W 2018 roku siedziałam w naszej lokalnej kawiarni, mając na sobie ten potworny musztardowy sweter. Naprawdę myślałam, że wyglądam w nim jak fajna, artystyczna dusza z Brooklynu, a w rzeczywistości wyglądałam, jakbym miała żółtaczkę. Na zewnątrz padał deszcz – ten obrzydliwy, zacinający z ukosa listopadowy deszcz ze śniegiem – a moja dwuletnia córka, Maja, właśnie rozsmarowywała przerażającą ilość sosu do spaghetti na kolanie moich ulubionych dżinsów z Zary. Zdecydowanie nie powinnam była zakładać jasnego dżinsu przy małym dziecku, ale byłam niewyspana i nie podejmowałam najlepszych decyzji. Więc naturalnie, zamiast ją powstrzymać, wyciągnęłam telefon. Zrobiłam jej zdjęcie w samym środku napadu złości: sos wszędzie, twarz czerwona i wściekła. Uważałam, że to przezabawne. Dodałam błyskotliwy podpis o „życiu matki” i opublikowałam to na moim całkowicie publicznym koncie na Instagramie, żeby zobaczyło to tysiąc z kawałkiem moich obserwatorów.

Mój mąż Greg podniósł wzrok znad swojej letniej czarnej kawy, westchnął i zapytał, czy naprawdę muszę transmitować jej załamanie nerwowe na cały świat. Przewróciłam oczami i powiedziałam mu, że po prostu tego nie rozumie, że matki muszą pokazywać swoje prawdziwe oblicze i że przecież nic się nie stało.

Bardzo, ale to bardzo się myliłam. Musiały jednak minąć lata, by dziwaczny, całkowicie bezsensowny żart z internetu w końcu uświadomił mi, jak gigantyczny błąd popełniałam.

Incydent z lepkim iPadem

Przenieśmy się do zeszłego tygodnia. Byliśmy na rodzinnym grillu, a Maja – która ma teraz siedem lat i jest zdecydowanie zbyt spostrzegawcza – kuliła się w kącie, oglądając coś na niesamowicie lepkim iPadzie swojego trzynastoletniego kuzyna. Próbowałam w spokoju zjeść hot doga, kiedy usłyszałam, jak Maja pyta, głośno i wyraźnie, co to jest ten "cringe'owy tańczący niemowlak z nae nae" (użyła brzydkiego słowa, ale wiecie, o co chodzi). Prawie zadławiłam się bułką. Rozlałam połowę dietetycznej coli na koszulkę.

ŻE CO PROSZĘ.

Pomaszerowałam tam przekonana, że mój nastoletni siostrzeniec pokazuje jej coś skrajnie nieodpowiedniego. Przewrócił oczami z tą klasyczną wyższością pokolenia Z i pokazał mi ekran. To był mem. Naprawdę, naprawdę dziwny mem z internetu. Jeśli nie znacie tego głęboko przeklętego zakątka internetu, pozwólcie, że spróbuję wam to wyjaśnić, nie brzmiąc przy tym jak wariatka. Krótko mówiąc: lata temu ktoś opublikował całkowicie niewinne zdjęcie prawdziwego malucha tańczącego hip-hop. Po prostu normalny, prawdopodobnie prywatny, rodzinny moment. Ale internet go przechwycił. Przypadkowi nastolatkowie na Reddicie nałożyli na twarz dziecka te paskudne, zniekształcone, "przerysowane" filtry, dodali okropny tekst i wymyślili potężną, makabryczną i fałszywą historię, w której twierdzili, że to dziecko jest jakimś notorycznym przestępcą, który zginął w strzelaninie w 2004 roku.

No po prostu, o co tu do cholery chodzi?

