Była 16:17 we wtorek w listopadzie, deszcz zacinał poziomo, a ja stałam na rogu 4th i Pike w gigantycznej, puchowej zielonej kurtce, w której wyglądałam jak bardzo agresywna oliwka. Leo miał sześć miesięcy i był przypięty do mojej klatki piersiowej w nosidle, którego zdecydowanie nie wyregulowałam poprawnie, i krzyczał prosto w mój obojczyk. W lewej dłoni trzymałam letnie, owsiane latte z wanilią za osiem dolców, ponieważ tego ranka miałam w głowie całą tę fantazję o byciu fajną, proekologiczną miejską mamą, która z niezwykłą lekkością porusza się transportem publicznym. Co było oczywiście jednym wielkim kłamstwem.

Mój mąż Dave nazwał później to konkretne wtorkowe popołudnie naszą największą dziecięcą wpadką roku, głównie dlatego, że zaplanowaliśmy podróż autobusem do muzeum dla dzieci, żeby trochę się ukulturalnić i zrobić urocze zdjęcia. Zamiast tego ujechaliśmy dokładnie trzy przecznice, zanim wściekła zrezygnowałam z całej wycieczki. Byłam tak sfrustrowana próbując wymyślić, jak złożyć nasz masywny wózek, trzymając jednocześnie rozwścieczone niemowlę, że właściwie próbowałam odstawić kubek z kawą na ten malutki, żałosny mały krzaczek posadzony w miejskiej kratce chodnikowej, tylko po to, żeby móc wyregulować paski nosidła. Krzaczek natychmiast ugiął się pod ciężarem kubka, rozlewając zimne owsiane mleko na całe moje buty.

W każdym razie chodzi o to, że pierwsze wejście do komunikacji miejskiej z niemowlakiem przypomina rozbrajanie bomby na oczach publiczności złożonej ze zirytowanych pasażerów. Kiedyś nazywałam naszą lokalną linię „dziecięcym autobusem”, ponieważ jeśli złapiesz go dokładnie o 10:15, jest w całości wypełniony wyczerpanymi kobietami z przypiętymi do nich niemowlakami, które w milczeniu kiwają do siebie głowami w obopólnej rozpaczy.

Ale tu jest dziwna rzecz. Kiedy już kilka razy to zepsujesz, jazda autobusem staje się w rzeczywistości o niebo łatwiejsza niż radzenie sobie z fotelikami samochodowymi i parkowaniem w mieście. Musisz tylko najpierw pozbyć się resztek godności.

Absolutne piekło autobusowej alejki

Zanim urodził się Leo, Dave i ja spędziliśmy dosłownie tygodnie na analizowaniu rynku wózków. Dave jest inżynierem, co oznacza, że do kupowania wyprawki podchodzi tak, jakby zamawiał sprzęt do łazika marsjańskiego. Upierał się, że potrzebujemy tego super wytrzymałego, terenowego systemu podróżnego z potężnym zawieszeniem i gumowymi kołami wielkości talerzy obiadowych. Ważył chyba z dwadzieścia kilo bez obciążenia. Uwielbiałam go. Pchając go przez park czułam się niezwyciężona.

A potem spróbowałam wsiąść z nim do miejskiego autobusu.

Jeśli nigdy nie próbowaliście manewrować luksusowym wózkiem-czołgiem w przejściu jadącego pojazdu, podczas gdy starszy pan rzuca wam mordercze spojrzenia, bo szturchnęliście jego siatkę z zakupami, to absolutnie nie polecam. Przejście jest o dobre osiem centymetrów węższe, niż ci się wydaje. Utkniesz w połowie drogi, pocąc się w swojej puchowej kurtce, podczas gdy kierowca wciska gaz, a ty dosłownie surfujesz z wózkiem wzdłuż korytarza, trzymając się go kurczowo, by przetrwać.

Od tamtego dnia już nigdy nie zabrałam wózka do autobusu. Po prostu nie jest to warte uszczerbku na zdrowiu psychicznym. W dni, w które korzystam z transportu publicznego, przerzuciłam się wyłącznie na nosidło i chustę. Jeśli spróbujesz żonglować ciężką torbą na pieluchy i wózkiem, trzymając jednocześnie wiercące się dziecko i szukając po omacku biletu, podczas gdy ludzie za tobą ostentacyjnie wzdychają, na sto procent popłaczesz się w miejscu publicznym. Dlatego po prostu przypnij dziecko do klatki piersiowej, wsuń bilet do kieszeni kurtki i wejdź tam tak, jakbyś rządziła tym miejscem.

