Była 6:43 we wtorek rano, a ja trzymałam w rękach neonowozielonego plastikowego psa, który na cały regulator śpiewał mocno zautotune'owaną piosenkę o kształtach. Miałam na sobie szare dresy – te z plamą po wybielaczu na lewym kolanie – i trzymałam kubek z kawą, która wystygła co najmniej czterdzieści minut wcześniej. Maja miała czternaście miesięcy, siedziała w morzu agresywnie jaskrawego plastiku i płakała, bo elektroniczny nos psa przestał świecić. Mój mąż Dave wszedł do salonu, stanął bosą stopą na twardej, plastikowej krowie, krzyknął słowo, którego staramy się nie używać przy dziecku, i gapił się na górę rzeczy przejmującą kontrolę nad naszym domem.
To był dokładnie ten moment, kiedy uświadomiłam sobie, że mamy ogromny, przytłaczający problem.
Po pierwszych urodzinach Mai dostaliśmy od ludzi naprawdę mnóstwo rzeczy. Wszyscy oczywiście mieli dobre intencje, ale nasz salon wyglądał, jakby wybuchła w nim bomba w kolorach tęczy. Mieliśmy migające klawiaturki, śpiewające zwierzątka z farmy i te dziwne, gąbczaste coś, co pachniało wanilią i chemią. A wiecie, co w tym najśmieszniejsze? Maja wcale nie chciała się tym bawić. Zazwyczaj chciała tylko żuć pilota od telewizora albo ciągnąć po podłodze puste pudełko z Amazona.
Ponieważ dalsza rodzina Dave'a mieszka w Zurychu, jego ciocia napisała do mnie z prośbą o listę prezentów, pytając konkretnie, jakie „Spielzeug bis 2 Jahre” (zabawki dla dzieci do lat dwóch) powinna nam przysłać. Pamiętam, jak później tego samego dnia siedziałam na podłodze w łazience, ukrywając się przed śpiewającym psem, i desperacko wpisywałam tę frazę w Google, bo nie miałam absolutnie zielonego pojęcia, czego dzieci w tym wieku tak naprawdę potrzebują, co chcą, i czego nie spróbują od razu zniszczyć.
Poranek, w którym plastikowy pies mnie złamał
Prawda o fazie między pierwszym a drugim rokiem życia jest taka: dzieciaki nagle zaczynają się poruszać, nagle łapią wszystko, co popadnie, ale nie mają za grosz zdrowego rozsądku. Kompletnie zero. Maja podciągała się na stoliku kawowym, łapała moją zimną kawę i próbowała wlać ją do komory na baterie w tym nieszczęsnym psie.
Złapałam psa, kawa wylała się na dywan, Maja zaczęła krzyczeć, a ja po prostu tam siedziałam i myślałam, jak bardzo nienawidzę tych wszystkich głośnych, migających zabawek. One tak naprawdę nic nie dają dziecku. Zajmują je tylko na trzy sekundy, aż maluch się znudzi i zażąda nowego, świecącego bajeru.
W każdym razie, sęk w tym, że zaczęłam zgłębiać, jakie zabawki są faktycznie, naprawdę dobre dla tego dziwnego, przejściowego wieku. Nie te rzeczy z ogromnych supermarketów, które wymagają ośmiu baterii AA i śrubokręta, ale takie, przez które do pory kolacji nie będziesz miała ochoty wyrwać sobie włosów z głowy.
Jeśli właśnie przez to przechodzisz, a Twój dom został opanowany przez zabawki, może po prostu zrób sobie kawę (najlepiej gorącą) i spójrz na kilka cichszych, zrównoważonych zabawek edukacyjnych, które naprawdę mają sens, bo te na baterie to najszybsza droga do utraty zmysłów.
Co mój lekarz naprawdę powiedział o zadławieniach
Kolejną przerażającą rzeczą w dzieciach do lat dwóch jest to, że absolutnie wszystko ląduje w ich buzi. Wszystko. To faza oralna, co brzmi jak uroczy kamień milowy w rozwoju, dopóki nie zaczniesz fizycznie siłować się z własnym dzieckiem na podłodze, żeby wydobyć tajemniczy obiekt z jego szczęk.

