„Alexa, głośność na dziesięć!” – te słowa całkowicie zrujnowały mój spokojny wtorkowy poranek, gdy byłam po łokcie w koszu pełnym sztywnych od brudu skarpetek mojego malucha. Mój najstarszy syn, Hunter, który jest obecnie moim codziennym ostrzeżeniem przed tym, dlaczego nie należy uczyć czterolatka obsługi inteligentnych głośników, właśnie odkrył, jak zamawiać konkretne piosenki. Nagle mój salon zaczął wibrować od agresywnie radosnych dźwięków nastoletniego popu z końca pierwszej dekady XXI wieku. Będę z wami szczera – nagły ryk nastolatka śpiewającego „baby, baby, baby, ohhhh” na maksymalnej głośności, zanim jeszcze zdążyłam wypić drugą kawę, to wystarczający powód, by wysłać mamę z teksańskiej prowincji na wcześniejszą emeryturę.
Moja babcia, którą moje dzieci pieszczotliwie nazywają G Baby, siedziała przy kuchennym stole, pomagając mi pakować zamówienia do mojego sklepu na Etsy. Prawie upuściła rolkę folii bąbelkowej i wpatrywała się w sufit, jakby niebo miało nam spaść na głowy. Skończyło się na tym, że tuż nad taśmą do pakowania wdałyśmy się w wielką dyskusję, próbując odgadnąć, ile właściwie lat miał ten chłopak, Justin Bieber, kiedy nagrał ten hit. Byłam absolutnie przekonana, że miał może z dwanaście lat, głównie dlatego, że wyglądał jak dziecko, które powinno prosić mamę o podwózkę do galerii handlowej, a nie koncertować po całym świecie. G Baby upierała się, że musiał być starszy, sądząc po tym, jak radził sobie na scenie.
W końcu zirytowałam się na tyle, że sprawdziłam to w telefonie, jednocześnie konfiskując Hunterowi inteligentny głośnik. Okazało się, że miał piętnaście lat. Nagrał to pod koniec 2009 roku, a utwór ukazał się kilka tygodni przed jego szesnastymi urodzinami. Ta drobna ciekawostka kompletnie rozbiła mój poranek. Wpadłam w prawdziwą spiralę myśli o tym, jak szybko te dzieciaki dorastają i co to właściwie znaczy zachęcać je do zainteresowań muzycznych, nie tracąc przy tym resztek zdrowych zmysłów.
Kiedy dotarło do mnie, że moje dzieci będą kiedyś nastolatkami
Odkrycie, że miał piętnaście lat, na chwilę kompletnie mnie rozbiło, bo to oznaczało, że wyciągając te wysokie nuty, był w samym środku okresu dojrzewania. Patrzę na moich małych chłopców biegających dookoła, usmarowanych błotem i masłem orzechowym, i przeraża mnie myśl, że za zaledwie dekadę będą nastrojowymi piętnastolatkami przechodzącymi mutację. Ich krtań dosłownie rośnie, a struny głosowe stają się grubsze i dłuższe. Dlatego właśnie nastoletni chłopcy brzmią, jakby połykali żabę za każdym razem, gdy próbują mówić głośniej. To po prostu biologia robiąca swoje w tej całej niezręcznej, niepowstrzymanej formie.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym, jak okropne dla chłopców jest dojrzewanie. Biedactwa – nie mają żadnej kontroli nad własnymi kończynami, wyjadają wszystko ze spiżarni, a ich głosy załamują się w połowie zdania, dokładnie wtedy, gdy próbują brzmieć twardo. Pamiętam, jak gdzieś czytałam, że Bieber musiał obniżyć tonację swoich piosenek podczas występów na żywo, bo nie był już w stanie wyciągnąć tych samych nut, kiedy jego głos zaczął się zmieniać. Wyobraźcie sobie, że przechodzicie przez najbardziej zawstydzający, spocony, łamiący głos etap ludzkiego życia, a w dodatku musicie to robić na oczach milionów ludzi.
