Mój mąż właśnie wszedł do kuchni i nakrył mnie, gdy zgarbiona nad laptopem niczym niewyspany gargulec, z zapałem przewijałam zdjęcia kandydatów w konkursie na dziecko roku 2024. Wpół wypita kawa w temperaturze pokojowej spływała mi po przodzie ulubionej szarej bluzy, a ja mrużyłam oczy, wpatrując się w ekran i próbując ustalić, czy półroczne dziecko mojej przyjaciółki wygrywa w rankingach z maluchem przebranym za dosłownego hot doga.

Dave tylko westchnął. Nawet nic nie powiedział, po prostu powoli odsunął mój kubek od krawędzi blatu, bo doskonale wie, że kiedy za bardzo wkręcam się w internetowe dramy, moja orientacja przestrzenna spada do zera.

Dziewczyny, wpadłam po uszy. Na czatach grupowych absolutnie wrzało od dyskusji na temat czegoś, co połowa internetu nazywa przekrętem z dzieckiem roku, a druga połowa traktuje jak pieprzone igrzyska olimpijskie. W skrócie: ludzie próbowali rozgryźć, jak będzie wyglądało nadchodzące głosowanie na dziecko roku 2025 i czy muszą już brać drugą hipotekę, żeby kupić głosy dla swoich pociech.

W każdym razie, zmierzam do tego, że zanim w panice zaczniecie kombinować, jak oddać głos na dziecko roku 2025, żeby wesprzeć dziecko szwagierki, albo zanim wrzucicie swojego własnego, słodkiego, pulchniutkiego noworodka w tryby tej wielkiej machiny, musimy porozmawiać. Bo kiedy patrzę wstecz, na czas, gdy Maya była noworodkiem – ma już 7 lat, co jest przerażające – wiem, że totalnie dałabym się w to wciągnąć. Myślałam, że "wygrywanie" w macierzyństwie oznacza posiadanie najsłodszego, najbardziej obiektywnie docenionego dziecka na Ziemi.

Mały spoiler: wcale tak nie jest.

Jak to całe głosowanie wygląda z mojej mglistej perspektywy

Więc, oto co udało mi się poskładać do kupy w przerwach między uganianiem się za Leo (który ma 4 lata i obecnie upiera się, żeby jeść wszystkie posiłki pod stołem w jadalni). Konkurs jest prawdziwy. Organizuje go firma o nazwie Colossal, a pieniądze podobno trafiają do Baby2Baby, co jest naprawdę niesamowitą organizacją charytatywną, która zapewnia pieluchy i inne niezbędne rzeczy potrzebującym dzieciom.

Ale powodem, dla którego mamy w mojej lokalnej grupie na Facebooku totalnie tracą głowę i rzucają słowem „przekręt”, jest mechanika głosowania. Dostajesz niby jeden darmowy głos, a potem resztę musisz KUPIĆ. Jako „darowizny odliczane od podatku”. Co oznacza, że dziecko, które wygrywa 25 000 dolarów i okładkę magazynu Variety, wcale nie musi być najsłodsze – choć na pewno jest urocze – tylko jest to dziecko, którego rodzice mają największą siatkę znajomych chętnych do wydawania pieniędzy w internecie.

Kiedy dotarło do mnie, że angażowanie się w głosowanie na dziecko roku 2025 w zasadzie oznacza zamienienie się w telemarketera nękającego dalekich krewnych o gotówkę, przeszłam solidne zderzenie z rzeczywistością. Dlaczego tak bardzo pragniemy zewnętrznego potwierdzenia? Przecież Maya miała taki etap, kiedy wyglądała jak zrzędliwy Winston Churchill, a ja i tak uważałam, że powinna być na okładce Vogue'a.

Na czym tak naprawdę zależy mojemu pediatrze

Tak łatwo jest zatracić się w estetyce bycia dzieckiem. Te dopasowane ubranka, idealny wystrój pokoiku, te wszystkie konkursy. Ale szczerze mówiąc, kiedy wspominam pierwsze lata życia moich dzieci, nie pamiętam uroczych ciuszków tak bardzo, jak pamiętam ten absolutny, miażdżący duszę niepokój i starania, żeby utrzymać je przy życiu i w zdrowiu.

What my pediatrician actually cares about — The Baby of the Year Contest Reality Check No One Gives You

Nasz pediatra, dr Aris – który ma cierpliwość świętego, bo potrafiłam dzwonić do niego z płaczem w sprawie dziwnego koloru kupy co najmniej dwa razy w tygodniu – powiedział mi kiedyś, że w pierwszym roku życia dziecka tak naprawdę liczą się tylko dwie rzeczy: rozwój neurologiczny i przetrwanie. Oczywiście parafrazuję, bo podczas naszych rozmów zazwyczaj funkcjonowałam na trzech godzinach przerywanego snu.

