Byłam w szóstym miesiącu ciąży z moim najstarszym synem – który, niech Bóg ma go w opiece, stał się moim żywym ostrzeżeniem przed każdym możliwym błędem rodzicielskim z podręczników – kiedy na moim baby shower trzy zupełnie różne osoby osaczyły mnie z nieproszonymi radami, jak wychować „odnoszące sukcesy” dziecko. Moja babcia, siedząc w kącie i popijając słodką herbatę, nachyliła się i powiedziała, że powinnam natychmiast postawić na blacie w kuchni puszkę po kawie i wrzucać do niej groszaki, żeby nauczyć go wartości ciężko zarobionego pieniądza. Mój kuzyn Dawid, który pracuje w finansach i nosi bezrękawniki nawet w domu, upierał się, że muszę otworzyć mu fundusz inwestycyjny dosłownie w sekundę po przecięciu pępowiny, żeby dzieciak mógł przejść na emeryturę w wieku trzydziestu lat. A potem moja niezwykle urocza i bardzo „eko” doula dotknęła mojego brzucha i szepnęła, że dziecko tak naprawdę rodzi się już jako miliarder, po prostu dlatego, że ma sto miliardów komórek mózgowych, które tylko czekają na aktywację.
Pamiętam, jak tam siedziałam, pocąc się w mojej kwiecistej sukience ciążowej i zastanawiając się, jak u licha mam poradzić sobie z niemowlakiem, mózgiem na poziomie miliardera i zdywersyfikowanym portfelem inwestycyjnym, skoro nie potrafiłam nawet złożyć tego wypasionego wózka, który właśnie dostaliśmy w prezencie. Powiem Wam szczerze: presja, by zapewnić naszym dzieciom sukces na całe życie, zanim jeszcze wyrosną im zęby, jest absolutnie wyczerpująca.
Ale przez ostatnie pięć lat wychowywania trójki dzieci na prowincji w Teksasie, prowadzenia mojego małego sklepu na Etsy z wyspy kuchennej i próbowania utrzymania wszystkich przy życiu, zdałam sobie sprawę, że wychowanie stąpającego po ziemi, odnoszącego sukcesy dziecka wcale nie wymaga funduszu powierniczego ani dyplomu z neuronauki. Wymaga po prostu mnóstwa cierpliwości, kilku mądrych wyborów i pogodzenia się z odrobiną bałaganu.
Ta cała sytuacja ze stu miliardami komórek mózgowych
Porozmawiajmy najpierw o mózgu, bo kiedy moja lekarka poruszyła ten temat na wizycie kontrolnej w drugim miesiącu życia mojego drugiego dziecka, prawie upuściłam torbę z pieluchami. Wyjaśniała mi coś o wczesnym rozwoju i tak po prostu wspomniała, że absolutnie każde dziecko przychodzi na ten świat z około 100 miliardami neuronów. Sto miliardów. Słuchajcie, mój mózg mieści obecnie jakieś trzy hasła, listę zakupów i teksty wszystkich piosenek country z lat 90., więc myślenie o tej czystej, niewykorzystanej mocy obliczeniowej w malutkiej, chwiejnej główce mojego noworodka było naprawdę przerażające.
Podobno pierwsze tysiąc dni życia to czas, kiedy wszystkie te neurony gorączkowo próbują się ze sobą połączyć, tworząc trwałe ścieżki na podstawie tego, co dziecko widzi, słyszy i co gryzie. Lekarka przedstawiła to tak, jakby każda rzecz, którą zrobiłam lub której nie zrobiłam, fizycznie budowała architekturę jego mózgu, przez co szczerze mówiąc, miałam ochotę po prostu schować się w spiżarni i zjeść czerstwe krakersy. To ogromna presja, by upewnić się, że przypadkiem nie zrobisz zwarcia w głowie małego geniusza zbyt długim czasem przed ekranem, głośnymi plastikowymi zabawkami albo dziwnymi syntetycznymi barwnikami w przekąskach.