To sprawia, że mam ochotę owinąć moje dzieci folią bąbelkową i zatrzymać je jako maluchy na zawsze – z dala od tych wszystkich niezręczności i przytłaczającego zapachu tanich dezodorantów w sprayu, które bez wątpienia mnie czekają. Naprawdę nie wiem, jak mamy nastolatków znoszą te wszystkie humory i hormonalny chaos, zwłaszcza gdy słodkie głosy ich maluchów nagle zmieniają się w głębokie, dudniące barytony, które potrafią przyprawić o zawał, gdy odezwą się z sąsiedniego pokoju.
Zapewne miał jakiegoś światowej klasy trenera wokalnego, który pomógł mu uporać się ze zmianami głosu, ale my, zwykłe mamy, musimy po prostu potakiwać i udawać, że nie zauważamy, gdy nasze dziecko brzmi jak skrzypiące drzwi.
Co mój lekarz naprawdę powiedział o małych uszach
Zanim urodziłam dzieci, miałam fantazję, że będę puszczać moim maluchom klasyczną muzykę fortepianową, a one wyrosną na wyrafinowanych, genialnych muzyków. Zderzenie z rzeczywistością: moje dzieci uważają, że walenie metalową łyżką w psią miskę to szczyt muzycznej ekspresji. Kiedy Hunter był niemowlakiem, moja mama ciągle powtarzała, żebym puszczała mu stację radiową z muzyką country, bo to „kształtuje charakter”, podczas gdy internet krzyczał na mnie, że powinnam grać tylko Mozarta, by zwiększyć ich IQ.

W końcu, będąc już tak zmęczona sprzecznymi radami, zapytałam o to naszego pediatrę podczas wizyty kontrolnej. Doktor Evans to bardzo praktyczny facet, który nie owija w bawełnę. Wzruszył tylko ramionami i powiedział, że wystawianie dzieci na różne dźwięki świetnie wpływa na ich mózgi, ale wszyscy musimy wyluzować z tym obsesyjnym wychowywaniem małych geniuszy. Wymamrotał też coś o utrzymywaniu poziomu hałasu w domu poniżej 60 decybeli, aby chronić ich słuch, co odpowiada głośności normalnej rozmowy albo buczącej lodówki. Nie wiem, kto ma czas chodzić po domu z aplikacją do mierzenia decybeli, próbując jednocześnie utrzymać przy życiu trójkę dzieci, ale jego główny przekaz był jasny – nie dudnić muzyką prosto w ich maleńkie uszy.
Wydaje mi się, że medycy mówią o tym, że głośne dźwięki mogą trwale uszkodzić małe rzęski w kanale słuchowym, chociaż sama nie jestem ekspertką od tych naukowych zawiłości. Wiem tylko, że po tamtej wizycie całkowicie zmieniłam podejście do hałasu w naszym domu. Jeśli chcecie zachować zdrowe zmysły i chronić słuch swoich pociech, po prostu schowajcie piloty do głośników, podsuńcie im ciche zabawki i ściszcie radio w samochodzie na tyle, żebyście wciąż mogły usłyszeć własne myśli.
Zabawki, które naprawdę potrafią przetrwać w moim salonie
Skoro więc nie puszczamy na cały regulator popowych hymnów, by uczyć ich muzyki, jak zachęcić je do odkrywania dźwięków bez przyprawiania siebie o migrenę? Przez lata nakupowałam mnóstwo badziewia, głównie plastikowych koszmarków na baterie, które świecą i śpiewają fałszywe piosenki, dopóki baterie powoli nie padną i całość nie zacznie brzmieć jak z horroru. Nigdy więcej.

