ich nie zapomnę — brzmiały, że to ja jestem najlepszą zabawką. Interakcja, która ma miejsce, gdy schodzę na podłogę i po prostu opisuję, co Leo robi z kartonowym pudełkiem, jest nieskończenie bardziej wartościowa niż jakakolwiek rzecz na baterie, którą mogłabym mu kupić.
Trudno o tym pamiętać, kiedy jesteś permanentnie zmęczona. O wiele łatwiej jest po prostu coś kupić i liczyć na to, że wykona to bycie rodzicem za ciebie. Ale odpuszczenie sobie presji posiadania idealnie zaplanowanego środowiska edukacyjnego sprawiło, że zabawa z moimi dziećmi znowu stała się fajna. Bałaganiarska, głośna, wyczerpująca, ale pełna frajdy.
Więc weź worek na śmieci, nalej sobie bardzo dużą kawę i wyrzuć te zrobotyzowane zwierzęta z farmy. Obiecuję, że nie będziesz za nimi tęsknić. Jeśli chcesz zacząć zastępować śmieci rzeczami, które naprawdę mają znaczenie, odkryj pełną kolekcję świadomych, zrównoważonych zabawek od Kianao, zanim kupisz kolejny plastikowy ból głowy.
Moje szczere odpowiedzi na wasze pytania
Czy niemowlęta poważnie potrzebują zabawek edukacyjnych, aby normalnie się rozwijać?
Szczerze? Nie. Gdybyś dosłownie dała swojemu dziecku tylko kilka bezpiecznych przedmiotów gospodarstwa domowego, takich jak drewniana łyżka i trzepaczka, nauczyłoby się grawitacji, dźwięku i tekstury. Wydałam zdecydowanie zbyt dużo pieniędzy, próbując kupić „rozwój”, zanim zorientowałam się, że Leo uczył się najwięcej, po prostu patrząc, jak Dave składa pranie i próbując zjeść jego skarpetki.
Czy zabawki Montessori są naprawdę lepsze, czy to tylko modna estetyka?
Prawdę mówiąc, to trochę i to, i to. Tak, estetyka naturalnego drewna wygląda o niebo lepiej w moim salonie, niż neonowy plastik. Ale główna idea — dawanie dzieciom prostych, pasywnych przedmiotów, które zmuszają je do używania wyobraźni, zamiast po prostu naciskania guzika wydającego dźwięk — działa fenomenalnie. Maya potrafiła przez długie lata bawić się zwykłymi, drewnianymi klockami, podczas gdy świecące grajki skupiały jej uwagę może na jakieś pięć minut.
Ile zabawek powinien mieć na wierzchu mój przedszkolak w jednym momencie?
Mniej, niż myślisz. Kiedy mieliśmy na wierzchu kosze wypełnione po brzegi, Maya po prostu wysypywała wszystko na podłogę, czuła się przebodźcowana, a potem narzekała, że się nudzi. Kiedy zaczęłam chować 80% z nich do szafy i zostawiać tylko trzy lub cztery opcje do wyboru na dany moment, szczerze zaczęła się nimi interesować na dłużej. Nazywa się to rotacją zabawek i to absolutnie uratowało moje zdrowie psychiczne.
Czy oparta na ekranach nauka jest odpowiednia dla maluchów?
Słuchajcie, nie zamierzam tu siedzieć i udawać, że moje dzieci nigdy nie oglądały bajek na tablecie, żebym mogła w spokoju wziąć prysznic. Ale ze wszystkiego, co powiedziała mi moja lekarka, ekrany w wieku poniżej dwóch, trzech lat naprawdę niewiele ich uczą, ponieważ dzieci nie potrafią jeszcze przenieść koncepcji 2D do świata 3D. Możecie więc używać tabletu dla własnego przetrwania, jasne, ale nie stresujcie się tym, by uczynić go „edukacyjnym”.
Jaka jest najlepsza zabawka dla osiemnastomiesięcznego dziecka, które szybko się nudzi?
Cokolwiek, co mogą bezpiecznie zniszczyć i odbudować. Zestawy klocków, miękkie kubeczki do układania w stos, lub mówiąc całkiem szczerze: bezpieczna, niska szuflada w kuchni wypełniona pojemnikami z plastiku, które mogą z niej wyciągać i uderzać nimi o siebie. W tym wieku chcą po prostu wywoływać reakcję w swoim otoczeniu. Pozwól im być chaotycznymi w całkowicie bezpieczny sposób.





Udostępnij:
Cała prawda o prezentach dla noworodka (i dlaczego spaliłam sweterek)
Cała prawda o koszulkach z nadrukiem dla dzieci: jak uniknąć wysypki