Z tego, co potrafię zrozumieć przez totalną mgłę braku snu, stworzenie dobrego środowiska poznawczego sprowadza się tak naprawdę do utrzymania względnego spokoju i nieprzebodźcowywania ich małych układów nerwowych ciągłymi błyskającymi światłami i syntetycznym hałasem.
Oczywiście mojemu najstarszemu i tak kupiłam tablet, kiedy skończył dwa lata, bo czekał nas lot przez cały kraj do rodziny i wszyscy przeżyliśmy to bez szwanku.
Ale w tych pierwszych dniach bycia noworodkiem i niemowlęciem stworzenie spokojnego środowiska jest w rzeczywistości całkiem wykonalne. Wypróbowałam każdy głośny, irytujący plastikowy gadżet na rynku, ale jedną jedyną rzeczą, którą naprawdę zachowałam i używałam przy całej trójce moich dzieci, jest drewniany stojak edukacyjny Kianao. Opowiem Wam historię związaną z tą rzeczą: przy moim pierwszym dziecku miałam taki neonowy, plastikowy małpi gaj, który grał okropną, blaszaną melodyjkę za każdym razem, gdy mały go kopnął, i przez to za każdym razem płakał, bo to było po prostu zbyt wiele. Kiedy pojawiło się moje trzecie dziecko, przerzuciłam się na ten drewniany tęczowy stojak i różnica była niesamowita. Ma takie małe drewniane kształty zwierzątek i teksturowane kółka, w które mogą uderzać rączkami, a ponieważ nie krzyczy na nich piosenkami, muszą naprawdę się skupić i użyć własnego mózgu, żeby to ogarnąć. Jasne, wygląda pięknie, stojąc w moim salonie, ale co ważniejsze, nie przebodźcowuje ich do tego stopnia, by wywołać histerię tuż przed drzemką.
Pozwól im popełniać błędy, dopóki to mało kosztuje
A teraz przejdźmy do kuzyna Dawida i jego porad finansowych. Nie do końca ogarniam matematykę, którą rzucał na baby shower, ale w skrócie powiedział, że założenie funduszu i odkładanie pięćdziesięciu dolarów miesięcznie już teraz w jakimś alfabetycznym gąszczu kont bankowych ma z nich zrobić milionerów przed sześćdziesiątką, dzięki procentowi składanemu. To wszystko super, ale zależy mi o wiele bardziej na tym, żeby teraz nie zachowywały się w supermarkecie jak roszczeniowe bachory.

Moja mama zawsze powtarzała mi, że najlepszym sposobem na nauczenie dziecka czegokolwiek o pieniądzach, jest pozwolenie mu je zarobić, a potem całkowicie zmarnować. Myślałam, że jest surowa, dopóki mój najstarszy syn nie skończył czterech lat i nie pojechaliśmy na lokalny festyn. Zaoszczędził pięć dolarów z pomagania mi w układaniu asortymentu do mojego sklepu na Etsy. Chciał je przepuścić na taki kiepski, okropny plastikowy miecz, o którym wiedziałam, że zepsuje się w pięć minut. Każda komórka mojego ciała chciała wkroczyć, zabrać te pięć dolarów i kupić mu coś sensownego, ale przypomniałam sobie radę mamy i pozwoliłam mu to kupić.
Miecz zepsuł się, zanim w ogóle dotarliśmy do budki z goframi.
Był załamany, biedaczek, ale odebranie tej bolesnej lekcji o odroczonej gratyfikacji i wartości pieniądza, gdy stawka wynosi zaledwie pięć dolarów, jest o wiele lepsze niż nauka w wieku dwudziestu pięciu lat z kartą kredytową wyczyszczoną do limitu. Pozwolenie im na złe zarządzanie maleńkim kieszonkowym uczy ich rzeczywistych umiejętności życiowych w środowisku o niskim ryzyku, co jest o wiele cenniejsze niż wręczanie im wszystkiego, o co poproszą.