Na wizycie kontrolnej Leo w 18. miesiącu życia rozmawiałam o tym z naszym pediatrą, dr. Arisem. Zapytałam go, skąd mam wiedzieć, czy zabawka jest bezpieczna, skoro wszystkie pudełka mają jakieś losowe logo certyfikatów, które zupełnie nic dla mnie nie znaczą. Zaśmiał się i opowiedział mi o przyrządzie używanym przez ekspertów ds. bezpieczeństwa, zwanym cylindrem do testowania ryzyka zadławienia. Okazuje się, że to taka mała metalowa rurka, i jeśli jakakolwiek część zabawki się w niej zmieści, oznacza to ryzyko zadławienia dla malucha. Oczywiście nie posiadam profesjonalnego cylindra testowego, więc dr Aris powiedział, że rolka po papierze toaletowym to całkiem sensowna, choć zupełnie nienaukowa, domowa alternatywa.
Powiedział też, że muszę przeprowadzać test „ciągnij i kręć” na wszystkim, co mamy. Polega to na tym, że łapiesz zabawkowe oczy, guziki lub małe drewniane kółka i ciągniesz je z całej siły. Jeśli uda ci się je oderwać, twoje dziecko na 100% zdoła je odgryźć.
Spędziłam cały tamten piątkowy wieczór siedząc na dywanie i próbując ukręcić oczy pluszowym misiom. Czułam się jak psychopatka, ale autentycznie znalazłam dwoje obluzowanych szklanych oczu u jednego niedźwiadka w stylu vintage, którego ktoś nam podarował. Prosto do kosza.
Och, i nawet nie zaczynajcie tematu grubych kartonowych książeczek i puzzli, bo dzieci po prostu je ssą, dopóki papier nie rozpuści się w szarą papkę, którą trzeba wydłubywać z ich policzków jak u wściekłej wiewiórki. Edukatorka Tabea Fromm najwyraźniej napisała całe ostrzeżenie na ten temat, o czym dowiedziałam się *po tym*, jak Maja zjadła połowę tekturowych puzzli ze zwierzątkami wiejskimi.
Zrobiłam w głowie listę wszystkich rzeczy, które Maja skutecznie zdołała włożyć do buzi w tamtym tygodniu, tylko po to, by udowodnić Dave'owi, że musimy przeprowadzić czystkę w pokoju zabaw:
- Trzy luźne guziki z kocyka „sensorycznego”, który podobno był dla noworodków
- Wspomniany wcześniej tekturowy element puzzli z owcą, który zamienił się w papkę
- Plastikowe kółko, które odpadło od taniej wywrotki, kiedy Dave na nią nadepnął
- Zbłąkana skorupka z pistacji z Bożego Narodzenia, którą znalazła pod kanapą (był marzec)
Dr Aris mocno rozgadał się również na temat chodzików. Znacie te plastikowe ustrojstwa z małym siedziskiem pośrodku, w których nogi dziecka zwisają, a maluch odpycha się po podłodze? Nazwał je po niemiecku „Gehfrei” i w zasadzie stwierdził, że to śmiertelne pułapki. Powiedział, że powodują tak wiele urazów głowy, ponieważ dzieci po prostu zjeżdżają w nich ze schodów albo uderzają z impetem w ściany. Powiedział mi, że jeśli chcę pomóc Leo w nauce chodzenia, powinnam kupić ciężki, stabilny wózek do pchania – po niemiecku „Lauflernwagen” – za którym będzie mógł stać i go pchać, a nie siedzieć w środku.
To dziwne dziesięcioletnie badanie zmieniło moje myślenie
Tak więc, kiedy późną nocą przepadłam w internetowej króliczej norze, próbując wymyślić, jak powstrzymać moje dzieci przed jedzeniem zabawek, natknęłam się na badanie o nazwie TIMPANI. To skrót od Toys that Inspire Mindful Play and Nurture Inspiration, co brzmi niesamowicie pretensjonalnie, ale stojąca za tym nauka po prostu powaliła mnie na łopatki.
W skrócie, ci badacze spędzili dziesięć lat obserwując, jak maluchy bawią się różnymi rodzajami zabawek. I to, co odkryli – a co całkowicie przefiltrowałam przez mój niewyspany mózg – sprowadza się do tego: im więcej zabawka robi, tym mniej robi twoje dziecko.
Jeśli zabawka świeci, śpiewa i sama jeździ po podłodze, maluch po prostu siedzi jak zombie i się na nią gapi. Staje się całkowicie bierny. Ale co jeśli dasz mu drewniany klocek? Musi wymyślić, co to jest. Czy to telefon? Czy to samochód? Czy to kawałek ciasta, który zmuszają mnie, żebym „zjadła” o 7:00 rano? Badanie dowiodło, że proste zabawki o otwartym charakterze są znacznie lepsze dla ich rozwoju mózgu i umiejętności językowych.
