To był wtorek pod koniec października, padał ten okropny, zacinający deszcz, który tak dobrze znamy w Seattle, a ja siedziałam na miejscu kierowcy mojej Hondy CR-V na parkingu przed apteką Walgreens. Miałam na sobie te okropne legginsy ciążowe, które agresywnie odcinały mi krążenie, gapiłam się na w połowie roztopioną, bezkofeinową mrożoną kawę w uchwycie na kubek i intensywnie czegoś szukałam w telefonie. Technik USG przed chwilą radośnie powiedziała: „Och, więc to twoje tęczowe dziecko!”, a ja siedziałam na stole do badań, potakując jak skończona idiotka, po czym poczłapałam do samochodu, próbując zrozumieć, o czym ona w ogóle do cholery mówiła.
Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że przez przypadek wpisałam w wyszukiwarkę „t dziecko”. Potem wpisywałam „dziecko d…”, zanim w końcu udało mi się wystukać „dziecko definicja”. A kiedy załadowały się wyniki wyszukiwania, po prostu siedziałam na parkingu i całkowicie się rozsypałam. Szlochałam w kierownicę, podczas gdy ludzie przechodzili obok z parasolami, prawdopodobnie myśląc, że przechodzę załamanie nerwowe. Co, mówiąc szczerze, po części było prawdą.
Co tak naprawdę oznacza to dziwne określenie
Jak się okazuje, standardowa definicja „tęczowego dziecka” to dziecko urodzone (lub zaadoptowane) po tym, jak rodzina doświadczyła poronienia, martwego urodzenia lub straty niemowlęcia. Wzięło się to z jakiegoś cytatu o tym, że po ciemnej burzy zawsze pojawia się piękna tęcza. Pamiętam, jak czytałam to na moim maleńkim, świecącym ekranie i czułam się tak, jakby ktoś rozdarł mnie na pół.
Bo z jednej strony, owszem. Maya, która w tamtym momencie kopała mój pęcherz z siłą miniaturowego kofeinowego ninja, była tym pięknem, które przydarzyło się po absolutnie najczarniejszym roku mojego życia. Pomiędzy narodzinami mojego syna Leo a zajściem w ciążę z Mayą, straciliśmy ciążę w 11. tygodniu. Ten cichy gabinet USG. Smutne oczy lekarza. To było okropne. Po prostu przerażające. A ja spędziłam ostatnie sześć miesięcy, wstrzymując oddech i czekając na kolejny cios.
Ale z drugiej strony, nazywanie tej utraconej ciąży „burzą” wydawało mi się dziwnie lekceważące. Jakby to była po prostu zła pogoda, którą musieliśmy przeczekać, żeby dotrzeć do tego, co dobre. To nie była burza, to było dziecko. Moje dziecko. Tak czy inaczej, chodzi o to, że język wokół straty jest niezwykle trudny i masz pełne prawo nienawidzić tej terminologii, będąc jednocześnie rozpaczliwie wdzięczną za swoją obecną ciążę.
Swoją drogą, jest też cała masa innych określeń. Na przykład Leo to technicznie moje „słoneczne dziecko”, ponieważ urodził się przed stratą. Trochę nienawidzę tego określenia, bo brzmi, jakby był jakimś idealnym, promiennym aniołkiem, który nigdy nie urządził histerycznej sceny w środku Targetu, bo nie pozwoliłam mu zjeść winogrona z podłogi. Jest też „dziecko ze złotego garnca”, czyli to urodzone po tęczowym dziecku, ale szczerze mówiąc, nie mam emocjonalnej przestrzeni, żeby w ogóle analizować te konotacje z bajkowymi skrzatami.
Medyczna rzeczywistość, przed którą nikt cię nie ostrzega
Moja ginekolog, dr Miller — która widziała mnie we wszystkich stadiach rozebrania i emocjonalnego załamania — powiedziała mi, że zajście w ciążę po stracie jest niezwykle powszechne. Mówiła, że około 85 procent osób ma zdrową ciążę po wcześniejszym poronieniu. Brzmi super! To fajna, solidna statystyka.
