Był rok 2018, 28. tydzień ciąży z Mayą, a ja siedziałam całkowicie sparaliżowana na podłodze w łazience. Miałam na sobie starą, za dużą koszulkę ze studiów Marka – tę szarą, z zupełnie niezidentyfikowaną plamą obok kołnierzyka, której za nic nie chciałam wyrzucić – i szlochałam przez pryszcza. Gigantycznego, pulsującego, podskórnego pryszcza na brodzie. Mój w połowie pusty kubek letniej, ciemno palonej kawy stał niepewnie na brzegu wanny, i prawdopodobnie zaraz miał do niej wpaść.
Bo ten pryszcz oznaczał hormony ciążowe, a te natychmiast cofnęły mnie myślami do wczesnych lat dwudziestych, kiedy moja twarz była istną strefą katastrofy. To oczywiście sprawiło, że przypomniałam sobie o małych, żółtych tabletkach, które wtedy brałam, żeby się z tym uporać. A to z kolei zepchnęło mój i tak kruchy, niewyspany mózg w najciemniejszą, najbardziej przerażającą króliczą norę w Google, dotyczącą wad u dzieci po izotretynoinie.
Nie brałam tych leków od jakichś siedmiu lat. Logika powinna była wziąć górę. Ale ciążowy mózg absolutnie nie dba o logikę ani matematykę. Dba tylko o panikę.
Pamiętam, że trzęsłam się tak bardzo, że upuściłam telefon, przerażona, że jakimś cudem, magicznym sposobem, ten lek z mojej przeszłości właśnie teraz krzywdzi moje nienarodzone dziecko. Chwyciłam telefon i wściekle napisałam do Marka, który był w sklepie i kupował mi konkretną markę chipsów octowo-solnych, jakich zażądałam. „A co, jeśli zepsułam swoje ciało? Co, jeśli wszystko zniszczyłam dla naszego dzieckaa?”
Odpisał trzy minuty później. „Nasze dizdziecko ma się dobrze, przestań googlować i wypij kawę.”
Miał rację, oczywiście. Ale ten strach jest w tobie tak głęboko zakorzeniony, kiedy przechodzisz przez cały ten proces medyczny.
Cyrograf, który zrujnował mi lata dwudzieste
Jeśli nigdy nie brałaś tego konkretnego leku na trądzik, prawdopodobnie nie rozumiesz wojny psychologicznej, która się z nim wiąże. Nie bierzesz po prostu recepty i nie idziesz do domu. O nie. Zasadniczo musisz zrzec się swoich praw reprodukcyjnych na rzecz rządu.
Mówię o amerykańskim programie iPLEDGE. To absolutne piekło.
Żeby mieć czystą skórę, co miesiąc musiałam rozwiązywać internetowy test wyboru na stronie, która wyglądała, jakby została zaprogramowana w 1997 roku. Musiałam co miesiąc chodzić do laboratorium na badanie krwi pod kątem ciąży. Musiałam obiecać, pod groźbą niemalże wygnania ze społeczeństwa, że używam DWÓCH różnych metod antykoncepcji. W sensie, musiałam mówić mojemu biednemu, wyczerpanemu dermatologowi, z jaką dokładnie marką prezerwatyw łączę moje codzienne pigułki. Presja była dusząca. Jeśli przegapiłaś swoje wąskie okienko na odbiór recepty choćby o jeden dzień, miałaś blokadę na miesiąc. Żadnych leków dla ciebie. Baw się dobrze ze swoją krwawiącą twarzą.
A wszystko to dlatego, że konsekwencje zajścia w ciążę podczas przyjmowania tego leku są wręcz katastrofalne. Literatura medyczna dotycząca dzieci po izotretynoinie to pożywka dla koszmarów, wbijają ci to do głowy, dopóki nie zaczniesz się bać nawet spojrzeć na niemowlaka.