Kiedy urodziłam drugie dziecko, w końcu poszłam po rozum do głowy i poprosiłam o Tęczowy stojak edukacyjny z zawieszkami zwierzątkami od Kianao. Dziewczyny, to jest po prostu przepiękne. Stojak jest zrobiony z prawdziwego, naturalnego drewna, a nie taniego plastiku, który pęka, gdy tylko krzywo na niego spojrzysz. Wiszące zabawki w kształcie zwierzątek wydają delikatne, naturalne dźwięki stukotania, gdy maluch w nie uderza. Moje średnie dziecko potrafiło leżeć pod nim nawet przez dwadzieścia minut, kompletnie zahipnotyzowane kształtami i cichymi dźwiękami. Szczerze mówiąc, ten stojak naprawdę ładnie prezentuje się w salonie i dał mi wystarczająco dużo czasu na wypicie kawy, podczas gdy mój syn sam uczył się zasady przyczyny i skutku.
Potem nadchodzi faza ząbkowania, która jest swoim własnym, głośnym koszmarem ze względu na niekończący się płacz. Jestem wielką fanką Silikonowego gryzaka Wiewiórka kojącego dziąsła. Jest stosunkowo niedrogi, uroczy jak guziczek dzięki motywowi małego żołędzia i – co najważniejsze – kiedy pokryje się paprochami, mogę go po prostu wrzucić na górną półkę zmywarki. Jest wykonany w 100% z silikonu spożywczego, co oznacza, że nie muszę się stresować, czy jakieś dziwne chemikalia przenikają do buzi mojego dziecka, podczas gdy ja próbuję odpisywać na e-maile klientów z Etsy.
Muszę też przyznać, że wypróbowałam Drewniany gryzak-grzechotkę z króliczkiem. To przepiękna mała szydełkowa zabawka, całkowicie organiczna i robiona ręcznie. Naprawdę chciałam ją pokochać. Będę z wami jednak szczera: jeśli macie psa, odpuśćcie ją sobie. Mój mieszaniec golden retrievera uznał, że kupiłam mu nową mini-zabawkę do gryzienia, a szydełkowy materiał przyciągał psią sierść jak magnes. Jest urocza, jeśli mieszkacie w nieskazitelnie czystym domu bez zwierząt, ale w moim chaotycznym domu na teksańskiej prowincji po prostu nie przetrwała tego ekosystemu.
Jeśli zastanawiacie się, jak zająć swoje maluchy bez zamieniania domu w głośny, migający salon gier, koniecznie sprawdźcie zabawki edukacyjne Kianao, które naprawdę opierają się na naturalnej ciekawości dziecka, a nie na bateriach AA.
W co kiedyś wierzyłam, a jaka jest chaotyczna prawda
Zanim urodziłam dzieci, totalnie oceniałam mamy w sklepie spożywczym, które dawały swoim maluchom telefon, żeby je uciszyć. Myślałam, że będę matką organizującą codzienne sesje gry na gitarze akustycznej i przewodzącą w rodzinnym śpiewaniu. Prawda jest taka, że w niektóre dni chodzi tylko o przetrwanie. Czasami rozwój muzyczny polega na pozwoleniu maluchowi uderzać o siebie dwoma pustymi pojemnikami Tupperware, podczas gdy ty gotujesz obiad.
Nauczyłam się nie stresować tym, czy idealnie i zgodnie z harmonogramem osiągają kolejne kamienie milowe w rozwoju. Kiedyś martwiłam się, że jeśli nie zapiszę ich na jakieś wymyślne zajęcia muzyczne dla mam z dziećmi, to zostaną w tyle. A teraz? Po prostu pozwalam im odkrywać świat na ich własnych zasadach. Czasami oznacza to słuchanie tej samej popowej piosenki czternaście razy z rzędu, bo tylko to powstrzymuje atak histerii, a czasami oznacza to siedzenie w całkowitej, błogiej ciszy, podczas gdy one żują drewniane kółko.
Wszystkie robimy, co w naszej mocy, starając się wychować porządnych ludzi, którzy – miejmy nadzieję – nie będą dudnić nam muzyką prosto w twarz, gdy będziemy już stare i siwe. Bądźcie więc dla siebie wyrozumiałe, schowajcie elektroniczne zabawki, gdy potrzebujecie przerwy, i pamiętajcie, że każda faza – nawet ta głośna – w końcu mija.