Ale ostrzegła mnie również, wręczając chusteczkę i udając, że nie zauważa, jak z potu przemokła mi ta papierowa koszula do badań, że rodzice na tym samym wózku są o wiele bardziej narażeni na depresję poporodową i silne stany lękowe. Ponieważ twój mózg dosłownie nie potrafi się zrelaksować. Nauczyłaś się na własnej skórze, że najgorszy scenariusz to nie jest tylko historia, która przytrafia się innym ludziom w internecie. Może przydarzyć się również tobie.
Wtedy jej nie uwierzyłam. Byłam tak niesamowicie naiwna. Myślałam, że kiedy w końcu wezmę dziecko w ramiona, cały strach po prostu natychmiast wyparuje. Jak na końcu filmu. Uwaga, spoiler: absolutnie tak nie jest. Niepokój po prostu zmienia się z „co, jeśli stracę tę ciążę” w „co, jeśli ona przestanie oddychać w swoim łóżeczku”.
Absolutne przerażenie przy kupowaniu wyprawki
Z powodu tego całego lęku, w ciąży z Mayą byłam chorobliwie przesądna. Odmawiałam kupienia choćby jednej dziecięcej rzeczy. Mój mąż, Mark, który przetwarza traumę poprzez agresywne sprzątanie garażu i bezgłośne skręcanie mebli z IKEA, praktycznie wibrował z potrzeby urządzenia pokoiku dla dziecka. Ale mu nie pozwoliłam. Myślałam, że kupowanie rzeczy zapeszy.

W końcu, kiedy byłam około 32. tygodnia ciąży, moja siostra wzięła sprawy w swoje ręce. Pojawiła się u mnie w domu z mrożoną kawą i prezentem. To był Bambusowy kocyk dziecięcy Mono Rainbow. Pamiętam, jak gapiłam się na to opakowanie, przerażona, by w ogóle go dotknąć. Ale wybrała go celowo, bo nie był jedną z tych obrzydliwych, neonowych, toksycznie pozytywnych rzeczy z motywem tęczy. To były po prostu bardzo delikatne, stonowane łuki w kolorze terakoty na minimalistycznej siatce.
Szczerze? Uchwyciłam się tego kocyka jak dosłownego koła ratunkowego. Był zrobiony z tego absurdalnie miękkiego, organicznego bambusa, który był tak przyjemny w dotyku, że po prostu siedziałam na kanapie, pocierając go w palcach, kiedy czułam, że zbliża się atak paniki. Przez wiele tygodni to była jedyna dziecięca rzecz, na którą pozwoliłam w domu. Czułam się przy nim bezpiecznie. Nie krzyczał do mnie, nie domagał się radości, której jeszcze do końca nie czułam, po prostu... był. Maya ma teraz cztery lata i wciąż ciąga ten sam kocyk za róg po całym domu. Jest poplamiony jagodami i nigdy, przenigdy go nie wyrzucę.
Jeśli zastanawiasz się, jak delikatnie zacząć wprowadzać do domu dziecięce rzeczy, kiedy jesteś przerażona, albo jeśli szukasz prezentu dla przyjaciółki, która jest w ciąży po stracie, możesz przejrzeć organiczne kocyki Kianao tutaj. Trzymaj się po prostu najpierw tych delikatnych, spokojnych rzeczy.
Mój mąż i drewniany ptak
W 38. tygodniu tama pękła i pozwoliłam Markowi robić zakupy. Oczywiście kompletnie zaszalał. Jedną z rzeczy, które kupił, był ten Drewniany stojak edukacyjny z tęczowymi zwierzątkami.
Mam do tej rzeczy bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony jest bardzo przyjemna dla oka. Zrobiona z litego drewna, te małe szydełkowane zwisające zabawki są w pięknych, ziemistych odcieniach i nie wyglądają jak wielki, neonowy kawałek plastiku, który przejmuje twój salon.