Dzieciaki używają tego teraz jako ironicznego, mrocznego żartu, ale wpatrując się w ten zniekształcony obraz na iPadzie, czułam jedynie mrożący krew w żyłach strach. To było prawdziwe dziecko. Jakaś mama, gdzieś tam, myślała, że po prostu dzieli się ze znajomymi uroczym filmikiem, na którym jej dziecko tańczy, i jakoś zostało to przejęte przez miliony nieznajomych i zamienione w groteskowy, nieśmiertelny internetowy żart. Dzieciak jest pewnie teraz w liceum i chodzi po świecie ze świadomością, że jego twarz jest powszechnie rozpoznawana jako najdziwniejsza puenta w całym internecie.

Przerażający wywód mojego pediatry

Uderzyło to we mnie jak grom z jasnego nieba. Złapałam Maję, oddałam lepki iPad siostrzeńcowi i poszłam do domu, aby masowo usunąć setki zdjęć.

My pediatrician's terrifying rant — The Truth About The Cringe Ass Nae Nae Baby Meme & Sharenting

Kilka dni później wspomniałam o tym podczas bilansu czterolatka mojego syna, Leo. Nasz pediatra, dr Aris, to cudownie zrzędliwy starszy pan, którego absolutnie uwielbiam. Sprawdzał uszy Leo, podczas gdy ten aktywnie próbował zjeść szeleszczący papierowy fartuch medyczny, a ja wygadałam mu całą historię o memie i iPadzie. Dr Aris nawet nie wyglądał na zaskoczonego. Wymamrotał coś o tym, że Amerykańska Akademia Pediatrii od lat trąbi o śladach cyfrowych i że gdy zdjęcie trafia na serwer, rodzice w zasadzie zrzekają się wszelkich praw do tego, w jaki sposób będzie ono wykorzystywane lub manipulowane przez dziwaków w internecie.

Powiedział, że nastolatki nabawiają się poważnych stanów lękowych, kiedy uświadamiają sobie, że całe ich dzieciństwo zostało skomercjalizowane lub wyśmiane w internecie bez ich zgody. Pewnie masakruję jego dokładne słownictwo medyczne, bo byłam zajęta wyrywaniem Leo drewnianej szpatułki z rąk, ale panika, jaką we mnie zasiał, była aż nadto prawdziwa. Wychowujemy całe pokolenie, w którym kultura idealnie estetycznych "e-bobasów" oznacza, że ich życie jest dokumentowane i wystawiane na pokaz publiczny, zanim jeszcze opuszczą łono matki. To przerażające. Serio.

Porozmawiajmy przez chwilę o dalszej rodzinie, bo o rany boskie. Kocham moją teściową. Naprawdę ją kocham. Ale jeśli wrzuci jeszcze jedno zdjęcie Leo z wanny na swoją publiczną tablicę na Facebooku z zerowymi ustawieniami prywatności, to dosłownie oszaleję. Przerabiałam z nią rozmowę w stylu "proszę, usuń to natychmiast" przynajmniej trzy razy i za każdym razem zachowuje się tak, jakbym oskarżała ją o zbrodnie wojenne. Zacznie płakać, powie, że chce tylko pochwalić się swoim pięknym wnukiem przed koleżankami z klubu golfowego, a ja na koniec czuję się jak zła czarownica. Ale już mnie to nie obchodzi. Po tym, jak zobaczyłam, co dzieje się z niewinnymi zdjęciami w internecie, nie ustąpię. To wszystko jest bardzo wyczerpujące i zazwyczaj kończy się na tym, że Greg musi interweniować, podczas gdy ja agresywnie składam pranie. Zakrywanie twarzy dziecka emotikonami na zdjęciach? Wygląda to trochę dziwnie, ale szczerze mówiąc, jeśli to działa, to czemu nie.

Znajdowanie sposobów, by po prostu istnieć offline

Więc nasza nowa domowa zasada brzmi: istniejemy offline na tyle, na ile to tylko po ludzku możliwe. Żadnych ekranów dla dzieci, żadnych publicznych postów u rodziców. Kiedy w zeszłym miesiącu Leo ząbkował i wyrzynały mu się zęby trzonowe, był absolutnym koszmarem – krzyczał, ślinił się wszędzie, po prostu cierpiał. Stara ja wrzuciłaby selfie zmęczonej matki z płaczącym maluchem w tle. Nowa ja po prostu usiadła z nim na podłodze i próbowała przetrwać.

