Siedzę na miejscu F4 w kinie Alamo Drafthouse niedaleko nas, moja ręka zawisła w połowie drogi do ust, trzymając garść całkowicie zimnego, lekko rozmokłego truflowego popcornu, na którego nie mam już nawet ochoty. Jest 20:15 w jakiś losowy, deszczowy wtorek. Mark siedzi tuż obok, mrugając na gigantyczny, świecący ekran, jakby fizycznie wypalał mu siatkówki, a my nie byliśmy na prawdziwej, bezdzietnej randce poza domem od ponad trzech miesięcy. Mam na sobie czarne legginsy, na których w okolicach lewego kolana wciąż widać zaschniętą plamę z owsianki, bo zupełnie zapomniałam się przebrać przed wyjściem, a moja czwarta kawa – wyjątkowo kwasowe cold brew, które kupiłam o 15:00 w przypływie czystej, macierzyńskiej desperacji – właśnie urządza brutalną rebelię w moich jelitach. Oglądamy nowy film Evy Victor. Taak. Ten film.

I tak po prostu siedzę w ciemności, gapiąc się w ekran i myśląc o tym, jak bardzo będziemy mieli przechlapane, gdy nasze dzieci dorosną. Jestem przerażona.

Ale cofnijmy się na chwilę. Bo ten cały wieczór to z mojej strony jedno gigantyczne nieporozumienie.

Pułapka na nianię i spodnie spadochronowe

Lily, nasza piętnastoletnia niania, dosłownie pisnęła z ekscytacji, kiedy powiedziałam jej, na jaki film idziemy. Siedziała po turecku na dywanie w salonie, ubrana w te absurdalnie wielkie spodnie typu parachute, które wyglądają dokładnie tak, jak te, które nosiłam w siódmej klasie i zarzekałam się, że już nigdy więcej ich nie założę, pozwalając siedmioletniej Mai agresywnie czesać swoje włosy. „O mój boże, tak bardzo chcę to zobaczyć, cały mój TikTok jest tym teraz zasypany” – powiedziała, patrząc na mnie tymi oczami z perfekcyjnie wyciągniętą kreską z eyelinera.

A ja biegałam po domu w panice, próbując spakować torbę z pieluchami i wciskając do niej absolutnie ulubiony kocyk z bawełny organicznej Kianao czteroletniego Leo. Słuchajcie, kupuję moim dzieciom mnóstwo absurdalnie drogich bzdur, ale ten kocyk to dosłownie jedyna rzecz, która każdego dnia trzyma naszą rodzinę w ryzach. Kiedy jest zmęczony, pociera noskiem o ten miękki rąbek, a ja skończyłam na tym, że kupiłam trzy identyczne, żebym mogła wyprać ten oryginalny bez wywoływania pełnowymiarowego strajku w przedpokoju. Na oślep dorzuciłam też tę dzianinową czapeczkę Kianao, którą kupiliśmy w zeszłym miesiącu, a która, szczerze mówiąc, jest tylko w porządku. Jest naprawdę urocza i niesamowicie miękka, ale Leo ma potwornie wielką głowę – 99. centyl, dzięki Mark – więc czapka po prostu wystrzeliwuje z jego głowy jak korek od szampana co dziesięć minut. W każdym razie, wręczyłam Lily torbę, dałam dwadzieścia dolców na pizzę i praktycznie sprintem wybiegłam do samochodu.

Naprawdę myślałam, że ten film to komedia. Jakaś mroczna, dziwna, nieszablonowa komedia niezależna, bo wyprodukowało go studio A24, a plakat miał taką retro, różową czcionkę, która wyglądała dość wesoło. Nie czytałam recenzji. Nigdy ich nie czytam. Kto ma na to czas? Jestem zbyt zajęta odkrawaniem skórek od kanapek i próbami przypomnienia sobie, czy zapłaciłam rachunek za prąd.

Zaraz, to nie jest zwariowana komedia?

To nie jest komedia. O boże, to jest tak niesamowicie ciężkie. Jeśli poszukacie teraz w sieci „Sorry Baby 2025”, zobaczycie miliony nastolatków romantyzujących mroczną estetykę tego filmu, ale sama fabuła jest po prostu brutalna. Opowiada o odizolowanej od świata profesorce literatury, która zmaga się z duszącymi, psychologicznymi skutkami napaści ze strony jej zaufanego mentora sprzed lat. To jest jedno z tych głęboko klaustrofobicznych, intensywnych spojrzeń na traumę, dynamikę władzy i ataki paniki.