W tym wieku, między pierwszym a drugim rokiem życia, dzieci przeżywają ten szalony skok w rozwoju słownictwa. Uczą się chyba stu słów znikąd. I uczą się tych słów poprzez odgrywanie ról i rozmawianie z tobą o tym przypadkowym kawałku drewna, który trzymają.
Uświadomiłam sobie, że powodem, dla którego Maja nienawidziła wszystkich swoich drogich plastikowych zabawek, było to, że były nudne. Robiły tylko jedną rzecz. Kiedy nacisnęła guzik i usłyszała piosenkę, to był koniec. Nie było w tym żadnej tajemnicy.
Rzeczy, które kupiliśmy i które naprawdę przetrwały moje dzieci
Po Wielkiej Czystce (Dave dosłownie zaniósł trzy worki zabawek do lokalnego sklepu charytatywnego), w zasadzie zaczęliśmy wszystko od nowa przy Leo. Kiedy zaczął chodzić, stałam się bezlitosna w kwestii tego, co przekracza nasz próg. Powiedziałam szwajcarskim krewnym, czego dokładnie mają szukać, wpisując „Spielzeug bis 2 Jahre”, i skończyliśmy z kilkoma rzeczami od marki Kianao, które naprawdę, cudem, wytrzymały dwójkę moich dzikich dzieci.

Absolutnie najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek dostaliśmy, były klasyczne drewniane klocki. Wiem, to brzmi niesamowicie nudno. Pamiętam, jak otwierałam pudełko i myślałam: „Łał, klocki. Super”. Ale one są niezniszczalne. Leo na początku tylko ćwiczył chwyt szczypcowy – to wtedy, gdy podnoszą rzeczy używając tylko kciuka i palca wskazującego – przenosząc je z koszyka na podłogę, jeden po drugim. Teraz, gdy Maja jest starsza, używa ich do budowania ogromnych zamków, a Leo biega po pokoju jak Godzilla i je rozkopuje. To godziny świetnej zabawy. Baterie nie są wymagane. I są na tyle ciężkie, że czujesz solidne drewno, a mimo to nie mają zadziorów i drzazg.
Dostaliśmy też drewniany sorter kształtów. Będę z tobą całkowicie szczera, u nas sprawdził się po prostu okej. Jakość jest cudowna, a drewno idealnie gładkie, ale Leo wpadł na to, że jeśli po prostu zdejmie wieczko, może wrzucić wszystkie klocki naraz bez konieczności ich dopasowywania. A potem zorientował się, że solidny drewniany walec to doskonały pocisk do rzucania w kota. Musieliśmy więc schować go na wysoką półkę na kilka miesięcy, dopóki nie nauczył się nie używać materiałów edukacyjnych jako broni.
Ale prawdziwym ratunkiem dla życia, rzeczą, którą kupiłabym jeszcze sto razy, był drewniany wózek edukacyjny (pchacz). To był właśnie ten „Lauflernwagen”, o którym mówił dr Aris. Dave początkowo go nienawidził, bo jest duży i nie da się go złożyć, ale kiedy Leo podciągał się, żeby stanąć, ta rzecz była jak czołg. Nie przewracał się, gdy chłopiec opierał cały ciężar ciała na uchwycie. Pakował do niego moje buty i pchał w tę i z powrotem korytarzem przez bite czterdzieści pięć minut. Mogłam wreszcie wypić gorącą kawę. To był cud.
Jak ukrywam większość ich klamotów
W tym samym badaniu przeczytałam też, że zbyt duża ilość zabawek na wierzchu autentycznie stresuje dzieci. Wywołuje to u nich zmęczenie decyzyjne. Pomyśl, jak to jest, gdy odpalasz Netflixa: masz tysiące filmów do wyboru, przeglądasz je przez godzinę, a potem i tak włączasz odcinek The Office, który widziałaś już dwanaście razy. Dzieci robią dokładnie to samo ze swoimi zabawkami.
Jeśli mają gigantyczny kosz z sześćdziesięcioma zabawkami, po prostu wysypią wszystko na podłogę, popatrzą i zaczną marudzić, że im się nudzi.
Zaczęłam więc stosować rotację zabawek, co brzmi jak wymysł niesamowicie zorganizowanych instagramowych mam, ale obiecuję wam – jestem najbardziej bałaganiarską osobą na świecie, a to naprawdę działa. Oto mój ekstremalnie leniwy system:
- Kupiłam trzy nieprzezroczyste plastikowe pojemniki z zamykanymi pokrywkami. Muszą być w jednolitych kolorach. Jeśli dzieci będą mogły zajrzeć do środka, cały system weźmie w łeb, bo po prostu zaczną krzyczeć o to, co widzą.