Finding ways to just exist offline — The Truth About The Cringe Ass Nae Nae Baby Meme & Sharenting

Powiem wam, że jeśli jesteście w samym środku okopów ząbkowania i próbujecie odwrócić uwagę dziecka, nie sadzając go przed tabletem, to kupiliśmy ten Drewniany gryzak z misiem od Kianao i to naprawdę uratowało moje zdrowie psychiczne. To taki mały, ręcznie robiony na szydełku miś na surowym kółku z drewna bukowego. Leo po prostu zawzięcie gryzł drewnianą część godzinami, podczas gdy ja piłam zimną kawę i gapiłam się w ścianę. Jest miękki, nie ma żadnych dziwnych chemikaliów i szczerze mówiąc, ten mały niebieski misio jest na tyle uroczy, że nie przeszkadzało mi to, gdy potykałam się o niego w przedpokoju. Dał nam obojgu błogosławiony czas spokoju, który nie został nagrany do internetu.

Kupiłam również ich Bambusowy kocyk niemowlęcy w liski do jego łóżeczka, ponieważ wyczytałam, że niebieskie odcienie pomagają dzieciom spać, a ja jestem podatna na każdy marketing związany ze snem. Cóż, jest fajny. Jest niewiarygodnie miękki, a bambusowa mieszanka ma podobno być oddychająca, czy coś w tym stylu. Ale szczerze? U nas sprawdził się po prostu okej, bo Leo od razu przeciągnął go przez ogromną kałużę błota w parku, a ja jestem beznadziejna w praniu, więc ten piękny skandynawski wzór na rogu kocyka na stałe zyskał teraz brązowy odcień. Moja wina, że zabrałam ładny kocyk do spania na zewnątrz, wiadomo, ale jestem zbyt leniwa, żeby go namaczać.

Moje całkowicie nienaukowe zasady bezpieczeństwa w internecie

Ponieważ musiałam nauczyć się wszystkiego na własnych błędach, radykalnie zmieniliśmy to, jak funkcjonujemy w tym domu. Jeśli zaczynasz panikować na myśl o własnej rolce z aparatu, oto, co teraz robimy:

  • Zasada: zero twarzy. Po prostu nie publikuję już ich twarzy w mediach społecznościowych. Kropka. Jeśli czuję desperacką potrzebę pokazania mojego dziecka, wrzucam tył głowy Mai, gdy przygląda się jakiemuś robaczkowi, lub po prostu pulchne małe rączki Leo trzymające truskawkę.
  • Tylko czaty grupowe. Jeśli Mai wypadnie ząb i wygląda uroczo z tą swoją szczerbą, to zdjęcie trafia bezpośrednio do prywatnej rodzinnej grupy na iMessage. Nie na główny profil. Nie na stories.
  • Audyt obserwujących. Przejrzałam mojego Instagrama i bezlitośnie zablokowałam każdego, z kim nie rozmawiałam przez ostatnie dwa lata. Jeśli nie byłeś na moim ślubie lub nie kupiłeś mi ostatnio kawy, nie dostajesz dostępu do życia mojej rodziny jako kontentu.

To szczerze mówiąc takie uwalniające. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, w jakim stopniu twoje rodzicielstwo polega na odgrywaniu jakiejś roli, dopóki nie pozbędziesz się widowni. Zanim wpadniesz w króliczą norę kupowania inteligentnych ekranów, żeby zająć czymś dzieci, podczas gdy ty będziesz mogła w spokoju scrollować internet, może po prostu zainteresuj się prostymi drewnianymi stojakami edukacyjnymi i pozwól im odkryć, jak się nudzić.

