Była 2:14 w nocy, 26 grudnia, a ja siedziałam na podłodze w staniku do karmienia, który wyzionął ducha gdzieś w 2016 roku, i w bokserkach Dave'a, wściekle płacząc nad plastikową torebką. Maya miała dokładnie sześć miesięcy. Właśnie znowu zasnęła po dwugodzinnym oknie aktywności wypełnionym czystym, nieskrępowanym wrzaskiem, a salon wyglądał, jakby brutalnie eksplodowała w nim fabryka różowej gumy balonowej.

Wszędzie, gdzie spojrzałam, był róż. Wściekły róż, pastelowy róż, brokatowy róż. Przyjaciele i rodzina zjechali się na jej pierwsze Święta, a ponieważ była dziewczynką, motywem przewodnim prezentów okazały się najwyraźniej „wrzeszczące plastikowe śmieci”.

Najgorsza w tym zestawieniu była elektroniczna torebka, która darła się „IDZIEMY NA ZAKUPY, KOCHANIE!” przy każdym delikatnym podmuchu wiatru. Miała czujniki ruchu. Była wręcz opętana. Dave siedział po turecku obok mnie, używając noża do masła, by gorączkowo podważyć klapkę od baterii, bo nie mogliśmy znaleźć malutkiego śrubokręta. Szeptał pod nosem „giń, giń, giń”, podczas gdy ja żłopałam mrożoną kawę prosto z dzbanka z lodówki. Bo sen i tak był w tej sytuacji jakimś żartem.

Zrozumiałam wtedy, że cały rynek zabawek dla dziewczynek to tak naprawdę wielkie oszustwo, które ma na celu doprowadzić rodziców do szaleństwa i zamienić nasze córki w przestymulowane małe konsumentki, zanim jeszcze wyrosną im zęby.

Zmierzam do tego, że wcale nie musisz tak robić. Nie musisz iść w ten migający, różowy szał.

Posłuchaj, nie mówię, że musisz iść w drugą skrajność i kupować tylko te przygnębiające, owsiane, smutno-beżowe zabawki, które wyglądają, jakby przetrwały Wielki Kryzys.

Ale musi być jakiś złoty środek, prawda? Pomiędzy oślepiającymi, technologicznymi zabawkami rodem z imprezy techno, a zwykłym patykiem. Kilka tygodni później zabrałam Mayę do jej lekarki, doktor Miller, i szczerze zapytałam, czy rujnuję rozwój mojego dziecka, rekwirując wszystkie jej elektroniczne zabawki. Moja teściowa rzuciła bowiem uwagę, że mała będzie w tyle za rówieśnikami, jeśli nie będzie wciskać przycisków recytujących alfabet. Doktor Miller po prostu się zaśmiała i powiedziała, że dzieci nie potrzebują iPadów ani pokazów świetlnych, żeby się uczyć. Wyjaśniła coś o tym, jak ich mózgi są w rzeczywistości przeciążone tym całym migającym badziewiem, a to, czego tak naprawdę potrzebują, to fizyczna informacja zwrotna ze świata – jak upuszczenie ciężkiego przedmiotu i usłyszenie głuchego uderzenia, albo żucie klocka i uświadomienie sobie, że jest miękki. Chyba nazwała to zabawą swobodną, ale mój mózg składał się wtedy w 90% z kofeiny, więc pewnie trochę kaleczę naukę. Sedno było jednak takie: im prościej, tym lepiej.

Faza ziemniaczka, kiedy po prostu gapią się na rzeczy

Kiedy Maya była bardzo malutka, tak od zera do sześciu miesięcy, była w zasadzie ciepłym, bardzo wymagającym ziemniaczkiem. Nie potrzebowała zbyt wiele. Ale kiedy zaczęła faktycznie przyglądać się przedmiotom, mieliśmy ten Drewniany Tęczowy Stojak Edukacyjny, który dosłownie uratował moje zdrowie psychiczne.

Pokochałam go głównie dlatego, że nie grał zrobotyzowanej kołysanki, która utknęłaby w mojej głowie na trzy dni. Po prostu tam stał, ładnie wyglądając w moim salonie, a ona wpatrywała się w małego, wiszącego słonika. Najlepsze było to, gdy Leo – który miał wtedy trzy lata i okropnie znosił fakt, że nie jest już pępkiem świata – próbował dosłownie zawisnąć na drewnianej ramie niczym małpka. Stojak nie pękł. Po prostu się przewrócił, Leo się popłakał, ale zabawka przetrwała. To lite drewno. Czułam się o wiele lepiej, kładąc ją pod nim, niż pod baldachimem z ostrego, neonowego plastiku.

