Posłuchaj. Siedzisz w morderczym upale na parkingu przed supermarketem na Elston Avenue, płacząc nad letnim chai latte, bo jakaś influencerka właśnie dała swojemu dziecku dokładnie to samo imię, które ty chomikowałaś przez osiem miesięcy. Wiem, że jesteś zdruzgotana. Wiem, że uważałaś się za geniusza, odkopując starodawne botaniczne imię, o którym nikt inny nie pomyślał. Otrzyj łzy, odchyl fotel i pozwól, że powiem ci to, co chciałabym usłyszeć, zanim wpadłam w obsesję nad aktem urodzenia.

Traktujesz tożsamość tego dziecka jak nieskazitelnego, kolekcjonerskiego pluszaka z 1998 roku, myśląc, że zachowa swoją wartość, jeśli tylko nie oderwiesz mu metki. Nie zachowa. Piszę to z drugiej strony noworodkowych okopów, żeby uświadomić ci, że twój genialny pomysł wcale nie jest twój. Należy do ducha epoki, a urząd stanu cywilnego ma na to twarde dowody.

Izba przyjęć naszej tożsamości

Pracując na dziecięcym oddziale ratunkowym, dość szybko uczysz się, że ludzie wcale nie są tak oryginalni, jak im się wydaje. Rodzice wpadają na izbę przyjęć przekonani, że wysypka ich dziecka to rzadka choroba tropikalna, podczas gdy ja przed przerwą na lunch widziałam już tysiąc identycznych infekcji wirusowych. Imiona dla dzieci działają na dokładnie tych samych falach psychologicznych. Myślisz, że złapałaś wiatr w żagle i odkryłaś coś wyjątkowego, a tak naprawdę właśnie złapałaś wysoce zaraźliwego kulturowego wirusa.

I tu na scenę wkracza rządowa baza imion. To w zasadzie główna tablica triażowa dla całego kraju. Administracja publiczna chomikuje te dane od zarania dziejów, a jakiś analityk w latach dziewięćdziesiątych postanowił je upublicznić. To po prostu surowy, bezduszny rejestr tego, jak bardzo wszyscy jesteśmy wtórni, i zarazem najbardziej przydatne narzędzie, z jakiego kiedykolwiek skorzystasz.

Mój pediatra powiedział mi coś na bilansie dwumiesięcznym, co mocno utkwiło mi w pamięci. Wymamrotał, że współczesne rodzicielstwo to po prostu epidemia wymuszonej indywidualności owinięta w stany lękowe. Wszyscy jesteśmy tak przerażeni byciem zwyczajnymi, że w tym samym czasie pędzimy w stronę tych samych „unikalnych” wyborów. Spoglądasz na imię takie jak Mateo czy Luna i myślisz, że brzmi świeżo i literacko. Tymczasem trzydzieści innych rodzin z twoim kodem pocztowym właśnie podpisało identyczne szpitalne dokumenty.

Haczyk w pisowni, który rujnuje wszystko

Oto brutalna rzeczywistość rządowych statystyk. System nie dba o fonetykę. Obchodzi go tylko dokładna kolejność wciśniętych klawiszy. Oznacza to, że każda, nawet najbardziej szalona wariacja w pisowni, jest liczona jako osobna pozycja.

Rany boskie, nie możesz po prostu wcisnąć losowego „Y” w środek imienia i udawać, że wymyśliłaś coś nowego. Baza danych nie połączy w jedno imion takich jak Caitlin, Caitlyn, Kaitlin, Kaitlyn i Katelynn. Jeśli sprawdzisz jedną wersję pisowni, może się okazać, że znajduje się na bezpiecznym, dwusetnym miejscu. Pomyślisz, że jesteś uratowana. Ale jeśli dodasz do siebie wszystkich rodziców, którzy postanowili być kreatywni w doborze samogłosek, okaże się, że to imię nagle fonetycznie dominuje w pierwszej dziesiątce.

Czytałam kiedyś jakieś zestawienie statystyczne – a może był to po prostu zmęczony analityk narzekający na TikToku – z którego wynikało, że po zsumowaniu wariacji pisowni, rzeczywisty krajobraz imion, jakie nadajemy dzieciom, wygląda zupełnie inaczej. Musisz odrobić to zadanie domowe. Musisz sprawdzić każdą możliwą kombinację, w jaką nauczyciel na zastępstwie może przekręcić imię twojego dziecka.

