Jest dokładnie 3:14 nad ranem. Wiem to, bo świecące na czerwono cyfry na mikrofali wypalają mi siatkówkę, podczas gdy ja stoję w kuchni ubrana w za dużą, studencką koszulkę sportową mojego męża Dave'a, która pachnie skwaśniałym mlekiem i desperacją. W ręku trzymam letni kubek wczorajszej kawy, bo dosłownie zapomniałam o istnieniu wody, i gapię się w nianię elektroniczną. Na ekranie mój sześciomiesięczny syn, Leo, zanosi się płaczem. Ja też płaczę, tylko cicho, w rękaw koszulki Dave'a. Dave śpi w drugim pokoju, bo w tym scenariuszu jego sutki są całkowicie bezużyteczne, a szczerze mówiąc, jestem zbyt zmęczona, żeby się na niego porządnie wkurzyć za to chrapanie.
Ściskam telefon, na którym świeci się teraz jakieś czternaście otwartych kart, wszystkie to sprzeczne wątki na Reddicie i wpisy na blogach parentingowych o uczeniu niemowlaka samodzielnego zasypiania. Połowa z nich mówi mi, że jestem potworem, pozwalając mu płakać, a druga połowa, że rujnuję mu przyszłość, idąc tam, by go pobujać. O boże, to poczucie winy. Jest takie przytłaczające. Ale mam też halucynacje ze zmęczenia. Kiedyś wlałam sok pomarańczowy do miski z płatkami, popatrzyłam na to, a potem i tak zjadłam, bo zrobienie nowej miski wydawało się wyprawą na Mount Everest.
Duch Sary sprzed ery dzieci byłby na mnie taki zły
Zanim miałam dzieci, byłam taka oceniająca. Naprawdę. Myślałam, że będę tą eteryczną matką-naturą, która nosi swoje dziecko w lnianej chuście dwadzieścia cztery godziny na dobę i z gracją współśpi w łóżku z organicznego mchu czy czegoś tam. Kiedy moje przyjaciółki opowiadały o wprowadzaniu ścisłej wieczornej rutyny, kiwałam uprzejmie głową i myślałam: jakie to sztywne, po prostu podążaj za naturalnym rytmem dziecka.
Co za żart. Sara sprzed dzieci była idiotką, która spała po osiem godzin w nocy. Kiedy urodziła się Maya, była jak jednorożec. Po prostu lubiła spać. Ale Leo? Leo zachowywał się, jakby materac w łóżeczku był zrobiony z prawdziwej gorącej lawy. Jeśli nie był fizycznie przyklejony do mojego ciała, to krzyczał. Zanim skończył cztery miesiące, byłam już tylko cieniem człowieka. Warczałam na Mayę, płakałam pod prysznicem, a Dave i ja byliśmy w zasadzie dwójką niewyspanych współlokatorów komunikujących się wyłącznie za pomocą chrząknięć.
Moja lekarka, doktor Miller — która widziała, jak płaczę w jej gabinecie w dresach częściej, niż chciałabym przyznać — podczas jego wizyty kontrolnej w końcu spojrzała na mnie znad okularów. Nie zrobiła mi żadnego sterylnego, medycznego wykładu. Po prostu podała mi chusteczkę i powiedziała, że moje braki snu stają się o wiele bardziej niebezpieczne dla naszej rodziny, niż pozwolenie dziecku na dziesięć minut marudzenia. Ciągle paplałam coś o kortyzolu, hormonach stresu i teorii więzi, bo przeczytałam jakiś przerażający wątek o 2 w nocy. Wyjaśniła, że z tych wszystkich pięcioletnich badań, które czytała, nie ma absolutnie żadnych dowodów na to, że pozwolenie dziecku na samodzielne uspokojenie powoduje jakiekolwiek szkody psychiczne. Jasne, nauka cały czas się zmienia, a ja ledwo rozumiem biologię ze szkoły średniej, ale w zasadzie powiedziała, że stres dziecka właściwie spada, gdy nauczy się ono płynnie łączyć cykle snu. A mój stres? Mój stres był na poziomie, przy którym zapominałam własnego kodu pocztowego. W każdym razie chodzi o to, że powiedziała mi, żebym wybrała metodę i się jej trzymała.