Era rzucania wszystkim o podłogę

Mniej więcej w ósmym miesiącu życia Maya weszła w fazę testowania grawitacji. To czas, kiedy marketing wokół małych dziewczynek naprawdę próbuje popchnąć cię w stronę miniaturowych różowych kuchni i malutkich zestawów do makijażu, co jest po prostu... wielkim nie. Ona ledwie potrafiła usiedzieć bez przewracania się, na pewno nie potrzebowała uczyć się konturowania twarzy.

The era of throwing everything on the floor — Why I Threw Away the Pink Plastic (And Found Better Baby Girl Toys)

Tym, czego naprawdę potrzebowała, były rzeczy do łapania, gryzienia i rzucania w moją głowę. Kupiliśmy Zestaw Miękkich Klocków Dla Niemowląt i stał się on jej absolutną obsesją. Nie przesadzam, gdy mówię, że zabieraliśmy je wszędzie. To miękkie, gumowe klocki w naprawdę ładnych, makaronikowych kolorach – nie agresywnie różowych, po prostu ślicznych – z małymi cyferkami i zwierzątkami. Siedziała i je zgniatała, a kiedy cisnęła jednym prosto w twarz Dave'a, gdy ten oglądał mecz, nikt nie musiał jechać na SOR.

Dodatkowo klocki lekko piszczą przy ściskaniu, co dawało jej to poczucie związku przyczynowo-skutkowego, o którym mówiła doktor Miller. Maya czuła się jak totalny geniusz za każdym razem, gdy udało jej się z nich wydobyć dźwięk.

Mniej więcej w tym samym czasie mocno uderzyło ząbkowanie. O rany, ząbkowanie. Jeśli jeszcze przez to nie przechodziłaś, zapnij pasy. Kupiłam tak wiele gryzaków. Niektóre były świetne, inne okazały się totalną stratą pieniędzy. Kupiłam Gryzak Panda, bo był uroczy i zrobiony z silikonu spożywczego. Szczerze? U nas sprawdził się po prostu okej. Zrobił swoje, gryzła go przez jakieś dziesięć minut, podczas gdy ja piłam kawę, ale najczęściej upuszczała go pod kanapę i o nim zapominała. W porządku jako dodatek do torby z pieluchami, ale nie był to produkt, który uratowałby nam życie.

Prawdziwym wybawieniem okazała się Grzechotka-Gryzak Miś. To naturalne, drewniane kółko, do którego przymocowany jest miękki, bawełniany, szydełkowy miś. Kontrast między twardym drewnem dla jej opuchniętych dziąseł, a miękką włóczką dla rączek do chwytania, to było dokładnie to, czego pragnęła. Myłam go ręcznie w zlewie o północy, kołysząc ją na biodrze. Był po prostu bardzo prosty i kojący.

Potrzebujesz uzupełnić torbę na pieluchy rzeczami, których twoje dziecko naprawdę będzie używać? Odkryj naszą kolekcję gryzaków i zabawek na ząbkowanie tutaj, zanim wyjdzie kolejny ząbek.

Chodzenie i przerażające odkrycie, że dosięgają już do stolika kawowego

Zanim dzieci skończą rok, sytuacja z zabawkami zazwyczaj wymyka się spod kontroli. Po prostu namnażają się w nocy. Jeśli zmusisz się do uprzątnięcia połowy tych gratów i po prostu schowasz je w szafie, wyciągając tylko trzy czy cztery rzeczy naraz, ponoć pomaga im to skupić się na prawdziwej zabawie, zamiast tylko wyrzucać wszystko na dywan i odchodzić.

Walking and the terrible realization that they can reach the coffee table — Why I Threw Away the Pink Plastic (And Found Bett

Próbowałam tej całej rotacji zabawek i w sumie to działało, chociaż przez połowę czasu po prostu zapominałam, gdzie schowałam te dodatkowe. Ale obserwowanie, jak Maya uczy się układać miękkie klocki albo potrząsać drewnianą grzechotką tak, by wydała z siebie ten konkretny dźwięk, którego pragnęła – było o wiele fajniejsze niż patrzenie, jak tępo wpatruje się w migający ekran.

Nie musimy zamykać naszych córek w różowym, plastikowym pudełku w sekundę po ich narodzinach. Zasługują na zabawki zrobione z prawdziwych materiałów, które pozwalają ich mózgom wykonać całą ciężką pracę i które nie sprawiają, że ich rodzice mają ochotę popełnić przestępstwo o drugiej nad ranem.