  • Sprawdź trend: Spójrz na najszybciej zyskujące na popularności imiona, a nie tylko na obecną pierwszą dziesiątkę. Jeśli w zeszłym roku imię podskoczyło o czterysta miejsc, ewakuuj się, chyba że chcesz, aby twoje dziecko było jednym z pięciorga o tym samym imieniu w grupie przedszkolnej.
  • Filtruj według regionu: To, co jest niszowe w stanie Wyoming, prawdopodobnie osiągnęło już punkt nasycenia w Chicago.
  • Zsumuj samogłoski: Jeśli imię można zapisać na cztery różne sposoby, zrób matematykę sama, bo urząd na pewno tego za ciebie nie policzy.

Wielkie hity imienne i tak już odeszły do lamusa

Nikt już nie daje dzieciom na imię Michael czy Jennifer w tak ogromnych, monolitycznych blokach, więc możesz pozbyć się obaw, że twoje dziecko będzie traktowane jak numerek na liście, a nie człowiek.

The mega-name is dead anyway — Dear Past Priya: The Truth About Social Security Baby Names

Co się dzieje, gdy już wybierzesz to jedyne imię

Kiedy w końcu zdecydujesz się na imię dla dziecka i pogodzisz z faktem, że może kilka innych osób w kraju wpadło na ten sam pomysł, poczujesz nieodpartą potrzebę kupowania rzeczy z tymże imieniem. To choroba. Będziesz pragnąć haftowanych kocyków, rzeźbionych drewnianych tabliczek i spersonalizowanych szpitalnych czapeczek.

Zaoszczędź te pieniądze. Mój ulubiony zakup nie był wcale spersonalizowany. To było Body Dziecięce bez Rękawów z Bawełny Organicznej od Kianao. Kupiłam je o trzeciej nad ranem, w kompletnym zamgleniu z wyczerpania. Nie ma na nim jej inicjałów. To po prostu gładka, niefarbowana bawełna organiczna. Ale mówię wam, kiedy wasze dziecko zaliczy spektakularną kupę po same plecy na środku kawiarni, nie będziecie przejmować się monogramami. Będzie was obchodzić to, że kopertowe zapięcia na ramionach w tym body pozwalają ściągnąć ten cały toksyczny bałagan przez nogi, a nie górą przez twarz dziecka. Jest miękkie, rozciąga się dokładnie tam, gdzie powinno, i bez problemu znosi najmocniejsze programy w pralce.

Mamy też ten Bambusowy Kocyk Dziecięcy w Kolorowe Dinozaury. Jest w porządku. Zrobiono go z niesamowicie miękkiego bambusa, co świetnie sprawdza się przy nieprzewidywalnej pogodzie. Ale kupiłam ten wzór w dinozaury myśląc, że wpasuje się w leśną, surową estetykę pokoiku, a szczerze mówiąc, te jaskrawe kolory tylko drwią ze mnie, gdy składam go czwarty raz w tygodniu. Kocyk świetnie reguluje temperaturę, więc córka śpi z nim o wiele lepiej, ale na dobrą sprawę pewnie powinnam była po prostu kupić go w neutralnym kolorze.

Pułapka grandmillenialsów

Pewnie spróbujesz przechytrzyć system, zaglądając do narzędzia filtrującego dekady. Wyciągniesz dane z lat dwudziestych XX wieku z nadzieją na odnalezienie jakiejś zapomnianej perełki. Znajdziesz tam imiona takie jak Evelyn, Theodore czy Silas.

The grandmillennial trap — Dear Past Priya: The Truth About Social Security Baby Names

Nie rób tego. Każdy inny millenials z dyplomem nauk humanistycznych właśnie plądruje pokolenie swoich pradziadków w poszukiwaniu imion dla dzieci. To pułapka grandmillenialsów. Myślisz, że odwołujesz się do historii, a tak naprawdę wpadasz prosto do wysoce przewidywalnego koszyka demograficznego. Dane wskazują, że te imiona znów szturmują szczyty list. Po prostu otwórz tę bazę danych i pogódź się z faktem, że twoje genialnie staroświeckie imię święci obecnie triumfy na każdym ekologicznym bazarku w całym regionie.

