Była 10:14 w jakiś losowy wtorek, a ja stałam w kuchni, mając na sobie parę wyblakłych, szarych legginsów ciążowych, z którymi absolutnie powinnam była się pożegnać pół roku wcześniej. Moje pierwsze dziecko, Maya, była przypięta do swojego krzesełka do karmienia, agresywnie waląc malutkimi piąstkami w plastikową tackę. Gapiłam się na miseczkę ekologicznego purée z groszku, całkowicie sparaliżowana trzema sprzecznymi radami, które odtwarzały się w nieskończonej pętli w moim pozbawionym snu mózgu.
Moja teściowa – którą kocham, naprawdę, kupiła nam wózek – zadzwoniła do mnie poprzedniego wieczoru, żeby powiedzieć mi, że muszę dosypywać kleik ryżowy do butelki trzymiesięcznej Mai, bo inaczej nigdy nie prześpi całej nocy. Moja eko-sąsiadka z końca korytarza, ta od lnianych chust, osaczyła mnie przy skrzynkach na listy, upierając się, że od ósmego miesiąca dzieci powinny jeść wyłącznie surowe mięso z kością. A algorytm Instagrama agresywnie podsuwał mi rolki z estetycznymi matkami w beżowych domach, które karmiły swoje niemowlęta ugotowanym na parze lokalnym smoczym owocem, podczas gdy w tle grała delikatna gitara akustyczna.
Ja tylko chciałam dać swojemu dziecku warzywo. Ale presja związana z pierwszym jedzeniem dziecka jest tak przerażająca, że skończyło się na tym, że piłam moją zimną, mocno paloną kawę i trochę płakałam do zlewu. Jeśli gapicie się teraz na własne dziecko, zastanawiając się, jak u licha macie przejść z mleka na prawdziwe, dosłowne stałe jedzenie, nie rujnując mu przy tym życia – cześć. Witajcie w klubie. To bardzo lepki klub.
Kiedy, u licha, są tak naprawdę gotowe na jedzenie?
Przy Mai ciągle patrzyłam w kalendarz w telefonie, jakby kryło się w nim jakieś magiczne pozwolenie. Ale moja pediatra, doktor Miller – która ma tak niesamowicie uspokajający głos, że mogłaby czytać medytacje na sen – w zasadzie powiedziała mi, że kalendarz jest bezużyteczny i trzeba po prostu obserwować swoje dziecko, żeby sprawdzić, czy zachowuje się jak mały człowiek mający ochotę na przekąskę.
Nie wiedziałam nawet, czym jest odruch wypychania języka, dopóki nie spróbowałam nakarmić Mai malutką łyżeczką rozgniecionego awokado. To ta dziwaczna, ewolucyjna sprawa jaszczurczego mózgu, gdzie ich język automatycznie działa jak malutki, bezlitosny buldożer, wypychając absolutnie wszystko z ust w sekundę po tym, jak do nich trafi.
Wkładasz papkę, a ich mały język robi po prostu *blrrrp* prosto na brodę. Zbierasz to z brody, wkładasz z powrotem i *blrrrp*, już jest na śliniaku. Przez dwa tygodnie myślałam, że Maya nienawidzi mojego gotowania, zanim doktor Miller mimochodem wspomniała, że jeśli dziecko wciąż wypycha jedzenie jak buldożer, oznacza to, że odruch jeszcze nie zanikł i tak naprawdę nie jest gotowe na połykanie.
Więc w zasadzie musicie po prostu siedzieć i gapić się na nie, modląc się, żeby potrafiły utrzymać własną głowę bez kiwania się jak piesek z kiwającą głową na desce rozdzielczej, czekając, aż stracą ten jaszczurczy język i wykażą choćby mikroskopijną odrobinę zainteresowania waszym zimnym tostem. Niektórzy martwią się, jaka jest idealna pora dnia na wprowadzenie stałych pokarmów, co szczerze mówiąc, jest najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek słyszałam, bo czas to iluzja, kiedy nie śpicie od 2019 roku.