Jesteście gotowe zamienić głośne, plastikowe rupiecie na coś, co naprawdę dobrze wygląda w waszym domu i daje trochę spokoju? Sprawdźcie pełną ofertę zrównoważonych, cichych akcesoriów dla niemowląt od Kianao już teraz.
Pytania z życia wzięte, które ciągle mi zadajecie
Czy niemowlęta naprawdę potrzebują muzyki do prawidłowego rozwoju?
Słuchajcie, eksperci zawsze powtarzają, że muzyka stymuluje mózg do nauki matematyki i języka, ale szczerze uważam, że dzieci po prostu potrzebują kontaktu ze zwykłym życiem. Nie potrzebujecie specjalnego programu nauczania. Pozwólcie im posłuchać ptaków na zewnątrz, pozwólcie posłuchać, jak fałszujecie pod prysznicem, i dajcie im potrząsnąć pudełkiem suchego makaronu. W moim słowniku to wszystko liczy się jako rozwój słuchu, więc nie dajcie sobie wmówić poczucia winy, że musicie kupować drogie pianinko dla niemowląt.
Skąd mam wiedzieć, czy zabawka jest zbyt głośna dla mojego dziecka?
Mój absolutnie nienaukowy, matczyny test wygląda tak: jeśli zabawka sprawia, że się krzywisz albo po pięciu minutach dostajesz bólu głowy, to jest zdecydowanie zbyt głośna dla małych, rozwijających się bębenków. Zazwyczaj staram się tłumić te okropne plastikowe głośniczki kawałkiem przezroczystej taśmy pakowej, ale szczerze? Po prostu trzymajcie się drewnianych grzechotek i naturalnych zabawek. Słuch waszego dziecka jest delikatny, a powiedzmy sobie szczerze, moje zdrowie psychiczne jest zbyt kruche na odgłosy syren o 7:00 rano.
Jak najlepiej czyścić drewniane i silikonowe zabawki?
Jestem strasznie leniwa, jeśli chodzi o sprzątanie. Silikonowe rzeczy dosłownie wrzucam do zmywarki razem z naszymi talerzami, ponieważ odmawiam ręcznego mycia czegokolwiek, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Jeśli chodzi o zabawki drewniane, takie jak stojaki edukacyjne, nie można ich namaczać, bo zniekształcą się i pękną. Po prostu biorę wilgotną ściereczkę z odrobiną łagodnego płynu do naczyń, przecieram je, gdy zaczynają wyglądać na brudne, i zostawiam do wyschnięcia na blacie.
Czy to bezpieczne, by dziecko żuło drewniane kółka?
Tak, o ile kupujecie te właściwe. Wpadłam w panikę, kiedy mój najstarszy syn po raz pierwszy zaczął gryźć drewnianą zabawkę, bo byłam przekonana, że wbije sobie drzazgę. Jednak wysokiej jakości produkty, takie jak te od Kianao, są wykonane z nieobrabianego drewna bukowego, które jest wyszlifowane na idealnie gładko. Trzeba tylko od czasu do czasu je obejrzeć. Jeśli zauważycie pęknięcia lub szorstkie miejsca, wyrzućcie je. Ale mówiąc szczerze, wytrzymują one znacznie dłużej niż tanie plastikowe gryzaki, które moje dzieci potrafiły przegryźć na wylot.
Jak radzisz sobie z marudzeniem przy ząbkowaniu bez utraty zmysłów?
Narzekam mojej mamie, piję stanowczo za dużo kawy i trzymam w lodówce zestaw chłodzących gryzaków. Zauważcie, że powiedziałam w lodówce, a nie w zamrażarce – zamrażanie sprawia, że stają się zbyt twarde i mogą naprawdę zranić ich małe dziąsła. Przez cały dzień po prostu je podmieniam. A kiedy nic nie działa i po prostu krzyczą, wkładam je do wózka i wychodzę na zewnątrz. Czasami świeże powietrze resetuje nastawienie nas obojga.





Udostępnij:
Ile kosztuje dziecko? Szczere wyliczenia taty bliźniaków
Szczerze (i bez lukru) o tym, jak odbijać niemowlę bez łez