Jeśli chodzi o czas na wyciszenie, bardzo polegamy teraz na zabawkach fizycznych. Kupiliśmy Zestaw miękkich klocków dla niemowląt, ponieważ byłam tak niesamowicie zmęczona nadeptywaniem na ostre plastikowe klocki, że chciało mi się płakać. Te są z miękkiej gumy, mają małe symbole zwierzątek, a dzieci mogą je po prostu układać i przewracać przez dwadzieścia minut bez żadnych migających światełek czy wymaganego połączenia z Wi-Fi. Nawet wrzucają je do wanny. To po prostu prosta, stymulująca zmysł dotyku zabawa.

Tak czy siak, chodzi o to, że nigdy nie chciałabym, aby moje dzieci dorosły i odkryły, że ich najgorsze, najbardziej żenujące lub nawet najbardziej niewinne momenty z dzieciństwa zostały podane obcym ludziom na srebrnej tacy do wyśmiania. Nie chcę, żeby Maja kiedykolwiek poczuła się, jakby była tylko przedłużeniem mojej marki osobistej. Zamiast ciągle stresować się tym, kto zapisuje twoje zdjęcia, i próbować wyznaczać granice krewnym, którzy po prostu tego nie kumają, może po prostu usuń aplikacje ze swojego telefonu na weekend, zejdź na podłogę i układaj klocki z maluchem, aż rozbolą cię kolana.

Jeśli chcesz zająć swoje dzieci prawdziwymi, fizycznymi rzeczami zamiast ekranów, sprawdź kolekcję ekologicznych zabawek Kianao i po prostu odłącz się od sieci na całe popołudnie.

Pytania, które zazwyczaj dostaję na temat prywatności w internecie

O co właściwie chodzi z tym dziwnym tańczącym memem?
O rany, to po prostu zwykłe, nieszkodliwe zdjęcie malucha z około 2018 roku wykonującego głupi hip-hopowy taniec. Ale internet to okropne miejsce, więc ludzie to podłapali, nałożyli mocno zniekształcone, dziwaczne filtry wizualne i zmyślili te mroczne, fałszywe historie o tym, że dzieciak brał udział w strzelaninie. To właściwie ostateczny dowód na to, że internet zrujnuje wszystko, co niewinne, jeśli tylko dasz mu na to szansę.

Czy w ogóle nadal korzystasz z Instagrama?
Korzystam, nie zniknęłam z radaru całkowicie! Po prostu ściśle ograniczam do niego dostęp. Mam prywatne konto i zaledwie garstkę ludzi, z którymi faktycznie widuję się w prawdziwym życiu. Ale nawet wtedy rzadko publikuję twarze dzieci. Przeważnie wrzucam tylko zdjęcia dziwnych rzeczy, które mój mąż buduje w garażu, albo mojej kawy.

Jak radzicie sobie z dziadkami, którzy nie przestają publikować zdjęć?
Na początku – bardzo kiepsko. Greg musiał sam powiedzieć swoim rodzicom, żeby przestali, bo ja byłam zbyt zestresowana, żeby to zrobić. Teraz mamy po prostu surową zasadę: jeśli złamią granicę prywatności i opublikują zdjęcie bez pytania, przez miesiąc nie dostają w wiadomościach żadnych nowych zdjęć dzieci. Może jestem w tym trochę małostkowa, ale szczerze mówiąc, to zadziałało.

Czy to nie jest za późno, jeśli publikowałam wizerunek moich dzieci od lat?
Nie! Dosłownie cofnęłam się w czasie i masowo usunęłam jakieś trzy lata z życia Mai z moich starych publicznych tablic. Pewnie, pediatra wspomniał, że ktoś mógł je gdzieś tam zapisać w sieciowej próżni, ale samo zdjęcie ich sprawia, że czuję się, jakbym odzyskała chociaż część kontroli. Nigdy nie jest za późno, by po prostu z tym skończyć.