Wtorek, 5:43 rano. Florence (Bliźniaczka A) w jakiś niewyjaśniony sposób zdołała idealnie wcisnąć sobie kawałek suchego płatka Weetabix do lewej dziurki w nosie, podczas gdy Matilda (Bliźniaczka B) urządza perfekcyjną, rozdzierającą płuca histerię, ponieważ jej woda jest – w jej profesjonalnej opinii dwulatki – "zbyt mokra". Mam na sobie wczorajsze dresy, popijam letnią kawę rozpuszczalną i noszę koszulkę, która pachnie lekko skwaśniałym mlekiem i całkowitą ojcowską porażką. W przypływie czystej paniki, by powstrzymać krzyki, zanim sąsiedzi zadzwonią po opiekę społeczną, rzucam się w stronę inteligentnego głośnika, zamierzając wykrzyczeć polecenie włączenia jakiejś kojącej klasycznej wiolonczeli, by magicznie obniżyć nasze zbiorowe tętno. Zamiast tego mój pozbawiony snu mózg odmawia posłuszeństwa, język plącze mi się wokół zębów, a to, co niesie się echem po naszym skromnym, londyńskim domku szeregowym, wcale nie jest Bachem. To te nieomylne, mocno zsyntetyzowane początkowe akordy popowego hymnu z 2010 roku.
Nagle płacz ustaje. Wykopaliska w nosie zostają wstrzymane. Dwie małe główki odwracają się w stronę głośnika w idealnej synchronizacji. A kiedy wchodzą te słynne wokale, moje córki zaczynają podskakiwać.
Spektakularna śmierć mojej przedrodzicielskiej estetyki
Zanim ta dwójka się pojawiła i całkowicie zdemolowała moje życie, miałem bardzo stanowcze, niezwykle naiwne wyobrażenia o tym, jakim będę ojcem. Zakładałem, że będę tym rodzicem, który otacza swoje dzieci tylko tym, co w życiu najlepsze. Nasz dom miał być pełen ekologicznych, drewnianych zabawek pomalowanych w stonowane skandynawskie kolory (takich, które świetnie wyglądają na Instagramie, ale działają jak śmiercionośna broń, gdy nadepnie się na nie w ciemności). Podczas ciąży mojej żony spędziłem godziny na tworzeniu akustycznych folkowych playlist i wyszukiwaniu niszowych kompilacji jazzowych, szczerze wierząc, że nasze dzieci będą leżeć na plecach, w zamyśleniu wpatrując się w beżową karuzelę i od najmłodszych lat kształtując w sobie miłość do Milesa Davisa.
Jakim byłem kompletnym idiotą.
Rzeczywistość wychowywania bliźniąt to w mniejszym stopniu dbanie o estetykę, a w większym negocjacje z terrorystami. Szybko uczysz się, że przetrwanie za każdym razem wygrywa z godnością. Jeśli przesadzony, kołyszący biodrami taniec do piosenki Justina Biebera ze słowem "baby" powtarzanym w nieskończoność to coś, co sprawi, że Matilda pozwoli mi zmienić swoją agresywnie pełną pieluchę, to będę tańczył, jakbym grał główny koncert na Wembley.
Absolutna tyrania tradycyjnych rymowanek
Pozwólcie, że opowiem wam o piosence "Koła autobusu kręcą się", która, jestem o tym przekonany, została napisana jako forma wojny psychologicznej. Gdy puszczasz to pierwszy raz, jest urocze. Za drugim razem – znośne. Za czterechsetnym razem, kiedy utknąłeś w korku na obwodnicy, a wycieraczki dosłownie robią "szur, szur, szur" w strugach deszczu, zaczynasz kwestionować własne zdrowie psychiczne. Powtarzalność otępia umysł, melodie są niesamowicie irytujące, a ty jesteś w stanie wymyślić tylko ograniczoną liczbę nowych zwrotek, zanim złapiesz się na śpiewaniu: "wyczerpany tata w autobusie błaga przestańcie krzyczeć, przestańcie krzyczeć, przestańcie krzyczeć".