Wielka żelazowa panika szóstego miesiąca
Kiedy trzy lata później pojawił się nasz syn Leo, mój mąż Dave wpadł późno w nocy w redditową króliczą norę na temat metali ciężkich w kleiku ryżowym. Wszedł o północy do kuchni, trzymając telefon jak świecącą cegłę z dowodami, i oznajmił, że całkowicie rezygnujemy z kleiku ryżowego, bo podobno jest pełen arsenu? Nie znam dokładnego składu chemicznego, ale Dave był zestresowany, więc wyrzuciliśmy pudełko do kosza.

Doktor Miller faktycznie mówiła nam, że dziecięce zbiorniki z żelazem i tak praktycznie pustoszeją w okolicach szóstego miesiąca. Rodzą się z tym zapasem żelaza z czasów, gdy były w naszych brzuchach, a potem, dokładnie na pół roku, po prostu on znika. Brzmiało to, jakby opisywała samochód, któremu kończy się paliwo na autostradzie, co mnie przeraziło. Podobno potrzebują jakiejś szalonej ilości 11 miligramów żelaza dziennie, żeby nie nabawić się anemii.
Więc zamiast mdłego kleiku, zaczęliśmy dawać Leo dziwnie intensywne rzeczy. Purée z wołowiny. Rozgniecioną soczewicę, która pachniała jak smutny akademik z czasów studenckich. Awokado było w naszym domu hitem, bo ma te wszystkie tłuszcze, od których rzekomo rośnie mózg dziecka, ale powiem wam jedno: plamy z awokado na białym ubranku nie schodzą. Nigdy. Próbowałam moczyć je w wybielaczu, sodzie oczyszczonej, łzach moich przodków – nic nie działa. W każdym razie chodzi o to, że ich pierwsze jedzenie będzie o wiele cięższe, niż myślicie, a wasza pralka będzie cierpieć.
Jeśli szukacie sprzętu, który naprawdę pomaga, zamiast tylko ładnie wyglądać w mediach społecznościowych, przejrzyjcie kolekcję do karmienia Kianao, zanim zrujnujecie każdy element garderoby swojego dziecka.
Masło orzechowe na szpitalnym parkingu
Kwestia alergii prawie doprowadziła mnie do szału. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych moja młodsza siostra była niemowlakiem, powiedziano mojej mamie, żeby ukrywała przed nią masło orzechowe, aż ta pójdzie praktycznie do przedszkola. Ale zalecenia medyczne w ciągu ostatniej dekady odwróciły się o 180 stopni, a nikt mnie przed tym nie ostrzegł.
Na wizycie kontrolnej Mai doktor Miller mimochodem wspomniała, że powinniśmy natychmiast wprowadzić orzeszki ziemne, jajka i nabiał. Tak jakby – od zaraz. Z tego, co rozumiem, było takie ogromne badanie w Wielkiej Brytanii – Dave nazwał je chyba badaniem LEAP – gdzie odkryto, że wczesne i częste podawanie dzieciom masła orzechowego faktycznie powstrzymuje rozwój alergii. Zmniejsza to ryzyko o jakieś osiemdziesiąt procent czy coś równie szalonego. Nie do końca rozumiem związaną z tym immunologię, wiem tylko, że brzmiało to jak pułapka.
Tak bardzo bałam się anafilaksji, że, mówię szczerze, spakowałam Mayę do fotelika samochodowego, pojechałam na parking przed SOR-em, zaparkowałam blisko podjazdu dla karetek i podałam jej odrobinę rozwodnionego masła orzechowego na opuszku palca. Po prostu siedziałam na miejscu kierowcy z włączonym silnikiem, wpatrując się w nią we wstecznym lusterku przez czterdzieści pięć minut, czekając, aż spuchnie. A ona po prostu zasnęła. Wypiłam letnią Diet Colę i czułam się jak kompletna wariatka. Ale hej, nie jest uczulona na orzeszki!