Doktor Aris i dziwna fizyka transportu publicznego

Moim największym powodem do paniki podczas całego tego podróżowania z dzieckiem autobusem był brak pasów bezpieczeństwa. Pamiętam, jak siedziałam na tym twardym, plastikowym siedzeniu, przytulając Leo do piersi i nagle uświadomiłam sobie, że gdyby autobus gwałtownie zahamował, po prostu polecielibyśmy do przodu. Wydajemy setki złotych na testowane przy uderzeniach bocznych, tyłem do kierunku jazdy, pancerne foteliki do naszych samochodów, a w autobusie mamy po prostu siedzieć luzem?

Poruszyłam ten temat z moim lekarzem, doktorem Arisem, podczas bilansu sześciomiesięcznego Leo. Spodziewałam się, że powie mi, że jestem wyrodną matką za narażanie mojego dziecka w komunikacji miejskiej. Ale on tylko się roześmiał i powiedział, że martwię się nie tym, co trzeba.

Wyjaśnił mi to za pomocą kilku naukowych słów, z których połowę zapomniałam, ale w zasadzie chodzi o to, że autobusy to ogromne, ciężkie pudła. Mówił coś o „kompartmentalizacji” i o tym, że siedzenia są gęsto rozmieszczone, aby amortyzować siłę uderzenia, ale najważniejszy wniosek był taki, że autobusy prawie nigdy nie doświadczają takich wstrząsów związanych z nagłym zatrzymaniem jak samochody osobowe, ponieważ są potężne i ciężkie, a inne samochody po prostu się od nich odbijają. Powiedział mi, że statystycznie moje dziecko jest o wiele bezpieczniejsze, siedząc mi na kolanach w miejskim autobusie, niż idealnie zapięte w foteliku w mojej Hondzie. W mojej głowie wydaje się to całkowicie błędne i nielogiczne, ale chyba taka jest fizyka? Sama nie wiem, w każdym razie sprawiło to, że poczułam się z tym wszystkim trochę mniej winna.

Jeśli autobus wjedzie w dziurę i twoje dziecko trochę podskoczy, to szczerze mówiąc, te wibracje i tak zazwyczaj po prostu je usypiają, więc w sumie nieważne.

Nie zabieraj drewnianych zabawek do komunikacji miejskiej

Porozmawiajmy o rzeczach, które naprawdę warto zabrać do autobusu, ponieważ ja zdążyłam już popełnić każdy możliwy błąd. Kiedy już zdecydujesz się na nosidło zamiast wózka, musisz zająć czymś dziecko, gdy siedzicie tak przez dwadzieścia minut.

Don't bring wooden toys on public transit — Surviving a City Baby Bus Ride Without Losing Your Damn Mind

Pewnego razu zabrałam ze sobą tę wspaniałą, estetyczną drewnianą zabawkę. Dokładniej rzecz ujmując, był to Sensoryczny Drewniany Gryzak z Grzechotką Króliczkiem od Kianao. W domu? Uwielbiam tę rzecz. Ma nieobrobione kółko z drewna bukowego i uroczego, szydełkowego króliczka z koroną z kwiatów, a Leo potrafił go gryźć, jakby zależało od tego jego życie. To w 100% bawełniana przędza, żadnych dziwnych chemikaliów, jest całkowicie bezpieczny do memłania.

Ale zabranie go do autobusu było najgłupszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam. Jakieś cztery przystanki po wejściu, Leo dramatycznie rozłożył rączki, króliczek wyślizgnął się z jego malutkich paluszków i uderzył o podłogę autobusu. I to nie tylko o podłogę. Potoczył się pod siedzenie przed nami, prosto w lepką kałużę czegoś, co – miałam tylko nadzieję – było rozlanym napojem gazowanym. Dosłownie głośno sapnęłam. Nie można po prostu podnieść surowego drewna z podłogi w transporcie publicznym i oddać go dziecku. Musiałam wyciągnąć go spod siedzenia czubkiem buta, owinąć w plastikowy woreczek na psie odchody, który miałam w kieszeni, i wrzucić do prania w tej samej sekundzie, w której weszłam do domu.