Ale z drugiej strony, Mark postanowił złożyć ten stojak, kiedy miałam skurcze przepowiadające, a patrzenie, jak próbuje zawiązać sznurki stabilizujące, upuszczając drewniane kółka na twardą podłogę, było prawdziwym testem dla naszego małżeństwa. Do tego Leo — który miał wtedy trzy lata — ciągle kradł małego drewnianego słonia, by używać go jako młotka na listwach przypodłogowych. TAK CZY INACZEJ. Kiedy Maya już się urodziła i skończyła mniej więcej trzy miesiące, naprawdę uwielbiała wpatrywać się w tę wiszącą małą lamę. Więc w sumie chyba to Mark wygrał tę rundę.
Kiedy lęk nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki
Chciałabym móc ci powiedzieć, że w chwili, gdy na sali porodowej położyli Mayę na mojej klatce piersiowej, cała trauma mojej poprzedniej straty po prostu zniknęła. Tak to zazwyczaj przedstawiają, prawda? Pojawia się tęcza, a niebo staje się błękitne.

Prawda jest taka, że byłam kłębkiem nerwów. Byłam potwornie zmęczona, moje hormony gwałtownie spadały, a ja wciąż budziłam się w ślepej panice, sprawdzając, czy jej klatka piersiowa unosi się i opada. Przez pierwszy miesiąc nie pozwalałam nikomu oprócz Marka jej trzymać. Byłam jak dziki pies warujący przy kości. Moja lekarka, która jest świętą w przebraniu zmęczonej kobiety w kitlu, delikatnie zasugerowała mi powrót na terapię. I tak też zrobiłam. Przez sześć miesięcy płakałam na kanapie u mojej terapeutki w każdy wtorek, pachnąc skwaśniałym mlekiem i suchym szamponem.
I powoli, w bólach, ten paraliżujący strach zaczął blaknąć, przechodząc w zwykły, matczyny niepokój. Taki, w którym martwisz się o ich czas przed ekranem lub czy jedzą wystarczająco dużo warzyw, zamiast ciągle bać się, że umrą.
Z czasem zaczęliśmy zaliczać normalne kamienie milowe rozwoju. Mayi zaczęły ząbkować zęby, co było własnym, osobnym rodzajem piekła. Wrzucaliśmy Silikonowy gryzak kojący dziąsła Lama do zamrażarki, a potem bezpośrednio do jej buzi o 3 nad ranem, kiedy krzyczała. I szczerze? Radzenie sobie z normalnymi, irytującymi dziecięcymi sprawami, takimi jak ząbkowanie, było niemal ulgą. Oznaczało to, że ona tu jest, rośnie i jest zdrowa. Nie była już kruchym cudem, była po prostu głośnym, śliniącym się niemowlakiem, który chciał gryźć silikonową lamę.
Życie w środku tego chaosu
Jeśli właśnie teraz sprawdzasz definicję tęczowego dziecka, ponieważ jesteś w ciąży, starasz się o dziecko lub masz taką nadzieję – widzę cię. Naprawdę. To najtrudniejszy, najdziwniejszy i najbardziej wyczerpujący emocjonalnie klub, do którego można należeć.
Nie musisz czuć czystej radości. Masz prawo być całkowicie przerażona. Masz prawo opłakiwać dziecko, które straciłaś, jednocześnie rozpaczliwie kochając dziecko, które teraz w tobie rośnie. Ludzkie serce jest cudownie zdolne do pomieszczenia ogromnej ilości żalu i ogromnej ilości nadziei w tym samym czasie. To wyczerpujące, ale dasz radę.
Skupiaj się na jednym dniu. Kup ten miękki kocyk, kiedy będziesz gotowa. Zignoruj toksycznie pozytywne cytaty na Pintereście. I wypij tę przeklętą kawę.