Nawet nie wspominajcie mi o "Starym McDonaldzie". Facet ma farmę, rozumiemy to, ale ma też fatalne standardy bezpieczeństwa biologicznego i absurdalną liczbę inwentarza, który głośno hałasuje o każdej porze dnia. A słynne brytyjskie "Rock-a-bye Baby"? Piosenka o kołysce gwałtownie spadającej z gałęzi drzewa. Tak, idealnie, zaśpiewajmy naszym najbardziej bezbronnym podopiecznym radosną pioseneczkę o katastrofalnej awarii konstrukcyjnej i pikowaniu ku ziemi.
Z kolei maszyny z białym szumem brzmią tak, jakbyś na zawsze utknął w kabinie tanich linii lotniczych w drodze do Malagi.
Przypadkowe mistrzostwo fonetyczne
Dlaczego więc milenialny pop z początku lat 2010. nagle stał się ścieżką dźwiękową naszych poranków? Właściwie ma to sens, jeśli spojrzeć na to z odpowiedniej perspektywy. Nasza pediatra – urocza kobieta, która wygląda, jakby nie przespała całej nocy od 1998 roku – wspomniała podczas wizyty kontrolnej, że niemowlęta uczą się języka poprzez ekstremalne, niemal irytujące powtarzanie. Mamrotała coś wysoce technicznego o dwuwargowych spółgłoskach zwarto-wybuchowych i o tym, że dźwięk "b" jest w zasadzie najłatwiejszą spółgłoską do opanowania dla małych, nieskoordynowanych ust, zanim przejdą do trudniejszych słów.

Kiedy się nad tym zastanowić, usłyszenie słowa powtórzonego pięćdziesiąt cztery razy w trzy i pół minuty wcale nie jest poetycką porażką. To wysoce ukierunkowane ćwiczenie fonetyczne w przebraniu popowego hitu. Kiedy zacząłem skakać po salonie, wykrzykując tekst z refrenu i celując w nie palcem w rytm muzyki, Florence naprawdę zaczęła próbować naśladować układ moich ust. Jest całkiem możliwe, że moje córki nauczą się mówić, wyłącznie chłonąc klubowe hity z czasów moich studiów, co jest zarazem przerażające, jak i niesamowicie wydajne.
Nasz wyznaczony parkiet taneczny na 6 rano
Kiedy zorientowałem się, że w salonie będziemy codziennie organizować poranne rejwy o wschodzie słońca, uświadomiłem sobie, że potrzebujemy specjalnej przestrzeni, w której dziewczynki mogłyby bezpiecznie się turlać, podczas gdy ja robię z siebie pośmiewisko. Skończyło się na tym, że rzuciliśmy Bambusowy kocyk dziecięcy we wzór Kosmosu prosto przed kanapę.
Słuchajcie, normalnie jestem głęboko cyniczny wobec "kocyków premium" dla niemowląt, bo to zazwyczaj tylko przepłacone kwadraty drapiącego muślinu, które kurczą się do rozmiarów ściereczki kuchennej w sekundę po wrzuceniu do pralki. Ale muszę przyznać, że ten jest naprawdę genialny, głównie dlatego, że w zeszłym miesiącu bez ani jednej plamy przetrwał wielką katastrofę z syropem przeciwgorączkowym i puree bananowym. Jest obrzydliwie wręcz miękki, co oznacza, że nie mam nic przeciwko klęczeniu na nim przez dwadzieścia minut naraz. Florence używa małych, pomarańczowych planet jako tarczy strzelniczej dla swojego porannego ulewania mleka, ale kocyk niesamowicie dobrze oddycha. Kiedy wszyscy pocimy się, tańcząc do szybkiego bitu, nikt się nie przegrzewa. Zasadniczo stał się naszym wyznaczonym klubowym parkietem z lat 2010. i jest na tyle duży, że obie bliźniaczki mogą się na nim rzucać bez przypadkowego zderzania się głowami.