Mój ówczesny lekarz powiedział mi, że jeśli bierze go partner płci męskiej, w nasieniu znajdują się tylko śladowe ilości leku, więc po prostu zalecają używanie prezerwatywy, jeśli kobieta jest w ciąży. Wydaje się to szalenie niesprawiedliwe, że faceci dostają tylko niezobowiązującą sugestię, podczas gdy kobiety trafiają do systemu śledzenia, no ale mniejsza z tym.
W każdym razie chodzi o to, że kiedy lata później faktycznie *chciałam* zajść w ciążę, miałam w sobie tę głęboką, utrzymującą się traumę, że moja macica to jakieś toksyczne pustkowie.
Co musiała wyjaśniać moja biedna lekarka
Podczas wizyty w 30. tygodniu ciąży poruszyłam ten temat z moją ginekolog, dr Evans. Uwielbiam dr Evans. Jest jedynym lekarzem, który nigdy mnie nie ocenia za to, że zjawiam się na wizytach, kurczowo trzymając wielką mrożoną kawę jak koło ratunkowe.

W zasadzie osaczyłam ją, kiedy próbowała zmierzyć mi wysokość dna macicy. Bełkotałam coś o teratogenach, okresach półtrwania i pytałam, czy moja wątroba po cichu magazynuje ten lek od 2011 roku.
Przysunęła sobie swój mały, okrągły stołek, westchnęła i wyjaśniła mi całą tę naukę w sposób, który nie brzmiał jak przerażające czasopismo medyczne. Powiedziała, że lek ten jest w zasadzie super skondensowaną, całkowicie nienaturalną dawką witaminy A. I o ile normalna witamina A jest w porządku, ta zmutowana wersja działa jak kula wyburzeniowa na wczesny rozwój embrionalny.
Powiedziała mi, że jeśli kobieta *aktywnie* go przyjmuje lub przyjmowała go w ciągu miesiąca przed poczęciem, wskaźnik poronień jest astronomiczny – sięga nawet 40 procent. A w przypadku ciąż, które się utrzymują, szanse na poważne wady wrodzone wynoszą około jednej trzeciej. Mówimy tu o poważnych problemach z sercem, braku grasicy i deformacjach twarzoczaszki. To zaburza działanie ośrodkowego układu nerwowego w sposób, który jest po prostu... o boże, nie mogę o tym nawet myśleć bez uczucia ucisku w klatce piersiowej.
Przerażające.
Ale potem poklepała mnie po kolanie i powiedziała to, co tak naprawdę musiałam usłyszeć. Ten lek wypłukuje się z organizmu. Szybko. Powiedziała, że najsurowsze wytyczne medyczne sugerują odczekanie zaledwie jednego pełnego miesiąca po ostatniej tabletce przed staraniem się o dziecko. Niektórzy bardzo ostrożni lekarze mogą powiedzieć o trzech miesiącach, żeby mieć absolutną pewność, że organizm zmetabolizował każdą najmniejszą kroplę. Ale siedem lat? Byłam w całkowitym, stuprocentowym porządku.
Moje dziecko było bezpieczne.
Moja dziwna obsesja na punkcie miękkich rzeczy
Nawet po tym, jak dr Evans odwiodła mnie od krawędzi szaleństwa, moja własna historia z okropnie bolesną, wrażliwą skórą sprawiła, że kompletnie zbzikowałam na punkcie tego, co miało dotykać skóry Mai po jej narodzinach. Miałam paranoję, że odziedziczy moje genetyczne przekleństwo wściekłych, reaktywnych porów.
Kiedy pojawił się u niej normalny trądzik noworodkowy – który tak na marginesie jest całkowicie naturalny i niegroźny – trochę straciłam rozum i wyrzuciłam połowę jej garderoby, bo materiały wydawały mi się jakieś dziwne.