Przerażająca różnica między odruchem wymiotnym a zadławieniem
W końcu musicie zdecydować, czy będziecie podawać papki, czy zastosujecie metodę BLW (Bobas Lubi Wybór), która polega na tym, że wręczacie im kawałki prawdziwego jedzenia i pozwalacie im samym z tym pokombinować. W internecie robi się z tego świętą wojnę. Jeśli karmicie łyżeczką, matki od BLW was oceniają. Jeśli stosujecie BLW, wasza teściowa zapyta, czy aktywnie próbujecie wyeliminować jej wnuka.

My zrobiliśmy bardzo brudną hybrydę obu metod, ponieważ potwornie bałam się zadławienia. Rzecz, na którą nikt was nie przygotowuje, to fakt, że dzieci krztuszą się i miewają odruchy wymiotne. I to bardzo często. Krztuszeniu się towarzyszy hałas, mnóstwo dziwnego kaszlu, twarz robi się czerwona i wygląda to okropnie. Ale podobno ich odruch wymiotny znajduje się bardzo płytko w buzi, żeby je chronić. Z drugiej strony, zadławienie (kiedy blokują się drogi oddechowe) jest całkowicie BEZGŁOŚNE.
Kiedy zaczęliśmy dawać Mai prawdziwe jedzenie, miała obsesję na punkcie Bambusowego Zestawu Łyżeczki i Widelca dla Niemowląt. Naprawdę uwielbiałam te rzeczy. Bambusowa rączka w dotyku przypominała mi prawdziwe sztućce, a nie tani plastikowy chłam, a silikonowa końcówka była na tyle miękka, że nie uderzała o jej dziąsła, gdy agresywnie ją gryzła. Poza tym po prostu bardzo ładnie wyglądają leżąc na moim blacie, tuż obok nieskończonego bałaganu.
Ale jeśli chodzi o talerze, kupiliśmy Silikonowy Talerzyk dla Niemowląt z buzią misia i szczerze mówiąc? Jest po prostu okej. Przyssawka trzyma całkiem nieźle, a uszy misia są urocze i świetnie oddzielają groszek od batatów, ale moje dzieci potraktowały przyssawki jako osobiste wyzwanie. Jeśli wasze dziecko to mały kulturysta, i tak w końcu go oderwie. Zyskujecie przynajmniej cztery minuty, w czasie których nie zrzucają swojego posiłku na podłogę, co chyba można uznać za sukces, ale nie spodziewajcie się cudów.
Aha, a przez połowę czasu i tak chcą po prostu gryźć łyżeczkę, bo bolą je zęby. Zanim Leo w ogóle miał ochotę na jedzenie, chciał tylko coś żuć, więc Dave znalazł ten Gryzak dla Niemowląt Małpka z drewnianym kółkiem i silikonowymi uszami. Dave miał obsesję na punkcie tego, że to nie był neonowy plastik, a Leo potrafił po prostu siedzieć w swoim krzesełku i gryźć głowę małpki, podczas gdy my jedliśmy obiad w spokoju.
Dlaczego wasze dziecko wypluwa wszystko, co ugotujecie
Oto najbardziej dołujący fakt dotyczący wprowadzania pierwszych pokarmów u waszego niemowlaka: spędzicie czterdzieści pięć minut na gotowaniu na parze i blendowaniu ekologicznej dyni piżmowej, podacie ją w uroczej małej miseczce, a one zrobią minę, jakbyście właśnie nakarmili je śmieciami ze śmietnika.
Doktor Miller powiedziała nam o zasadzie piętnastu prób. Podobno może minąć nawet piętnaście kontaktów z nowym jedzeniem, zanim dziecko zdecyduje, że go nie nienawidzi. Piętnaście! Wiecie, jak bardzo łamie serce podawanie odrzuconych brokułów po raz czternasty? Nasz pies przytył chyba ze dwa kilo podczas pierwszego miesiąca podawania stałych pokarmów przez Leo, ponieważ Leo po prostu grzecznie zrzucał wszystko przez krawędź krzesełka.