Nie zrozumcie mnie źle, to genialnie zrealizowany film, bo Eva Victor to bez wątpienia wizjonerka za kamerą. Ale siedząc tam z bólem głowy od cold brew i plamą z owsianki na nodze, myślałam tylko o Lily. I Mai. I o Leo.

Musimy porozmawiać o scenie z myszą

Zanim jednak całkowicie wpadnę w panikę przed nastoletnimi latami moich dzieci, muszę wspomnieć o tej myszy. No więc, w połowie filmu jest taka jedna scena. Nie chcę wam spoilerować całej fabuły, ale zepsuję wam ten jeden konkretny moment, bo wciąż jestem o to autentycznie wściekła. Dlaczego w tych artystycznych, niezależnych filmach zawsze musi cierpieć jakieś przypadkowe, niewinne zwierzę? To chyba w tym momencie jakiś surowy wymóg w kontraktach reżyserów. Główna bohaterka znajduje na podłodze swojego mieszkania mysz, która jest na wpół zmiażdżona przez jakąś pułapkę. I zamiast po prostu, nie wiem, zgarnąć ją do pudełka po butach albo wyprowadzić się z tego mieszkania na zawsze, co ja bym na pewno zrobiła, decyduje, że musi skrócić jej męki.

I Need to Talk About the Mouse Scene — Watching Sorry Baby 2025 Made Me Terrified of the Teen Years

Butem.

Twardym, ciężkim, rozsądnym skórzanym mokasynem. I po prostu w nią uderza. Montaż dźwięku w tym konkretnym kinie był i tak już zdecydowanie zbyt agresywny jak na wtorek, ale to mokre, obrzydliwe, chrupiące uderzenie buta o drewnianą podłogę raz za razem, to było po prostu okropne. Dosłownie zasłoniłam uszy rękami i zamknęłam oczy, zupełnie jak maluch na pokazie monster trucków. Mark po prostu gapił się przed siebie na ekran, jakby jego dusza opuściła ciało i pofrunęła prosto do kabiny projektora. Chciałam wczołgać się pod tę lepką kinową podłogę i rozpaść się w pył tuż obok rozlanej coli. DLACZEGO.

W filmie jest też ze czterdzieści przekleństw na literę „f” i mnóstwo bardzo obrazowych, mocnych scen seksu, ale szczerze mówiąc, kogo to w ogóle obchodzi, kiedy na niemal dziesięciometrowym ekranie dochodzi do niesprowokowanego morderstwa na gryzoniu.

Doktor Evans, mózg i kora przedczołowa nastolatka

W każdym razie. Film w końcu dobiega końca. Napisy końcowe przesuwają się przy jakiejś dziwnej, dysonansowej muzyce niezależnej. Zapalają się światła i wszyscy w kinie po prostu siedzą w absolutnej, oszołomionej ciszy. Mark spojrzał na mnie, wziął powolny, celowy łyk swojego dziwnego, rzemieślniczego piwa o smaku sosnowych igieł i tylko szepnął: „No cóż”.

Poszliśmy do samochodu w strugach deszczu. Nie mogłam przestać myśleć o tym, jak Lily bardzo chciała to obejrzeć. Nagle przypomniał mi się doktor Evans – nasz pediatra, który zawsze wygląda, jakby nie przespał całej nocy od 2018 roku – i to, co mówił mi na bilansie czterolatka u Leo kilka tygodni temu. Dyskutowaliśmy o bezpieczeństwie w internecie, bo Maya przypadkiem zobaczyła na YouTube jakiś niesamowicie przerażający viralowy filmik. Mówił coś o tym, że kora przedczołowa dorastającego człowieka to w zasadzie chaotyczny, niedokończony plac budowy, pełen szalejących hormonów i niedziałających synaps, dopóki nie skończą dwudziestu pięciu lat. Dlatego fizycznie nie są w stanie przetworzyć złożonych, ciężkich, traumatycznych mediów w taki sposób, jak robi to w pełni ukształtowany mózg dorosłego. Albo coś w tym stylu. Nie pamiętam dokładnie tej całej nauki, bo akurat aktywnie próbowałam powstrzymać Leo przed zlizywaniem dziwnej brązowej plamy z podłogi w gabinecie, ale ogólny wniosek był taki, że ich mózgi po prostu zamieniają się w papkę obronną, gdy widzą takie rzeczy. Po prostu nie mają jeszcze życiowego doświadczenia, by odpowiednio osadzić w kontekście mroczny film o nadużywaniu władzy.