- Włożyłam do tych pudeł 70% ich zabawek i schowałam w garażu. Dave myślał, że jestem okrutna. Zignorowałam go.
- Zostawiłam w salonie dokładnie cztery zabawki. Klocki, pchacz, małą miękką lalkę waldorfską i kilka masywnych figurek zwierząt.
- Co trzy tygodnie podmieniam pojemniki. Kiedy przynoszę pudło z garażu, Leo zachowuje się, jakby to był poranek Bożego Narodzenia. Kompletnie zapomniał, że ma drewniany pociąg. To najtańsza magiczna sztuczka na świecie.
Brzmi to głupio i banalnie, ale fundamentalnie zmieniło energię w naszym domu. Przestały się tak często kłócić. Naprawdę skupiły się na zabawkach, które miały pod ręką. A Dave przestał deptać w ciemności po plastikowych zwierzątkach z farmy.
Jeśli właśnie teraz toniesz w rzeczach, nie musisz wszystkiego wyrzucać. Po prostu schowaj większość. A jeśli właśnie kombinujesz, co kupić roczniakowi, naprawdę gorąco polecam sprawdzić kolekcję zabawek dla dzieci Kianao – znajdziecie tam rzeczy, od których nie oszalejecie.
Tak czy inaczej, Leo ma teraz cztery lata, a Maja siedem, a my wciąż mamy te drewniane klocki. Przetrwały śpiewającego psa o jakieś pięć lat. Pies autentycznie uległ tajemniczemu wypadkowi z „korozją baterii” i musiał zostać poddany recyklingowi. Absolutnie niczego nie żałuję.
Niewygodne pytania, które wszyscy zawsze mi zadają
Czy drewniane zabawki są naprawdę bezpieczniejsze od plastikowych?
Okej, zazwyczaj tak, ale nadal musisz uważać. Tanie drewno może się odpryskiwać, a jeśli jest pomalowane tanią farbą, dzieci po prostu odgryzają i połykają toksyczne płatki. Powinnaś szukać litego drewna z nietoksycznymi wykończeniami na bazie wody. Dave ma obsesję na punkcie szukania na rzeczach znaku „GS-Zeichen” (Geprüfte Sicherheit - sprawdzone bezpieczeństwo), bo jest kłębkiem nerwów, ale szczerze mówiąc, wystarczy kupować od sprawdzonych marek i sprawdzać, czy drewno wydaje się ciężkie i gładkie. Aha, i wyrzucaj wszystko, co wydaje się tandetne.
Ilu zabawek naprawdę potrzebuje roczne dziecko?
Jakichś czterech. Mówię całkiem serio. Potrzebują czegoś do układania, czegoś do pchania, czegoś do gryzienia i ewentualnie miękkiej lalki lub maskotki. Cała reszta to tylko szum. Im mniej rzeczy mają na wierzchu, tym bardziej angażują się w zabawę. Schowaj resztę do szafy i wymieniaj je, kiedy będziesz zdesperowana, by zyskać dwadzieścia minut spokoju na wypicie kawy.
A co, jeśli chcą się bawić tylko moimi kluczami i pojemnikami z Tupperware?
Pozwól im! O rany, szuflada z pojemnikami na żywność była ulubioną „zabawką” Mai przez bitych sześć miesięcy. Dzieci w tym wieku po prostu chcą naśladować życie dorosłych. Nie widzą różnicy między edukacyjną układanką za 200 złotych a plastikową miską na sałatkę z drewnianą łyżką. Upewnij się tylko, że skradzione przedmioty domowego użytku nie grożą zadławieniem (zrób test z rolką po papierze toaletowym) i pozwól im szaleć.
Czy to źle, jeśli mój maluch nienawidzi drogich zabawek Montessori, które mu kupiłam?
Witaj w świecie rodzicielstwa. Kupiłam kiedyś przepiękną, niesamowicie drogą tablicę sensoryczną w neutralnych kolorach, a Leo dosłownie używał jej wyłącznie jako stopnia, by dosięgnąć do worka z karmą dla psa. Czasem dzieci po prostu nie są jeszcze gotowe na konkretną zabawkę. Schowaj ją do szafy na trzy miesiące i wyciągnij ponownie później. Jeśli nadal będą jej nienawidzić, sprzedaj ją w internecie innej mamie, która akurat przechodzi fazę na estetyczne, drewniane zabawki. Zero poczucia winy.





Udostępnij:
Cała prawda o kocykach z imieniem do pokoju maluszka
Dlaczego drewniane klocki dla dzieci pozwolą Ci nie zwariować