Jedyną rzeczą, której nie wyrzuciłam, i szczerze mówiąc tą, którą ostatecznie kupiłam w chyba czterech różnych rozmiarach, było to Body Dziecięce z Bawełny Organicznej od Kianao. Nie przesadzam mówiąc, że Maya praktycznie w nich żyła. To w 95% organiczna bawełna, co oznaczało brak dziwnych syntetycznych włókien, które więziłyby ciepło przy jej małym trądziku. Kopertowe wykończenie ramion oznaczało, że mogłam ściągnąć body w dół przez jej ciało, kiedy przytrafiła się pieluszkowa awaria, zamiast przeciągać zabrudzony kupą dekolt przez jej twarz. Są niesamowicie miękkie, nie mechacą się w praniu, a niebarwiona bawełna po prostu dawała mi ogromne poczucie ulgi. Czułam, że chociaż tę jedną rzecz robię dobrze dla bariery ochronnej jej skóry.
Nie miałam jednak tyle samo szczęścia ze wszystkim, co kupiłam. Tak bardzo wciągnęłam się w kupowanie „estetycznych” rzeczy, że chwyciłam Silikonowy Bambusowy Gryzak dla Niemowląt Panda, bo uroczo wyglądał na Instagramie. Maya żuła go może przez trzy dni, zanim uznała, że jej własna pięść jest lepsza. Lata później Leo dosłownie używał go jako broni miotanej przeciwko naszemu kotu. Jest w porządku. Jest uroczy. Łatwo myje się w zmywarce, ale nie był tym magicznym narzędziem kojącym, jak myślałam. Dzieci są dziwne.
Skóra w ciąży, kiedy nie możesz używać mocnych specyfików
Więc co robisz, kiedy jesteś w ciąży, twoja twarz znowu pełna jest wyprysków i wiesz, że absolutnie nie możesz tknąć doustnych retinoidów, miejscowej Retin-A, ani nawet dostępnego bez recepty retinolu?

Cierpisz.
Żartuję. Po części. Moja skóra była wrakiem w pierwszym trymestrze ciąży z Leo. Byłam wyczerpana, miałam mdłości i zmagałam się z trądzikiem na linii żuchwy, który bolał przy każdym dotyku. Dr Evans w zasadzie wręczyła mi tubkę z kwasem azelainowym i kazała się modlić. Z mojego bardzo niedoskonałego, niefachowego zrozumienia, kwas azelainowy to bezpieczna w ciąży alternatywa, która niejako łagodzi stan zapalny, nie przenika przez łożysko i nie robi dziecku krzywdy. Używałam też żelu do mycia twarzy z bardzo małą dawką kwasu salicylowego. Powiedziała, że jako produkt zmywalny jest w porządku, chociaż doustny kwas salicylowy w dużych dawkach zdecydowanie odpada.
Szczerze mówiąc, głównie ukrywałam się pod czapką z daszkiem i skupiałam na tym, by nie zwrócić porannej kawy.
Jeśli ty też rygorystycznie dobierasz to, co dotyka skóry twojego dziecka, ponieważ twoje własne doświadczenia napędziły ci wielkiej paranoi, prawdopodobnie powinnaś po prostu przejrzeć organiczne ubranka dla niemowląt w Kianao, ponieważ ratuje to przed próbami odszyfrowania metek o 2:00 w nocy.
Wyczerpanie i czas na podłodze
Zanim urodził się Leo, moja skóra trochę się uspokoiła, ale moje obawy po prostu przeniosły się na inne rzeczy. Bo na tym właśnie polega macierzyństwo. Po prostu wymieniasz jeden powód do paniki na inny.
Spędziłam tyle godzin po prostu leżąc płasko na dywanie w naszym salonie obok Tęczowego Stojaka Edukacyjnego ze Zwierzątkami. Piłam trzecią kawę, tępo wpatrując się w sufit, podczas gdy Leo radośnie pacał małego, drewnianego słonika. Szczerze mówiąc, to było miłe. Żadnych migających plastikowych światełek. Żadnej okropnej, elektronicznej muzyki wiercącej mi dziurę w głowie. Tylko ciche, naturalne drewno i szczęśliwe dziecko, które było całkowicie zdrowe, pomimo wszystkich moich gorączkowych załamań na podłodze w łazience.