Jeśli właśnie gapisz się na salon, który wygląda, jakby wybuchła w nim fabryka plastikowych zabawek, i chcesz odzyskać choć odrobinę stylowego zdrowia psychicznego, niezobowiązujące przeglądanie kocyków i organicznych ubranek Kianao podczas ukrywania się w łazience to wysoce zalecany mechanizm radzenia sobie ze stresem.
Ząbkowanie i sztuka żucia do rytmu
Oczywiście muzyka rozwiązuje tylko około sześćdziesiąt procent codziennych dramatów. Pozostałe czterdzieści procent jest obecnie spowodowane ząbkowaniem – biologicznym procesem, który tymczasowo zamienia moje słodkie córki w małe, wściekłe borsuki, pragnące gryźć wszystko, od pilota do telewizora po moje rzepki w kolanach.

Aby powstrzymać je przed zniszczeniem mebli podczas słuchania naszej porannej playlisty, dołączyliśmy do akcji Silikonowy gryzak dla niemowląt Panda. Znaczy się, jest w porządku. To kawałek bezpiecznego dla żywności silikonu w kształcie pandy. Matilda zawzięcie go gryzie w trakcie refrenu, jakby próbowała rozbić twardy stek. Jest niesamowicie łatwy do umycia, gdy nieuchronnie wyląduje pod kaloryferem pokryty tajemniczymi kłaczkami, ale szczerze mówiąc, to tylko zabawka na ząbkowanie. Robi swoje doskonale, ucisza ją na dokładnie cztery minuty i powstrzymuje przed żuciem listew przypodłogowych, więc tak naprawdę nie mogę narzekać.
Z kolei Florence domaga się Gryzaka Bubble Tea, przez co wygląda jak miniaturowa, bezrobotna milenialka zmierzająca do modnej kawiarni z laptopem, agresywnie żująca słomkę z tapioką.
Jak się ubrać do codziennego mosh pitu
Skoro zamierzamy organizować koncert popowy jeszcze przed przybyciem listonosza, równie dobrze możemy ubrać się stosownie do okazji. Matilda, mimo bardzo ograniczonych umiejętności werbalnych, dała jasno do zrozumienia, że odmawia noszenia czegokolwiek, co nie jest "eleganckie". Nie mam absolutnie pojęcia, skąd się tego nauczyła, biorąc pod uwagę, że mój codzienny mundur składa się z wyblakłych koszulek zespołów rockowych i wyczerpanych westchnień.
Naszym codziennym kompromisem jest Body niemowlęce z organicznej bawełny z motylkowymi rękawkami. Ma te absurdalne, genialne małe falbanki na ramionach, które sprawiają, że Matilda wygląda jak miniaturowy, agresywny obrońca z futbolu amerykańskiego na wytwornym przyjęciu w ogrodzie. Ale jego prawdziwy geniusz tkwi w materiale. Ponieważ to w 100% bawełna organiczna, może machać rękami w szybkim tempie, nie dostając tej paskudnej, swędzącej czerwonej wysypki, którą zawsze miała po tanich, poliestrowych ciuchach z sieciówek kupionych w zeszłym roku w panice. Co więcej, zatrzaski na dole są mocno wzmocnione, co oznacza, że faktycznie pozostają zapięte, gdy mała w półprzysiadzie próbuje zejść nisko do uderzenia basu.
Bliźniaczka A, co naturalne, odmawia noszenia falbanek i woli standardowe Body niemowlęce z organicznej bawełny w neutralnym kolorze ziemi, co sprawia, że gdy stoją obok siebie, wyglądają jak bardzo zdezorientowany duet R&B z lat 90.
Przestań walczyć z muzyką pop
Największa lekcja, jakiej nauczyłem się w ciągu ostatnich dwóch lat, wcale nie dotyczy idealnie zbilansowanej ekologicznej diety czy przestrzegania ścisłego harmonogramu drzemek, który i tak rozpada się w sekundę, gdy tylko kurier dzwoni do drzwi. Chodzi o odpuszczenie presji. Wyrzuć klasyczne playlisty, przestań się martwić, czy tempo nie jest zbyt stymulujące, daj im coś miękkiego, na czym mogą się bawić i po prostu zaakceptuj każdą, choćby najbardziej absurdalną rzecz, która skutecznie zatrzymuje płacz w twoim domu.