Miał absolutnego bzika na punkcie bezpiecznego snu. Takiego bojowego bzika. Wyjaśnił, że dzieci muszą spać na plecach, na płaskiej, twardej powierzchni, dosłownie bez niczego innego w łóżeczku, ponieważ ich małe mózgi wciąż uczą się, jak oddychać. I chyba SIDS (zespół nagłego zgonu niemowląt) ma coś wspólnego z ponownym wdychaniem własnego dwutlenku węgla, jeśli ich twarz wtuli się w kocyk? Naukowe wyjaśnienia zawsze trochę mi się zacierały, ale strach był prawdziwy. Opowiedział mi o metodzie 5S na uspokojenie noworodka – spowijanie, szuszenie, kołysanie... zapomniałam o dwóch pozostałych, może ssanie smoczka i układanie na boku/brzuszku do uspokojenia? Ale nigdy, przenigdy nie spanie na boku.

O, i kąpiele. Dr Aris twierdził, żeby kąpać je jakoś dwa razy w tygodniu, bo ich skóra jest delikatna jak bibuła, a my myjemy je stanowczo za często. No nic, przejdźmy dalej.

Sprawa snu, bo o matko, sprawa snu

Skoro już mowa o śnie, muszę wam opowiedzieć o jednej rzeczy, która w naszym domu okazała się prawdziwym, nagrodzonym odkryciem. Zapomnijcie o okładce w czasopiśmie; jeśli uda wam się uśpić dziecko na cztery godziny bez przerwy, zasługujecie na Pokojową Nagrodę Nobla.

Leoś był z tych dzieci, którym jest wiecznie za gorąco. Był jak taki mały, spocony, noworodkowy piecyk. Ciągle wkładaliśmy go w te grube poliestrowe śpiworki, bo była zima, a on budził się z krzykiem, cały mokry od potu, z zaognionymi, czerwonymi potówkami na szyi. To było okropne.

Podczas jednej z takich zdesperowanych internetowych podróży o 3 nad ranem, w końcu zamówiłam bambusowy kocyk dla niemowląt w kosmiczny wzór marki Kianao. Nie przesadzam, gdy mówię, że ten kocyk jeździł z nami wszędzie. Tkanina bambusowa ma w sobie coś dziwnie magicznego? W dotyku przypomina płynny jedwab, ale w jakiś sposób chłodzi dzieci, gdy jest im za gorąco, i grzeje, gdy jest im zimno. Podobno ma jakieś tam szczeliny w mikroskopijnych włóknach, czy coś w tym stylu.

Pewnego razu Leo chlusnął połową butelki mojego mleka prosto na ten kocyk na tylnym siedzeniu mojego Subaru. Prawie się popłakałam, bo myślałam, że został zniszczony na zawsze. Wyprałam go w pralce w zimnej wodzie, całkowicie ignorując pewnie bardzo delikatne instrukcje prania, a on wyszedł z niej jeszcze bardziej miękki niż wcześniej. Leo ma teraz 4 lata i wciąż ciągnie swój "kocyk w planety" do salonu, żeby oglądać na nim kreskówki. Jeśli już macie zamiar wydawać pieniądze na swoje dziecko, odpuśćcie sobie kupowanie głosów w internetowych konkursach i kupcie kocyk, przez który maluch nie przepoci piżamki.

Ubranka, po których dzieci nie dostają wysypki

Do tego dochodzi kwestia ubrań. Maya miała okropną egzemę. Plamy przypominające w dotyku papier ścierny na całych jej małych udach i łokciach. Czułam się jak najgorsza matka na świecie, bo ubierałam ją w te wszystkie tanie, urocze syntetyczne zestawy z wyprzedaży, które tylko jeszcze bardziej zaogniały jej skórę.

Clothes that don't make them break out in hives — The Baby of the Year Contest Reality Check No One Gives You

Przerzuciliśmy się na bawełnę organiczną. Będę z wami całkowicie szczera, jeśli chodzi o to body niemowlęce z bawełny organicznej od Kianao. To... po prostu body. Nie rozliczy wam podatków ani nie nauczy dziecka samodzielnego spania. Jest dość proste. Ale wiecie co? Zatrzaski są świetne. Kojarzycie te zatrzaski, do których rozpięcia trzeba użyć obcęgów, a potem i tak materiał się drze? Te tak nie mają. A co ważniejsze, skóra Mai przestała przypominać mapę topograficzną.

Uszyto je w 95% z bawełny organicznej z certyfikatem GOTS, co podobno oznacza, że bawełna nie jest pryskana toksycznymi pestycydami. Nie do końca ogarniam rolniczy łańcuch dostaw, ale wiem jedno: kiedy przestałam zakładać dziecku z egzemą plastikowe, sieciówkowe ciuszki, przestała płakać przy każdym przebieraniu. Wyciągnijcie z tego własne wnioski.

Jeśli próbujecie skompletować garderobę, która faktycznie się sprawdza, zamiast tylko dobrze wyglądać na Instagramie, możecie rzucić okiem na te ubranka niemowlęce z bawełny organicznej.