Nie potrafię liczyć o drugiej w nocy
Postanowiliśmy spróbować metody Ferbera. Nazywają to stopniowym wygaszaniem, co brzmi, jak coś, co przydarzyło się dinozaurom. Odkładasz dziecko do łóżeczka, gdy jeszcze nie śpi, wychodzisz z pokoju, a jeśli płacze, wracasz po trzech minutach, żeby je pogłaskać i powiedzieć, że je kochasz. Potem wychodzisz. Potem czekasz pięć minut. Potem dziesięć.
Słuchajcie, nie wiem, kto to wymyślił, ale zmuszanie do matematyki, gdy twój mózg jedzie na czterdziestu pięciu minutach przerywanego snu, to okrutna i nietypowa kara. Stałam w ciemnym przedpokoju ze stoperem w iPhonie, gapiłam się w ścianę i myślałam: czekaj, ostatnio było pięć minut czy siedem? Mam wejść teraz? Jeśli wejdę po czterech minutach zamiast po pięciu, to nigdy nie pójdzie na studia? To było koszmarne. Pierwszej nocy płakał przez czterdzieści minut, a ja miałam atak paniki na podłodze w łazience, podczas gdy Dave masował mi plecy. Drugiej nocy było to dwadzieścia minut. A czwartej? Odwrócił się na bok, zaczął ssać kciuka i przespał ciągiem sześć godzin. Obudziłam się o 4 rano w ślepej panice, przekonana, że przestał oddychać, tylko po to, by znaleźć go całkowicie zdrowego, rozwalonego w łóżeczku w pozycji na rozgwiazdę.
I nawet nie wspominajcie mi o tej drugiej metodzie, gdzie siedzisz na krześle obok łóżeczka i co noc przesuwasz je o centymetr w stronę drzwi, jak jakiś upiorny, żyjący mebel, podczas gdy twoje dziecko gapi się na ciebie w ciemności. Absolutnie nie.
"Senne, ale przebudzone" to ściema
Jeśli kiedykolwiek googlowałaś hasło "sen niemowlaka", na pewno widziałaś zwrot "senne, ale przebudzone". Piszą o tym w każdej książce. Podobno masz wyłapać to mityczne okno, kiedy im opadają powieki, ale jeszcze w pełni nie śpią. Przez pierwsze kilka miesięcy byłam pewna, że to kłamstwo wymyślone po to, by torturować matki. Trzymałam Leo, robiłam dokładnie tę samą rutynę z kąpielą i książeczką, śpiewałam tę samą fałszywą wersję kołysanki i czekałam na te ciężkie powieki. W sekundę po tym, jak jego tyłek dotykał prześcieradła, otwierał szeroko oczy, jakby właśnie strzelił sobie espresso.

Zamiast próbować znaleźć to idealne, magiczne okno, ostatecznie zaczęłam po prostu stosować "Pauzę". Niemowlęta są niesamowicie głośne, kiedy śpią. Chrząkają, pojękują, brzmią jak małe welociraptory. Sara sprzed dzieci wpadłaby do pokoju przy pierwszym piśnięciu, wzięłaby go na ręce i przypadkowo całkowicie wybudziła. Wyczerpana Sara nauczyła się po prostu stać w bezruchu w przedpokoju, siorbać tę okropną, zimną kawę i odczekać sześćdziesiąt sekund. W połowie przypadków on po prostu wciąż spał, przechodząc między cyklami snu, i sam z powrotem się uspokajał. To było objawienie.
Jeśli właśnie w środku nocy ze stresem scrollujesz telefon w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby pomóc, weź głęboki oddech i może po prostu przejrzyj kojące kocyki i akcesoria dla niemowląt marki Kianao, by przypomnieć sobie, że pokoik dziecięcy ma być spokojną przestrzenią, a nie salą tortur.
Kiedy zęby niweczą całą twoją ciężką pracę
Oczywiście, wszechświat ma chore poczucie humoru. Właśnie wtedy, gdy Leo w końcu przesypiał całą noc – do tego stopnia, że znów nosiłam makijaż i przestałam zalewać płatki sokiem pomarańczowym – skończył sześć miesięcy i postanowił, że wyrośnie mu ząb. Nagle mój idealnie śpiący aniołek wrócił do budzenia się o 1 w nocy z krzykiem, śliniąc wszystko dookoła i gorączkowo gryząc własne ręce.