Jeśli naprawdę chcesz się na chwilę odciąć, by to wszystko przetrawić, przejrzyj raczej ubranka niemowlęce z bawełny organicznej, które nie wymagają podejmowania wiążących prawnie decyzji dotyczących osoby, której przecież jeszcze nawet nie poznałaś.

Szpitalna wyprawka – zderzenie z rzeczywistością

Kiedy pakowaliśmy torbę do szpitala, włożyłam do niej spersonalizowaną drewnianą tabliczkę z imieniem, specjalnie do zdjęcia ogłaszającego narodziny. Była droga. Na przesyłkę czekaliśmy sześć tygodni. Skończyło się na tym, że zrobiliśmy jej zdjęcie, gdy była opatulona w Kocyk Dziecięcy z Bawełny Organicznej w Króliczki, bo szpitalny materiał strasznie drapał, a ona nie mogła przestać płakać. Kocyk w króliczki miał podwójną warstwę materiału i był na tyle miękki, że udało się ją w nim uspokoić. Drewniana tabliczka została pogrzebana pod stertą pustych opakowań po przekąskach na dnie mojej torby.

Imię ma znaczenie, ale z drugiej strony wcale go nie ma. Spędzisz całe tygodnie na analizowaniu rządowych rejestrów, a potem i tak przez pierwsze dwa lata życia będziesz nazywać swoje dziecko „śmierdziuszkiem” albo „groszkiem”.

Zanim przewiniesz w dół do moich dość dosadnych odpowiedzi na wasze pytania o wybór imienia, idźcie dopiąć formalności z aktem urodzenia, a potem może zgarnijcie jakiś porządny otulacz, żeby zawinąć w niego waszego świeżo upieczonego, nazwanego noworodka.

Bez owijania w bawełnę: odpowiedzi na wasze pytania o imiona

Czy powinnam się przejmować, jeśli imię znajduje się w pierwszej setce?
Szczerze? Nie. Statystyki nie działają już tak, jak kiedyś. Dzisiejsze imię numer jeden stanowi jedynie ułamek odsetka tych dzieci, które otrzymywały najpopularniejsze imię w latach osiemdziesiątych. Jeśli kochasz jakieś imię, po prostu je nadaj. Próba przechytrzenia listy TOP 100 prowadzi tylko do tego, że nazwiesz dziecko czymś niewypowiadalnym, co do końca życia będzie musiało literować każdemu bariście w kawiarni.

Na ile precyzyjne są w ogóle te państwowe dane?
Opierają się one dosłownie na oficjalnych wnioskach o nadanie numeru ubezpieczenia społecznego (odpowiednika naszego PESEL-u). Pomijając jakiś potężny spisek urzędników, to jedyna tak dokładna lista, jaka istnieje. Te wszystkie blogi parentingowe, które w listopadzie publikują własne listy „najpopularniejszych imion roku”, po prostu zmyślają je na podstawie ruchu na swoich stronach. Zignoruj je.

Co jeśli mój partner odmawia spojrzenia na statystyki?
Pozwól mu żyć w ignorancji do momentu, w którym będziesz musiała użyć prawa weta. Jeśli zaproponuje imię, którego nienawidzisz, po prostu wyciągnij wykres trendów i pokaż mu ten gigantyczny skok popularności. Powiedz, że to nowa moda influencerów. Działa za każdym razem.

Czy mój wybór został zrujnowany przez TikToka?
Prawdopodobnie tak. Media społecznościowe poruszają się szybciej niż aktualizacje rządowej bazy danych, które mają miejsce tylko raz w roku. Zanim imię zarejestruje się na oficjalnej państwowej liście jako nowy trend, krąży już po sieci jako viral od dobrego roku. Po prostu nie zaglądaj do aplikacji i udawaj, że to ty wymyśliłaś je jako pierwsza.

Czy jest już za późno na zmianę imienia, jeśli kupiliśmy spersonalizowane rzeczy?
Znam dziewczynę, która zmieniła imię swojego dziecka trzy tygodnie po porodzie, bo zorientowała się, że rymuje się z nazwą lokalnej firmy hydraulicznej. Spisz na straty koszt tego haftowanego sweterka. Prawna papierologia bywa irytująca, ale patrzenie, jak kilkulatek przez pięć lat próbuje poprawiać innych przekręcających jego własne imię, jest znacznie gorsze.