Jedyne "zwycięstwo", które naprawdę ma znaczenie

Chyba to, co próbuję powiedzieć – siedząc tu i zeskrobując zaschniętą owsiankę z dżinsów – to to, że internet jest naprawdę świetny w sprawianiu, że czujemy, jakbyśmy nie robiły wystarczająco dużo. O, twoje dziecko nie bierze udziału w ogólnokrajowym konkursie? O, w trzecim miesiącu życia twój maluch nie ma jeszcze idealnie wypielęgnowanego cyfrowego śladu?

A kogo to obchodzi.

Prawdziwy powód do dumy to nie wygranie 25 000 dolarów w konkursie popularności (choć, nie powiem, nie pogardziłabym gotówką). Prawdziwy sukces to przetrwanie dnia. To znalezienie uroczego kocyka w wiewiórki z bawełny organicznej do leżenia na brzuszku, żeby wasze dziecko nie lądowało twarzą w oparach chemikaliów z syntetycznego dywanu. To odkrycie, że wasze dziecko woli schłodzony smoczek. To przetrwanie regresu snu w czwartym miesiącu bez składania papierów rozwodowych.

Kiedy kusi was, by kupić głosy lub stresujecie się tym, jak wasze dziecko wypada na tle idealnie oświetlonych, profesjonalnie sfotografowanych niemowląt w sieci, po prostu zamknijcie kartę. Idźcie powąchać główkę swojego malucha. Wypijcie tę zimną kawę. Już wychowujecie swoje dziecko roku w jedynym domu, który ma znaczenie.

Jeśli wolicie skupić się na rzeczach, które autentycznie ułatwiają codzienne życie, a skóra waszego dziecka jest dzięki nim szczęśliwsza, gorąco polecam rozejrzenie się za produktami, które pracują tak samo ciężko, jak wy. Kupcie organiczne kocyki i wyprawkę od Kianao tutaj, zanim wydacie choćby grosz na głosy w internetowych konkursach.

Chaotyczne i do bólu szczere FAQ o tym całym cyrku

Czy konkurs na Dziecko Roku to dosłownie oszustwo?

Słuchajcie, tak z prawnego punktu widzenia? Nie. To prawdziwa zbiórka pieniędzy dla Baby2Baby, niesamowitej organizacji charytatywnej, która rozdaje pieluchy rodzinom w potrzebie. Ale pod względem emocjonalnym? Cóż, trochę tak to wygląda. To model typu „płać, by grać”, w którym zwykle wygrywa maluch z najbogatszą siatką rodziny i znajomych, bo są oni w stanie kupić najwięcej „odliczanych od podatku” głosów. Po prostu traktujcie to jako datek na cel charytatywny, a nie jako wskaźnik tego, jak urocze jest wasze dziecko.

Czy naprawdę potrzebuję organicznej bawełny dla mojego dziecka, czy to też kolejny chwyt marketingowy?

Kiedyś myślałam, że to totalna ściema marketingowa, dopóki Maya nie dostała okropnej egzemy. Zwykła bawełna jest obficie opryskiwana pestycydami, a tkaniny syntetyczne (takie jak poliester) w ogóle nie oddychają, co sprawia, że pot i bakterie więzną przy samej skórze. Gdy przerzuciliśmy się na bawełnę organiczną i bambus, jej skóra oczyściła się w kilka tygodni. To nie magia, ale zdecydowanie nie jest to żaden przekręt.

Jak zapewnić dziecku ciepło w nocy bez ryzyka SIDS?

To mnie bardzo przerażało. Dr Aris praktycznie wbił mi to do głowy: ŻADNYCH luźnych kocyków w łóżeczku. Nigdy. My korzystaliśmy ze śpiworków do spania, a gdy Leo był malutki, ciasno owijaliśmy go tym oddychającym, bambusowym kocykiem w kosmiczny wzór od Kianao. Ze względu na to, że bambus świetnie reguluje temperaturę, mały się nie przegrzewał, co najwyraźniej jest ogromnym czynnikiem bezpieczeństwa podczas snu niemowlęcia.

Jak długo takie bambusowe kocyki naprawdę wytrzymują?

Mój syn ma cztery lata i wciąż ciąga go ze sobą wszędzie. W przeciwieństwie do tych puszystych poliestrowych kocyków, które po trzech praniach stają się dziwnie zmechacone i obrzydliwe, bambus z czasem robi się tylko miększy. Prałam go w złym cyklu, w panice szorowałam plamy z ulewania płynem do naczyń, a on wciąż wygląda całkowicie w porządku. Przetrwają okres buntu dwulatka, a to już o czymś świadczy.

Nie zgłosiłam mojego dziecka do żadnych konkursów i teraz czuję się winna. Czy to normalne?

O boże, jak najbardziej. Poczucie winy matki to istny rollercoaster. Czujemy się winne, że nie bierzemy udziału w konkursach, czujemy się winne, gdy to robimy i wydajemy na nie za dużo pieniędzy... to nigdy się nie kończy. Dajcie sobie spokój. Wasze dziecko nie wie, czym jest okładka w magazynie. Ono po prostu potrzebuje was, waszego zapachu, i może jeszcze żeby czasem pożuć wasze klucze.