Ząbkowanie całkowicie rujnuje wszystko. Nie możesz po prostu pozwolić im płakać, gdy czują prawdziwy ból fizyczny, więc z powrotem lądujesz w fotelu do karmienia, kwestionując wszystkie swoje życiowe wybory. Próbowałam tych dziwnych drewnianych kółek, ale on tylko uderzał się nimi w twarz. Wtedy odkryłam silikonowo-bambusowy gryzak Panda Teether od Kianao.
Nie przesadzam, kiedy mówię, że ta malutka silikonowa panda uratowała moje zdrowie psychiczne. Wrzucałam ją do lodówki tuż przed snem. Kiedy budził się z płaczem, zamiast przystawiać go do piersi (o czym ostrzegała mnie dr Miller, mówiąc, że stworzy to zupełnie nowe skojarzenie ze snem, z którym będziemy musieli potem walczyć), podawałam mu zimną pandę. Jest na tyle płaska, że mógł ją łatwo chwycić swoimi pulchnymi łapkami, a silikon był na tyle miękki, że nie brzmiało to jak plac budowy, kiedy nieuchronnie rzucał ją o szczebelki łóżeczka. Siedział w ciemnościach, zawzięcie żując tego uroczego małego misia z bambusowymi detalami, aż w końcu męczył się na tyle, by z powrotem zasnąć. To była moja absolutnie ulubiona rzecz.
Mój paraliżujący strach przed luźnymi rzeczami w łóżeczku
Jedną z rzeczy, która utrudnia całą kwestię snu, jest ogromny niepokój związany z zasadami bezpiecznego snu. Amerykańska Akademia Pediatrii twierdzi, że przez pierwszy rok w łóżeczku absolutnie nic nie może się znajdować. Żadnych poduszek, pluszaków, kocyków. Tylko prześcieradło z gumką i dziecko w śpiworku.

Mama Dave'a ciągle próbowała obdarowywać nas ogromnymi, ciężkimi, wspaniałymi pikowanymi kołdrami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie, a ja tylko uśmiechałam się sztucznie i upychałam je w głębi szafy, bo panicznie bałam się, że Leo naciągnie sobie kołdrę na twarz. Szczerze mówiąc, sama kupiłam bambusowy kocyk dla niemowląt Blue Fox in Forest, ponieważ mam obsesję na punkcie wszystkiego, co wygląda skandynawsko, a te małe niebieskie liski są po prostu takie uspokajające i piękne.
Ale mówiąc wam z ręką na sercu, nigdy ani razu nie pozwoliłam mu z nim spać w łóżeczku, podczas gdy prowadziliśmy te wszystkie treningi spania. Po prostu nie mogłam. Mój lęk mi na to nie pozwalał. To niesamowity, niezwykle miękki kocyk — bambus oddycha tak dobrze, że nie tworzy się pod nim sauna — ale używaliśmy go wyłącznie jako kocyka do wózka. Był idealny na spacery, gdy desperacko starałam się go nie obudzić, prowadząc wózek po wyboistych chodnikach, bo mogłam go cały czas obserwować. Maya ostatecznie zarekwirowała go do swojego dziecięcego łóżka, bo podobało jej się, jak ten niebieski pasuje do jej pokoju, co było w porządku, bo i tak nie włożyłabym go do łóżeczka niemowlęcego.
Ostatecznie kupiłam Mayi w ramach poczucia winy kocyk dla niemowląt z bawełny organicznej z motywem niedźwiedzia polarnego, kiedy urodził się Leo. Tak dużo czasu poświęcałam na obsesyjne dbanie o sen Leo i ignorowanie jej, że chciałam, aby miała coś przytulnego, co dawałoby jej poczucie wyjątkowości. Ta organiczna bawełna jest absurdalnie wręcz miękka, a ona ciąga teraz tego niedźwiedzia polarnego po całym domu.