Jeśli twoja obecna strategia rodzicielska polega w zasadzie na przetrwaniu na kofeinie i czystej sile woli aż do pory snu, dlaczego by nie ulepszyć swojego sprzętu przetrwania? Zgarnij porządne, zrównoważone ubranka, które nie rozpadną się po jednym praniu, kup kocyk, który naprawdę chcesz mieć w swoim salonie, a może uda ci się kupić sobie pięć minut spokoju, byś mógł wypić herbatę, póki wciąż jest ciepła. Dodaj kilka niezbędnych rzeczy do koszyka już teraz i pozwól, by milenialne popowe hity wykonały za ciebie najcięższą robotę przez resztę dnia.
Nieuniknione, nieco chaotyczne FAQ
Czy to źle, że puszczam maluchom muzykę pop zamiast prawdziwych kołysanek?
Nasza położna środowiskowa powiedziała mi, że dopóki nie dudni to z głośnością, która trzęsie szybami w oknach, dzieciom naprawdę jest obojętne, czy to Mozart, czy R&B z początku lat 2000. Lubią po prostu przewidywalne bity i fakt, że wyglądasz idiotycznie, kiedy do nich tańczysz. Po prostu najpierw sprawdź tekst – na własnej skórze przekonałem się, że wiele piosenek, które uwielbiałem w 2004 roku, ma całkowicie nieodpowiednie wstawki.
Jak głośno to "zbyt głośno" na poranną imprezę taneczną?
Jeśli musisz podnieść głos, żeby poprosić partnera o podanie chusteczek nawilżanych, to znaczy, że jest zbyt głośno. My utrzymujemy głośność na takim poziomie, przy którym nadal słyszę satysfakcjonujący dźwięk pralki w kuchni, gdy ostatecznie kończy swój niekończący się cykl. Ich małe bębenki są wrażliwe, więc trzymaj się głośności na poziomie zwykłej rozmowy, nawet jeśli chęć podkręcenia basów jest obezwładniająca.
Czy powtarzalne piosenki naprawdę pomogą mojemu dziecku szybciej mówić?
Słuchajcie, nie jestem logopedą, tylko zmęczonym facetem z laptopem. Ale z tego, co mówili nam lekarze, powtarzanie prostych dźwięków spółgłoskowych (takich jak "ba ba ba") w kółko to dokładnie ten sposób, w jaki dzieci odkrywają, jak działają ich usta. Nie sprawi to magicznie, że zaczną cytować Szekspira, ale z pewnością sprawia, że zaczynają gaworzyć szybciej niż podczas siedzenia w ciszy.
Co, jeśli mój partner/partnerka absolutnie nienawidzi muzyki pop z lat 2010.?
Masz dwa wyjścia: kup im wysokiej jakości słuchawki z redukcją szumów albo przypomnij, że alternatywą jest słuchanie krzyku małego dziecka z powodu tego, że jego banan przełamał się na pół. Zazwyczaj groźba histerii z powodu złamanego banana wystarczy, by każdy nagle poczuł głębokie uznanie dla wczesnej twórczości Justina Biebera.
Czy te body z bawełny organicznej naprawdę są warte zachodu?
Szczerze? Tak. Kiedyś myślałem, że organiczna bawełna to po prostu wymysł dla zestresowanych rodziców z klasy średniej, ale po radzeniu sobie każdej zimy z nawrotami egzemy u bliźniaczek, co było spowodowane syntetycznymi materiałami więżącymi pot przy ich skórze, poddałem się. Te organiczne ciuszki naprawdę oddychają, a co ważniejsze, dekolty nie rozciągają się i nie wyglądają jak smutne, sflaczałe spadochrony po zaledwie trzech praniach.





Udostępnij:
Prawdziwa ekipa młodej mamy: jak przetrwać połóg bez Hollywood
Moja zbugowana próba rodzicielstwa sci-fi z 11-miesięcznym maluchem