Skoro mowa o niemarnowaniu pieniędzy, muszę wspomnieć o ubrankach dla dzieci, będąc już przy temacie budżetu. Przez lata zmarnowałam mnóstwo pieniędzy na tanie ubranka niemowlęce, które po jednym praniu w mojej pralce dosłownie kurczyły się do rozmiaru ubrań dla lalek. Body dziecięce z organicznej bawełny od Kianao jest szczerze mówiąc po prostu okej, jeśli chodzi o wielką modę — to znaczy, to zwykłe body bez rękawów, nic przełomowego, co mogłoby wygrać nagrodę za dziecięcy strój roku — ale muszę mu oddać honor. Nie kurczy się, odrobina elastanu zapewnia naprawdę fajną rozciągliwość, więc mogę je przeciągnąć przez głowę wiercącego się, wściekłego niemowlaka bez urządzania walki wrestlingowej, i na dłuższą metę jest tańsze niż ciągłe kupowanie nowych syntetycznych ubranek, które rozpadają się na szwach.
Jeśli próbujecie skompletować wyprawkę dla dziecka lub po prostu chcecie przejrzeć kilka rzeczy, które naprawdę przetrwają kilkoro dzieci bez obciążania ich układu nerwowego czy Waszego budżetu, warto zajrzeć do kolekcji niezbędników dla niemowląt Kianao, gdy tylko będziecie mieć wolną chwilę.
Pierwsze obowiązki w domu
Nie trzeba wychowywać dosłownego miliardera, by skończyć z dzieckiem, które myśli, że świat kręci się wokół niego. Bogactwo, niezależnie od tego, czy masz na koncie pięćdziesiąt dolarów, czy pięćdziesiąt tysięcy, może rodzić postawę roszczeniową, jeśli nie zachowasz ostrożności. U nas wierzymy w wartość pracy. Oczywiście mój maluch nie układa tam na polu siana, ale bezczynne ręce to marudzące dzieci.

Dawanie im obowiązków domowych, nawet gdy są malutkie, sprawia, że czują się częścią zespołu. „Pracą” mojej dwulatki jest wrzucenie klocków z powrotem do koszyka przed kolacją. Czy robi to dobrze? Absolutnie nie. Zazwyczaj sama muszę kopnąć trzy z nich pod kanapę, żeby tylko uprzątnąć dywan. Ale liczy się sam nawyk łączenia wysiłku z czystą przestrzenią.
Do takich rzeczy uwielbiam Zestaw delikatnych klocków dla niemowląt. Zamiast kupować milion zabawek na baterie, które bawią się za nich i nie wymagają od dziecka żadnego wysiłku, spróbujcie trzymać się prostych rzeczy, które mogą układać, nieuchronnie burzyć, a potem ćwiczyć ich sprzątanie, podczas gdy wy desperacko próbujecie wypić poranną kawę, zanim zamieni się w mrożoną.
Dawanie przykładu w sprawach finansowych
Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że dzieci to w zasadzie małe gąbki, które chłoną twoje najgorsze nawyki. Przeczytałam na jakimś blogu parentingowym o trzeciej nad ranem, że dziewczynki mają tendencję do tracenia pewności siebie w sprawach matematyki i finansów bardzo wcześnie, mniej więcej w okolicach starszych klas szkoły podstawowej. Ta statystyka mocno we mnie uderzyła. Mam dwie córki i chcę, żeby umiały zaplanować budżet na moje materiały rzemieślnicze i obliczyć marżę zysku równie mocno, jak chcę, by wiedziały, jak upiec porządną szarlotkę.
Zdałam sobie jednak sprawę, że nie mogę im tylko wygłaszać kazań o ciężkiej pracy i planowaniu budżetu, podczas gdy sama chowam paczki z impulsywnych zakupów online, zanim mąż wróci do domu. One naśladują to, co widzą. Jeśli widzą, jak siedzę przy kuchennym stole, stresując się nad arkuszem kalkulacyjnym, ale mimo to przebrnę przez niego, uczą się, że pieniądze to tylko narzędzie, którym zarządzamy, a nie coś, czego należy się bać lub do czego ma się automatyczne prawo.