Mówię poważnie, zostawcie drewniane zabawki w domu. Do autobusu bierzcie tylko te rzeczy, które można fizycznie przypiąć do waszego ciała lub do nosidła.

Rzeczy, które naprawdę pomagają, gdy utkwiłaś w korku

To, co naprawdę warto ze sobą zabrać, to bariera fizyczna. Kiedy kilka lat później urodziła się Maya, byłam o wiele mądrzejsza w kwestii rutyny jazdy autobusem z maluchem. Moim największym wrogiem nie był już brak pasów bezpieczeństwa; był to facet na miejscu 4B, który kaszlał prosto przed siebie, bez zasłaniania ust.

Zaczęłam zabierać Bambusowy Kocyk Niemowlęcy w Lisy za każdym razem, gdy wychodziłyśmy z domu. Zarzucałam go luźno na górę nosidełka. Jest on niezwykle przewiewny, ponieważ zrobiono go z naturalnych włókien bambusowych, więc Mayi nigdy nie było pod nim za gorąco, a jednocześnie działał jak fizyczna tarcza przed dziwnymi przeciągami i ogólnym powietrzem w miejscach publicznych. Ponadto bambus jest naturalnie hipoalergiczny i super miękki, więc kiedy (co było nieuniknione) zasnęła wtulona w moją klatkę piersiową, kocyk osłaniał jej oczy przed jaskrawymi, rażącymi świetlówkami w autobusie. Jeśli zamierzacie kupić jedną rzecz, która pomoże wam przetrwać w komunikacji, po prostu zainwestujcie w naprawdę dobry, lekki kocyk, z którego można zrobić prowizoryczny namiocik.

Możecie przejrzeć różne wzory kocyków bambusowych tutaj, jeśli chcecie zobaczyć, co mam na myśli.

Przekąski w biegu

Kolejną rzeczą, która uratuje wam życie podczas długiej podróży autobusem czy tramwajem, jest silikonowy śliniak. Tylko nie materiałowy. Materiałowe śliniaki są w podróży bezużyteczne, bo gdy tylko zmoczą się śliną lub rozgniecionymi bananami, lądujecie z mokrym kawałkiem materiału, który po prostu leży w torbie na pieluchy i fermentuje przez resztę dnia.

Snacking on the move — Surviving a City Baby Bus Ride Without Losing Your Damn Mind

Zaczęłam nagminnie używać Klasycznego Silikonowego Śliniaka od Kianao za każdym razem, gdy musiałam nakarmić którekolwiek z moich dzieci musem z tubki w jadącym pojeździe. Ma on na dole taką gigantyczną kieszonkę. Pewnego razu kierowca autobusu ostro zahamował, dokładnie w momencie, gdy Leo wyciskał sobie mus ze słodkich ziemniaków – który brudzi jak dosłownie odpady radioaktywne – i potężna kropla spadła prosto w dół. Zamiast zrujnować moją drogą oliwkową kurtkę lub całe jego ubranko, wylądowała idealnie w silikonowej kieszonce. Po prostu wytarłam ją chusteczką nawilżaną jeszcze podczas jazdy w autobusie. Jest zrobiony w 100% z silikonu spożywczego i nie zawiera BPA, co jest świetne, ale uwielbiam go głównie dlatego, że mogę go opłukać w umywalce w publicznej toalecie i wysycha w trzy sekundy.

Po prostu nie próbujcie dawać im niczego kruszącego się w autobusie. Raz dałam Mayi chrupka ryżowego i spędziłam resztę podróży, przepraszając osobę obok mnie, podczas gdy mikroskopijne, lepkie płatki spadały na jej buty jak deszcz.

Po prostu wysiadaj tyłem

Jeśli absolutnie musicie zabrać wózek do autobusu, ponieważ jedziecie na większe zakupy lub podróżujecie gdzieś, gdzie noszenie dziecka przez cały dzień połamie wam plecy, jest jedna fizyczna zasada, której musicie przestrzegać. Nauczyłam się tego na własnej skórze.

Kiedy wysiadacie z autobusu, nie wypychajcie wózka przez drzwi przodem. Szczelina między autobusem a krawężnikiem to podstępna, zdradliwa mała przestrzeń. Jeśli przednie koła wózka zablokują się w tej szczelinie, cały wózek gwałtownie przechyli się do przodu. Zrobiłam tak dokładnie raz i moje serce przestało bić na dobre dziesięć sekund, podczas gdy wózek się przechylił, a Leo zawisnął na pasach.