Szczerze, w takich momentach autentycznie tęsknię za etapem noworodka, z całym tym wyczerpaniem i resztą. Jeśli wy też po prostu próbujecie przetrwać te pierwsze lata, zanim dzieci zaczną błagać, by oglądać z przyjaciółmi thrillery psychologiczne dla dorosłych, możecie przejrzeć te naprawdę urocze, proste organiczne ubranka z kolekcji odzieży niemowlęcej Kianao i poudawać, że czas nie pędzi z absolutną prędkością światła. Zostawmy je w tych mięciutkich bawełnianych pajacykach na zawsze.

Cicha droga do domu

Jechaliśmy do domu. Wycieraczki głośno skrzypiały o szybę. Mark agresywnie obgryzał paznokieć na kciuku, co robi tylko wtedy, gdy stresuje się pracą albo podatkami. Ja cały czas patrzyłam przez okno na rozmazane latarnie migające w ciemności. „Lily chciała to zobaczyć” – powiedziała w końcu w przestrzeń cichego, ciemnego samochodu. „Myśli, że to taka konkretna, fajna estetyka”.

The Quiet Car Ride Home — Watching Sorry Baby 2025 Made Me Terrified of the Teen Years

Mark tylko westchnął ciężko, nie odrywając wzroku od mokrej drogi. „Ma piętnaście lat. Dla niej wszystko jest estetyką”.

Miał rację. Ale to jest właśnie to, co mnie przeraża. Media społecznościowe biorą te niesamowicie mroczne, dojrzałe, skomplikowane dzieła sztuki i zamieniają je w modne, piętnastosekundowe klipy z pływającym po ekranie różowym tekstem. A te dzieciaki po prostu chłoną ten klimat, w ogóle nie wiedząc, w co tak naprawdę wchodzą. Motywy w tym filmie – świadoma zgoda, uwodzenie przez dorosłych, ciężkie, ciągnące się widmo traumy – są tak potwornie przytłaczające. Są prawie zbyt ciężkie dla mnie, a jestem trzydziestosześcioletnią kobietą, która spłaca kredyt hipoteczny i sama umawia się do dentysty.

Wjechaliśmy na podjazd, a w domu panowała całkowita cisza. Weszłam do środka i zapłaciłam Lily, dorzucając jej dodatkowe dziesięć dolarów za to, że faktycznie udało jej się uśpić Leo bez krzyków na cały dom, co graniczy z cudem. Złapała swój plecak i uśmiechnęła się do mnie od progu. „Jak tam film?” – zapytała, lekko kołysząc się na piętach. „Był niesamowity?”

Po prostu stałam w przedpokoju, trzymając w ręku mokre kluczyki do samochodu i patrzyłam na to bystre, urocze dziecko, które wciąż nosi plastikowe spinki w kształcie motylków we włosach. „Był... bardzo mocny” – powiedziałam powoli. „Zdecydowanie nie jest to komedia”.

Wzruszyła ramionami, zupełnie niewzruszona moim dziwnym tonem. „My z przyjaciółkami idziemy na to w ten weekend”.

O boże.

Zatrzymać wczesne dzieciństwo

Kiedy wyszła, weszłam na górę i stanęłam cicho w drzwiach pokojów dzieci. Maya leżała w poprzek swojego łóżka, rozciągnięta jak rozgwiazda, z jedną stopą niebezpiecznie zwisającą z krawędzi materaca. Leo był zwinięty w swoim łóżeczku, ściskając ten głupiutki kocyk, który tak uwielbiam, oddychając cichutko i miarowo. Patrzyłam na nich przez dłuższą chwilę.