Jeśli jesteś gotowa, aby zacząć z uwagą kompletować kilka delikatnych, nietoksycznych przedmiotów na swoją podróż lub dla przyjaciółki idącej tą drogą, sprawdź naszą pełną kolekcję zrównoważonych wyprawek, zanim wpadniesz w absolutny chaos przygotowań do narodzin dziecka.
Pytania, które gorączkowo wpisywałam w Google o 3 nad ranem
Czy muszę używać określenia tęczowe dziecko?
O rany, absolutnie nie. Jeśli tego nienawidzisz, nie używaj. Tak jak mówiłam, naprawdę ciężko mi było z ideą, że moje poprzednie dziecko było po prostu "burzą". Niektórzy uważają to określenie za niezwykle uzdrawiające i piękne, a inni czują, że minimalizuje ono ich stratę. Ja nazywałam Mayę po prostu "dzidziusiem" albo "moim małym kopaczem", dopóki się nie urodziła. Używaj takiego języka, który daje ci poczucie ochrony i który twoje serce uważa za właściwy.
Czy to normalne, że czuję się winna, kiedy jestem szczęśliwa?
Tak. Poczucie winy ocalałego w ciąży po stracie jest niesamowicie realne. Pamiętam, jak kupiłam malutkie skarpetki, a potem od razu poczułam się tak, jakbym zdradzała dziecko, które straciłam. Moja terapeutka powiedziała mi coś, co szczerze mi pomogło — powiedziała, że radość to nie zdrada. Kochanie nowego dziecka nie ujmuje ani grama miłości dziecku, które odeszło. Masz w sobie wystarczająco dużo miłości dla obojga.
Jak powiedzieć ludziom, że znowu jestem w ciąży, skoro jestem w takim lęku?
Absolutnie nikomu nie jesteś winna uroczego ogłoszenia tego w mediach społecznościowych. Poważnie. My nie powiedzieliśmy dalszej rodzinie aż do 20. tygodnia i dosłownie wysłałam tylko bardzo bezpośredniego SMS-a o treści: "Znowu spodziewamy się dziecka. Bardzo się denerwujemy. Proszę, nie zadawajcie miliona pytań, dam wam znać, kiedy tylko będę mogła." Wyznaczaj granice tak, jakby od tego zależało twoje życie, bo w pewnym sensie zależy od tego twoje zdrowie psychiczne.
Dlaczego mój lęk jest teraz gorszy niż zaraz po poronieniu?
Ponieważ trauma to podstępna bestia. Kiedy jesteś w samym środku straty, po prostu próbujesz przetrwać. Kiedy znów zachodzisz w ciążę, twój mózg mówi: "Och, znów jesteśmy w strefie zagrożenia, aktywować wszystkie alarmy!". Dr Miller wyjaśniła, że twój układ nerwowy w zasadzie próbuje cię uchronić przed ponownym zaskoczeniem i załamaniem. Porozmawiaj o tym ze swoim lekarzem. Istnieją bezpieczne leki, istnieje terapia, można poprosić o pomoc. Nie musisz zaciskać zębów przez całe dziewięć miesięcy.
Jaki jest dobry prezent dla przyjaciółki spodziewającej się tęczowego dziecka?
Pomiń kartki z napisem "wszystko dzieje się po coś". Pomiń agresywnie tęczowe, pasiaste pajacyki, chyba że wiesz na pewno, że ich chce. Przynieś jej jedzenie. Zaoferuj, że posprzątasz jej łazienkę. Jeśli chcesz kupić prezent, wybierz coś spokojnego i dającego komfort, np. naprawdę miękki organiczny kocyk lub subtelny gryzak. Akceptuj jej strach, nie wymagaj od niej tylko tego, by tryskała entuzjazmem. Po prostu przy niej bądź.





Udostępnij:
Prank z udawanym biciem dzieci niszczy mój algorytm
Prawdziwe szaleństwo wokół chłopięcego stylu Ralpha Laurena