Torebka na zakupy już nigdy więcej nas nie obudziła. Dave ostatecznie wydłubał z niej baterie, a my „przypadkiem” zostawiliśmy ją w wynajętym przez Airbnb domku w Vermont. Ups.

Jeśli jesteś gotowa pozbyć się przestymulowującego plastiku i zainwestować w zabawki, które naprawdę wspierają rozwój twojego dziecka, a nie zamieniają twojego salonu w wesołe miasteczko, odkryj nasze drewniane stojaki edukacyjne i ekologiczne kolekcje. Twoje zdrowie psychiczne ci podziękuje.

Kłopotliwe pytania, które pewnie właśnie sobie zadajesz

Czy naprawdę muszę unikać wszystkich różowych zabawek?

Nie, oczywiście, że nie! Różowy to tylko kolor, jest okej. Maya ma różowy sweterek, którego nie chce zdjąć. Problemem nie jest sam kolor, ale ten mocno nakierowany na płeć marketing, który zakłada, że małe dziewczynki chcą bawić się tylko makijażem, torebkami i lalkami, a to wszystko zamknięte w tanim plastiku, który rozpada się po tygodniu. Wymieszaj to. Daj jej klocki, ciężarówki i lalki. Pozwól jej gryźć drewnianą grzechotkę. Po prostu unikaj pułapki różowej alejki w sklepie.

Ile zabawek powinno być wyciągniętych naraz?

Jeśli zapytasz Instagrama, pewnie ze trzy drewniane klocki na minimalistycznej półce. Jeśli zapytasz mojego prawdziwego domu we wtorek, to jest to siedemdziesiąt cztery rzeczy rozrzucone na dywanie. Ale mówiąc serio, trzymanie na wierzchu mniejszej liczby zabawek (tak od 5 do 8) naprawdę pomaga zapobiegać przebodźcowaniu. Resztę wrzucam po prostu do kosza na pranie w szafie i wymieniam je, gdy zauważę, że mała jest znudzona. To nie jest jakaś ścisła nauka.

Czy drewniane zabawki naprawdę są lepsze, czy tylko ładniej wyglądają na Instagramie?

Szczerze mówiąc, i jedno i drugie. Wyglądają o wiele lepiej w twoim domu, co ma znaczenie, gdy żyjesz w tym bałaganie 24 godziny na dobę. Ale oferują też inne doznania sensoryczne. Drewno ma swój ciężar, ma fakturę, wydaje przyjemny dźwięk, gdy klocki uderzają o siebie. Plastik jest po prostu lekki i pusty w środku. Ponadto, biorąc pod uwagę, że niemowlęta dosłownie wkładają wszystko do buzi, śpię o wiele spokojniej wiedząc, że nie pozwalam jej żuć jakichś podejrzanych, tanich plastików z kto-wie-jaką chemią w środku.

A co, jeśli ludzie ciągle obdarowują nas głośnym, plastikowym badziewiem?

To jest odwieczna walka. Dziadkowie uwielbiają kupować największe i najgłośniejsze rzeczy w sklepie. Zazwyczaj mówię „dziękuję”, pozwalam jej pobawić się tym dzień lub dwa, żeby widzieli, że z tego korzysta, a potem po cichu zaklejam głośnik przezroczystą taśmą pakową, żeby stłumić dźwięk. Jeśli zabawka jest całkowicie nie do zniesienia, baterie w magiczny sposób „padają” i nigdy ich nie wymieniamy. Albo oddajemy zabawkę na cele charytatywne. Jesteś mamą, ty tu zarządzasz inwentarzem.

Kiedy niemowlęta tak naprawdę zaczynają bawić się rzeczami?

Przez pierwszych kilka miesięcy to ty jesteś ich ulubioną zabawką. Poważnie, twoja twarz to wszystko, co ich obchodzi. Około 3. lub 4. miesiąca zaczną uderzać w zawieszki na stojaku edukacyjnym, a w okolicach 6. miesiąca wszystko ląduje prosto w buzi. Prawdziwa „zabawa”, podczas której odkrywają, do czego służą różne przedmioty, tak naprawdę nabiera tempa bliżej 9-12 miesięcy. Więc nie stresuj się, jeśli twój noworodek ignoruje piękne i drogie zabawki, które kupiłaś. Na razie dopiero ogarnia, jak w ogóle istnieć na tym świecie.