Szczerze mówiąc, wychowanie „dziecka-miliardera” wcale nie sprowadza się do pieniędzy. Chodzi o dostrzeżenie, że rodzą się one bogate w potencjał. Naszym zadaniem nie jest kupowanie im najdroższego życia; jest nim zapewnienie bezpiecznego środowiska do rozwijania tych miliardów komórek mózgowych, wolności do popełniania tanich błędów i determinacji, by resztę odkryły same.
Jesteście gotowi na stworzenie przestrzeni do zabawy, która naprawdę pomoże rozwijać się tym małym mózgom, nie rujnując przy tym Waszego portfela? Sprawdźcie pełną, zrównoważoną kolekcję w Kianao, zanim przejdziecie do poniższych pytań.
FAQ
Czy naprawdę powinnam martwić się o te 100 miliardów komórek mózgowych mojego dziecka?
Posłuchajcie, moja lekarka śmiertelnie mnie przeraziła tą liczbą, ale bez paniki. Nie musicie machać fiszkami przed oczami dwumiesięcznego malucha. Z tego, czego się dowiedziałam, oznacza to po prostu, że ich mózgi są niezwykle wrażliwe na otoczenie. Skupcie się na spokojnych, bezpiecznych przestrzeniach, dużej ilości kontaktu wzrokowego i prostych zabawkach. Mózg waszego dziecka sam odwali całą czarną robotę, obiecuję.
Kiedy powinnam zacząć uczyć mojego malucha o pieniądzach?
Moja mama kazała mi zacząć, kiedy mój najstarszy syn ledwo potrafił mówić, i miała rację. Możecie zacząć od drobnych kroków, gdy tylko zrozumieją koncepcję wymiany. W wieku około trzech, czterech lat, jeśli chcą kupić sobie coś specjalnego w sklepie, pozwólcie im osobiście wręczyć kasjerowi kilka drobnych. To sprawia, że staje się to dla nich namacalne. W świecie, w którym wszystko sprowadza się do zbliżenia plastikowej karty, muszą zobaczyć, jak fizyczne pieniądze opuszczają ich ręce, żeby to zrozumieć.
Czy drewniane zabawki naprawdę są lepsze dla rozwoju?
Nie jestem naukowcem, ale w moim domu – tak. Plastikowe zabawki z migającymi światełkami i syrenami przejmują na siebie całe zadanie zabawiania dziecka, co zamienia je w bierne zombie. Drewniane zabawki, takie jak ten stojak edukacyjny, o którym wspominałam, zmuszają dzieci do sięgania, chwytania i używania wyobraźni. Poza tym nie przyprawiają mnie o potworny ból głowy już o 10 rano, co jest ogromnym plusem dla mojego zdrowia psychicznego.
Jak zareagować, gdy moje dziecko przepuści kieszonkowe na śmieci?
Ugryźć się w język i pozwolić im na to! Wiem, że to fizycznie boli, gdy patrzy się, jak oddają dobre pieniądze za plastikową zabawkę, która zepsuje się już w drodze powrotnej do domu, ale to uczucie żalu to najlepszy nauczyciel finansów na świecie. Pozwólcie im popełnić błąd, gdy kosztuje on pięć dolarów, by nie popełniły go, gdy będzie kosztował pięćdziesiąt tysięcy dolarów w dorosłym życiu.
Czy kupowanie ubranek z organicznej bawełny naprawdę robi różnicę dla budżetu?
Szczerze mówiąc, to zależy od rzeczy. Nie kupuję wszystkiego, co organiczne, ponieważ mam tutaj do dyspozycji całkiem realistyczny budżet. Jednak w przypadku podstawowych ubrań, takich jak body, które przylegają bezpośrednio do ich skóry przez cały dzień i są prane osiemdziesiąt razy w tygodniu, dobrej jakości organiczna bawełna nie kurczy się i nie zniekształca tak, jak te supertanie syntetyki. Kupuje się ich mniej, ponieważ naprawdę długo służą, co w ostatecznym rozrachunku oszczędza Wasze pieniądze i kolejną wyprawę do sklepu.





Udostępnij:
Jak utrzymać niemowlę przy życiu: sen, ząbkowanie i absolutny chaos
O 3 w nocy w króliczej norze: plotki o dziecku Abby i Brittany Hensel