Nie jesteś złą mamą
Jeśli jest jedna rzecz, o której chcę, żebyś wiedziała, siedząc tam w ciemności, pachnąc ulanym mlekiem i kwestionując każdą swoją dotychczasową decyzję: radzisz sobie świetnie. Niezależnie od tego, czy zdecydujesz się ustawić minutnik i czekać w przedpokoju, czy kołysać je do snu, aż skończą trzy lata – to twoja rodzina. Musisz przetrwać. Zrozumiałam, że moje dzieci bardziej potrzebowały matki, która nie traciła zmysłów z powodu braku snu, niż matki, która nigdy nie pozwoliła im uronić łzy w łóżeczku.
Zanim całkowicie postradasz zmysły i kupisz dwanaście różnych maszyn z białym szumem oraz zasłony zaciemniające o 4 nad ranem, po prostu weź głęboki oddech. Weź zimny gryzak, zaufaj swojemu instynktowi i może sprawdź pełną ofertę zrównoważonych akcesoriów dla niemowląt Kianao, żeby zobaczyć, czy jest tam coś, co może realnie pomóc w waszej rutynie.
Odpowiedzi na twoje spanikowane nocne pytania
Czy moje dziecko będzie mnie nienawidzić, jeśli nie wejdę do pokoju natychmiast?
O boże, nie. Kiedyś płakałam pod drzwiami Leo, przekonana, że niszczę naszą więź. Ale szczerze? Następnego ranka budził się, widział, jak wchodzę, i posyłał mi ten największy, uroczy, bezzębny uśmiech, jaki można sobie wyobrazić. Dzieci nie chowają urazy. Po prostu uczą się, że łóżeczko nie jest takim okropnym miejscem.
Co robić, gdy ząbkowanie psuje wszystko?
Przetrwać. Wyrzuć swoje sztywne zasady przez okno na kilka nocy. Podaj trochę paracetamolu dla niemowląt, jeśli twój lekarz uzna to za stosowne, daj zimny silikonowy gryzak (serio, ten w kształcie pandy) i przytulaj jeszcze mocniej. Kiedy tylko ząb się przebije, po prostu wracasz do swojej rutyny. Zwykle wystarczy dzień lub dwa, żeby przypomniały sobie, jak zasypiać samodzielnie.
Czy "senne, ale przebudzone" to prawda, czy chory żart?
To żart przez pierwsze cztery miesiące. Nawet się tym nie stresuj, kiedy są maleńkimi noworodkami; po prostu przetrwaj. Ale w okolicach piątego lub szóstego miesiąca, to naprawdę zaczyna działać. Cała sztuka polega na znalezieniu odpowiedniego momentu – na przykład zaraz po kąpieli i książeczce, zanim złapią ten dziwny drugi oddech i nagle zechcą imprezować o 20:00.
Ile ten cały proces tak naprawdę zajmuje?
Wszyscy mówili mi, że "trzy dni!", co jest kłamstwem. W naszym przypadku najgorszy płacz minął czwartej nocy, ale minęły bite dwa tygodnie, zanim mogłam go po prostu odłożyć, wyjść i usłyszeć, jak sam usypia, uroczo gaworząc. Konsekwencja jest najtrudniejsza, zwłaszcza kiedy jesteś tak zmęczona, że aż bolą cię kości, ale skakanie między różnymi metodami co noc tylko wprawi je w dezorientację.
A co, jeśli mój mąż dosłownie przesypia płacz dziecka?
Dave tak robił. Miałam ochotę udusić go poduszką dekoracyjną. Szczerze mówiąc, ostatecznie wyrzuciłam go do pokoju gościnnego na cały tydzień, ponieważ moja wściekłość na jego spokojne chrapanie utrudniała mi trzymanie się planu. Jeśli nie potrafią pomóc w nocnych pobudkach, zmuś ich do zajęcia się dzieckiem o 6 rano, żebyś mogła złapać jedną pełną, nieprzerwaną godzinę snu. To ratuje małżeństwa.





Udostępnij:
Przetrwać z bliźniakami: Dlaczego wybraliśmy Baby Snoopy zamiast kołyski Snoo
Podwójny stres: nauka siadania i szukanie niani