Ciężki lęk przed ich okresem dorastania siedział mi na klatce piersiowej jak fizyczny, duszący ciężar. W tej chwili moim absolutnie największym problemem w życiu jest zmuszenie Mai do zjedzenia warzywa, które nie jest frytką, i powstrzymanie Leo przed wrzuceniem drogich butów do biegania Marka prosto do toalety. To wyczerpujące, narzekam na to bez przerwy każdemu, kto tylko chce słuchać, a moja kawa zawsze jest obrzydliwie zimna, zanim zdążę ją wypić. Ale tu są bezpieczni. Są tuż obok. Nie muszą jeszcze nawigować po przerażających, skomplikowanych i niemożliwie mrocznych zakamarkach prawdziwego świata. Są po prostu moimi małymi dziećmi.

Jeśli i wy jesteście właśnie w tym chaotycznym, pełnym bałaganu okresie małego dziecka i najchętniej zrobilibyście ze swojego niemowlaka ciasne burrito, żeby przez kilka minut dłużej zignorować zbliżające się fatum dojrzewania, kupcie im jakieś absurdalnie miękkie rzeczy z bawełny organicznej w sklepie Kianao i po prostu tulcie je mocno, dopóki jeszcze wam na to pozwalają. Poważnie. Idźcie je przytulić w tej chwili.

Nocne przemyślenia i odpowiedzi na Wasze najczęstsze pytania

Pytanie: Dlaczego wszyscy mówią o tym filmie „Sorry Baby 2025”?
Odpowiedź: Bo TikTok całkowicie przejął kontrolę nad marketingiem filmów A24. Widzicie fajne, nastrojowe zbitki, na których Eva Victor wpatruje się w zapłakane deszczem okno z jakimś spowolnionym, zmysłowym indie popem w tle, i nagle każdy nastolatek ze smartfonem myśli, że to romantyczna historia o dojrzewaniu. To totalnie mylące i niewyobrażalnie frustrujące dla rodziców.

Pytanie: Czy mój 14-latek może obejrzeć ten film?
Odpowiedź: Cóż, nie mogę wam niczego zabronić w waszym własnym domu, ale dosłownie absolutnie nie. Chyba że chcecie spędzić następne sześć miesięcy, płacąc za intensywną terapię i zmagając się z nagłymi lękami nocnymi. Motywy przemocy seksualnej i traumy są tu tak agresywnie ciężkie, że nawet mój dorosły, w pełni rozwinięty mózg miał ochotę zrezygnować w połowie seansu. Poczekajcie, aż będą dużo, dużo starsi.

Pytanie: Czy ten film A24 to naprawdę komedia?
Odpowiedź: Nie. Szczerze mówiąc, to praktycznie psychologiczny horror całkowicie ukryty pod płaszczykiem nieszablonowego dramatu niezależnego. Jedyne zabawne momenty to te nerwowe, niekomfortowe śmiechy, które niechcący z siebie wydajecie, gdy jesteście całkowicie przytłoczeni napięciem. Jeśli chcecie się naprawdę pośmiać, po prostu obejrzyjcie filmik z kimś spadającym z krzesła.

Pytanie: Czy w fabule dzieje się coś złego dzieciom?
Odpowiedź: Żadne dziecko nie cierpi, dzięki Bogu, bo dosłownie wyszłabym z kina i szła prosto przed siebie, dopóki nie weszłabym do oceanu, gdyby tak było. Główni bohaterowie to w całości dorośli, zmagający się z problemami dorosłych. Ale oczywiście, jak już dość agresywnie wspomniałam, pewna mysz kończy bardzo źle za sprawą buta. Naprawdę nigdy nie podniosę się po tym montażu dźwięku. Nigdy.

Pytanie: Jak powinniśmy zareagować, jeśli nasz nastolatek już to obejrzał?
Odpowiedź: W zasadzie musicie po prostu posadzić go w samochodzie, gdzie nie będzie w stanie nawiązać z wami bezpośredniego kontaktu wzrokowego i mimochodem zapytać, co myśli o dynamice władzy przedstawionej w tej historii, a przy tym rozpaczliwie starać się nie wpaść w totalną panikę, kiedy w końcu powie coś, co udowodni, że całkowicie minął się z sednem. Spróbujcie to po prostu przegadać, bez zamieniania całej sytuacji w gigantyczny, wywołujący przewracanie oczami wykład.