Nie możecie ich zmuszać. Musicie po prostu się uśmiechać, udawać, że wszystko jest w porządku, wycierać bataty z sufitu i spróbować ponownie jutro. To wyczerpujące, powoduje mnóstwo bałaganu, a po kilku dniach i tak znajdziecie w swoich włosach zaschniętą owsiankę. Ale pewnego dnia sięgną po truskawkę, ugryzą kawałek i naprawdę ją przełkną. I przez jakieś dziesięć sekund poczujecie się tak, jakbyście całkowicie ogarniali to całe rodzicielstwo.
Jeśli chcecie sprawić, by bałagan był nieco bardziej znośny, sprawdźcie akcesoria do karmienia Kianao, zanim zaczniecie własny kuchenny koszmar.
Brudne pytania, które wpisywałam w Google o 3 w nocy
Czy moje dziecko zakrztusi się wodą?
O boże, tak. Będą kaszleć i prychać, jakby w życiu nie miały styczności z płynem. Podawanie im odrobiny wody w otwartym kubeczku lub kubku ze słomką na początku rozszerzania diety jest podobno dobre na poćwiczenie, ale przez kilkanaście pierwszych prób absolutnie zakrztuszą się wodą i spojrzą na was tak, jakbyście je zdradzili. Po prostu podawajcie im po malutkim łyczku na raz.
Co jeśli dosłownie odmawiają wszystkiego poza bananami?
Zatem chyba przez kilka tygodni będą małpkami. Mówiąc całkiem serio, moja pediatra stwierdziła, że dopóki nadal piją mleko z piersi lub mleko modyfikowane, początkowe jedzenie służy tylko do ćwiczeń. Jeśli chcą tylko banany, pozwólcie im na banany. Nadal proponujcie im inne rzeczy, ale nie walczcie z nimi o to. Szkoda waszego stresu i potu.
Czy powinnam podać im najpierw kleik ryżowy?
Oczywiście możecie, jeśli chcecie, ale to już wcale nie jest konieczne. Całe to przekonanie, że "najpierw musi być kleik ryżowy", jest super przestarzałe. My całkowicie go pominęliśmy z powodu raportów o metalach ciężkich i przeszliśmy od razu do wzbogaconej żelazem owsianki i mięsnego purée. Porozmawiajcie z własnym lekarzem, ale nie pozwólcie, by teściowa wpędziła was w poczucie winy i zmusiła do beżowych płatków, jeśli nie macie ochoty ich podawać.
O jakim dokładnie poziomie bałaganu my tu mówimy?
O apokaliptycznym. I wcale nie przesadzam. Znajdziecie purée w ich pieluszce, między ich palcami u stóp i jakimś cudem na tyłach waszej własnej szyi. Kupcie w pełni kryjące śliniaki z rękawami. Rozbierzcie je do samej pieluchy. Połóżcie matę ochronną pod krzesełko. Oddajcie swoją godność w ręce bałaganu.
Czy mogę po prostu dać im zwykłe krowie mleko, jeśli zabraknie mi modyfikowanego?
ABSOLUTNIE NIE. Po prostu tego nie róbcie. Ich małe nerki nie radzą sobie z traktowaniem zwykłego krowiego mleka jako napoju, dopóki nie skończą roku. Możecie podać im trochę jogurtu lub odrobinę sera do zjedzenia, ale nie możecie wlać krowiego mleka do butelki, by zastąpić mleko modyfikowane lub mleko z piersi. Jeśli wam go zabraknie, czeka was nocna wyprawa do apteki, przyjaciele.





Udostępnij:
Niespokojne noce po tragicznych wieściach o małym Emmanuelu
Wielka afera batatowa: Bardzo brudny przewodnik po rozszerzaniu diety