Zawsze wysiadajcie z autobusu tyłem. Najpierw stajecie stopą na krawężniku, a następnie ciągnięcie tylne koła wózka w dół do siebie. To sprawia, że dziecko bezpiecznie przechyla się do tyłu w siedzisku, a duże tylne koła z łatwością przetaczają się przez szczelinę. Nie wiem, dlaczego nikt ci tego nie mówi, kiedy wychodzisz ze szpitala, to wydaje się być dość kluczową informacją, jak przetrwać.

Zabieranie niemowlaka do komunikacji miejskiej to chaotyczne i głośne przeżycie, a przez pierwsze trzy razy prawdopodobnie spocicie się tak, że przemoczycie koszulę. Ale z czasem staje się to po prostu częścią waszej rutyny. Przestajecie się przejmować, że wasze dziecko trochę płacze, bo szczerze mówiąc, połowa osób w autobusie i tak ma w uszach słuchawki, a druga połowa celowo was ignoruje. Uczycie się jednocześnie balansować kawą, biletem i śpiącym niemowlęciem. I uświadamiacie sobie, że wyjście z domu, nawet jeśli to tylko jazda wielkim głośnym autobusem przez całe miasto, jest o wiele lepsze niż gapienie się w ściany własnego salonu i powolna utrata zmysłów.

Jesteście gotowi na odświeżenie swojego zestawu przetrwania w podróży sprzętem, który naprawdę działa? Zanim znów wyjdziecie z domu, kupcie tutaj nasze łatwe w czyszczeniu akcesoria do karmienia i organiczne kocyki.

Moje chaotyczne, bardzo osobiste FAQ o jeździe autobusem

Gdzie mam usiąść w autobusie z dzieckiem?

Okej, a więc nie siadaj bezpośrednio nad kołami. Siedzenia, które są podniesione nad nadkolami autobusu, podskakują jak oszalałe, a jeśli twoje dziecko właśnie jadło, wibracje dosłownie wytrząsną z niego mleko z powrotem. Nawet nie pytajcie, skąd to wiem. Postarajcie się zająć miejsce przy przejściu z przodu lub na środku, aby móc szybko wstać, jeśli dziecko zacznie krzyczeć i będziecie musiały je pobujać.

Co jeśli absolutnie wpadną w histerię i będą płakać przez całą podróż?

Prawdopodobnie w pewnym momencie tak się stanie i to jest okropne, a wy poczujecie na karku gorące kłucie wstydu. Ale prawda jest taka: macie takie samo prawo do korzystania z transportu publicznego, jak facet głośno rozmawiający przez telefon w trybie głośnomówiącym w ostatnim rzędzie. Pobujajcie dziecko, zaproponujcie smoczek, ale nie przepraszajcie za to, że wasze dziecko po prostu istnieje w przestrzeni publicznej.

Czy klimatyzacja w autobusach nie jest dla nich za zimna?

Czasami jest lodowato, czasami jest jak w saunie. Dlatego zawsze narzucam bambusowy kocyk na nosidło. Blokuje on agresywne nawiewy klimatyzacji wiejące prosto z sufitu, nie sprawiając przy tym, że dziecko poci się na śmierć.

Czy naprawdę nie mogę zabrać fotelika samochodowego do autobusu?

Fizycznie możesz go wnieść, ale zazwyczaj nie możesz go zapiąć, ponieważ autobusy miejskie nie mają pasów bezpieczeństwa. Mój lekarz powiedział mi wprost, że szamotanie się z nieporęcznym, niezapiętym plastikowym fotelikiem na kolanach jest o wiele bardziej niebezpieczne niż po prostu noszenie dziecka w miękkim nosidle bezpiecznie przymocowanym do twojego własnego ciała.

Jak zapłacić za bilet, trzymając dziecko?

Włóż swój bilet, kartę miejską lub telefon do kieszeni, do której możesz sięgnąć dokładnie jedną ręką, bez konieczności skręcania tułowia. Jeśli schowam kartę do plecaka, jestem całkowicie ugotowana, ponieważ zdejmowanie plecaka mając przypięte dziecko z przodu wymaga gibkości akrobaty cyrkowego. Trzymaj to w prawej kieszeni kurtki, zbliż do czytnika, odbij nadgarstkiem i idź dalej.