Jeśli obecnie jesteś w ciąży lub myślisz o zajściu w ciążę, a w przeszłości przyjmowałaś silne leki na trądzik – doskonale cię rozumiem. Widzę te nocne poszukiwania w Google. Widzę tę irracjonalną panikę.
Zanim całkowicie wpadniesz w swoją internetową otchłań, idź zrobić sobie wielką kawę, weź głęboki oddech i może zrób sobie prezent kupując coś ładnego w sklepie Kianao, żeby przypomnieć sobie, że nadchodzą szczęśliwe, zdrowe chwile. Nie jesteś zepsuta. Z Twoim dzieckiem wszystko będzie dobrze.
Chaotyczne pytania, które wpisywałam w Google o 3 w nocy
Czy w ciąży mogę używać mojego zwykłego serum z retinolem?
O boże, nie. Odłóż to serum. Moja lekarka kazała mi dosłownie zamknąć moje drogie kremy na noc w sejfie. Każda forma retinoidu – nawet te dostępne bez recepty specyfiki, które kupujesz w Sephorze – to forma witaminy A. Ryzyko w przypadku kremów miejscowych jest o wiele, wiele mniejsze niż w przypadku tabletek, ale nikt nie chce być królikiem doświadczalnym. Po prostu przerzuć się na kwas azelainowy lub kwas mlekowy i pogódź się z tym, że w ciąży możesz nie mieć tego „promiennego blasku”.
Ile tak naprawdę muszę odczekać z ciążą po odstawieniu tabletek?
Oficjalna zasada programu iPLEDGE (i agencji FDA) to jeden miesiąc. Trzydzieści dni. Moja lekarka powiedziała mi, że lek ma krótki okres półtrwania i szybko się wypłukuje. Niektórzy czekają od trzech do sześciu miesięcy dla własnego spokoju ducha, co absolutnie rozumiem, ale z medycznego punktu widzenia po miesiącu leku nie ma już w twoim organizmie.
Czy moje wcześniejsze leki zniszczyły moją płodność?
To był mój największy, najbardziej irracjonalny strach. Odpowiedź brzmi: nie. Lek powoduje wady wrodzone, jeśli znajduje się w twoim organizmie *podczas* tworzenia się zarodka. Nie zmienia na stałe twoich jajeczek, nie uszkadza macicy ani nie realizuje żadnego innego dziwacznego scenariusza science-fiction, który mój mózg wymyślił na podłodze w łazience. Mam dwójkę chaotycznych, zdrowych dzieciaków, żeby to udowodnić.
Czy kwas salicylowy jest bezpieczny na trądzik w ciąży?
To sytuacja typu „tak, ale”. Dr Evans powiedziała mi, że niskie stężenia – jak 2% w standardowych żelach do mycia twarzy lub preparatach punktowych – są ogólnie uważane za bezpieczne, ponieważ bardzo niewielka ilość wchłania się do krwiobiegu. Ale absolutnie nie możesz przyjmować doustnego kwasu salicylowego i nie powinnaś smarować całego ciała silnie stężonymi peelingami chemicznymi. Zawsze skonsultuj się ze swoim ginekologiem, ale szybkie umycie twarzy prawdopodobnie w niczym nie zaszkodzi.
Czy moje dzieci odziedziczą moją okropną skórę?
Cóż, być może? Genetyka to totalna loteria. Maya ma wrażliwą skórę, która czerwieni się, jeśli metka chociaż źle na nią spojrzy, dlatego jestem teraz tak obsesyjna na punkcie organicznej bawełny. Ale to, że ty miałaś trądzik torbielowaty, nie gwarantuje, że one też go dostaną. A szczerze mówiąc, nawet jeśli tak się stanie, do czasu gdy będą nastolatkami, nauka prawdopodobnie wymyśli jakiś magiczny laser, który to naprawi bez konieczności podpisywania paktów z rządem.





Udostępnij:
Wyjaśniamy dziwną panikę wokół niemowlęcego stroju Jokera o 3 nad ranem
Brudna prawda o refluksie u niemowląt: Poradnik przetrwania