Stałam na werandzie we Wschodnim Teksasie w zeszłym lipcu, trzymając szklaną butelkę „rzemieślniczej leśnej mgiełki” za dwadzieścia osiem dolców, podczas gdy komar wielkości małego fiata na luzie spijał krew z nogi mojego starszaka. Och, to moje naiwne serce początkującej matki. Byłam wtedy tak przerażona chemią, że dosłownie zamarynowałam moje dziecko w olejku cytronelowym i z mięty pieprzowej, święcie wierząc w instagramowe kłamstwo, że pachnąc jak chodzący zieleniak, odstraszy tych krwiopijców. Nie odstraszył. Do wtorku rano mój syn wyglądał jak ludzka łamigłówka „połącz kropki” i dokładnie w tamtym momencie dotarło do mnie, że branża „naturalnych” porad dla dzieci robi niezły przekręt na niewyspanych matkach.

Będę z wami w 100% szczera. Wszystkie panicznie boimy się nałożenia na skórę naszych dzieci czegoś niewłaściwego. Moja babcia mawiała, że nie powinno się kłaść na dziecko niczego, czego same byśmy nie zjadły. Brzmi to mądrze i ludowo, prawda? Tyle że ona smarowała też oparzenia masłem i pozwalała mi jeździć bez pasów na pace półciężarówki, więc może nie bierzmy wszystkich jej staroświeckich rad za pewnik. Zwłaszcza gdy uświadomisz sobie, że wirus Zika, borelioza i wirus Zachodniego Nilu to bardzo realne, przerażające zagrożenia, którymi naprawdę musimy się teraz martwić.

Pozwólcie, że opowiem wam przez chwilę o tych cudownych olejkach „must-have”, bo wciąż jestem wściekła na pieniądze, które zmarnowałam. Firmy sprzedające te naturalne repelenty zbijają na nas kokosy, żerując na naszym matczynym poczuciu winy. Przyklejają minimalistyczną, szarą etykietę na butelkę, liczą sobie potrójną cenę normalnego środka na owady i wciskają nam mieszanki z goździków i trawy cytrynowej, które wyparowują ze skóry w równe dwadzieścia minut. Spędziłam całe lato, smarując tym tłustym, ostro pachnącym świństwem co pół godziny, przekonana, że postępuję słusznie, podczas gdy kleszcze dosłownie się z nas śmiały. To, że coś wyrosło w ziemi, wcale nie znaczy, że jest bezpieczniejsze dla twojego dziecka, i już na pewno nie znaczy, że uchroni je przed owadami przenoszącymi choroby.

Aha, a te ultradźwiękowe, bzyczące opaski, które sprzedają przy kasach w marketach budowlanych? Totalny śmieć, nawet nie zawracajcie sobie nimi głowy.

Więc w końcu zaciągnęłam mojego starszaka do gabinetu dr. Millera, prawie płacząc, bo drapał sobie kostki do krwi. Nasz lekarz spojrzał tylko na mój fikuśny, organiczny spray, westchnął ciężko i powiedział mi, jak jest. Z tego, co zrozumiałam z jego wyjaśnień, całe to podejście „naturalne znaczy lepsze” to kompletna pomyłka, jeśli chodzi o ochronę niemowląt przed owadami.

Czego dr Miller kazał mi faktycznie używać

Wygląda na to, że DEET to wcale nie taki diabeł. Wiem, ja też zamarłam z przerażenia. Dorastałam w latach dziewięćdziesiątych, co oznaczało, że moja własna matka oblewała mnie chmurą aerozolu z DEET tak gęstą, że czułam jego smak w ustach przez trzy dni. Pamiętam dokładnie, jak to paskudztwo dosłownie topiło plastikowe zauszniki w moich ulubionych kolorowych okularach przeciwsłonecznych. Więc oczywiście, kiedy urodziłam pierwsze dziecko, przysięgłam sobie, że nigdy nie nałożę tej ostrej chemii na jego nieskalaną skórę.

Ale dr Miller wyjaśnił mi, że DEET to w zasadzie najlepiej przebadany środek odstraszający owady w historii ludzkości. Jeśli twoje dziecko ma więcej niż dwa miesiące, spray ze stężeniem DEET od 10% do 30% jest całkowicie w porządku. Nie kumuluje się w ich małych ciałkach, a ostre reakcje alergiczne są tak rzadkie, że są właściwie statystycznym duchem. Te straszne historie, które słyszymy, dotyczą zazwyczaj ludzi dosłownie kąpiących się w 100-procentowych stężeniach, czego oczywiście nie powinno się robić małemu dziecku.

Ale szczerze? Nadal nienawidzę zapachu DEET i nie zamierzam ryzykować, że stopi mi ulubione legginsy do jogi. Dlatego jako rodzina przerzuciliśmy się na Ikarydynę. To syntetyk, pochodna z rośliny pieprzu czy czegoś w tym stylu, a Europejczycy używają tego od wieków. Nie śmierdzi, nie jest tłusta, a 20-procentowy spray naprawdę starcza na cały dzień. W żadnym wypadku nie jestem naukowcem, ale wyjaśniono mi to tak, że ten środek po prostu zakłóca radary komarów, więc nie potrafią one wyczuć twojego dziecka. To całkowicie odmieniło nasze wieczorne spędzanie czasu na podwórku i od kiedy zmieniliśmy spray, nie widziałam u moich chłopaków ani jednego kleszcza.

Niemowlęca gra w czekanie

Teraz ważna rzecz – jeśli masz w domu „świeżego” noworodka (poniżej drugiego miesiąca życia), to z wszelkimi sprayami masz całkowitego pecha. Absolutnie żadne środki odstraszające nie są zatwierdzone dla etapu takiego małego brzdąca. Żadne. Zapytałam dr. Millera, czy mogłabym chociaż odrobinę popsikać skarpetki mojego miesięcznego malucha, a on posłał mi spojrzenie, które wyraźnie mówiło: „absolutnie nie”.

The newborn waiting game — Why I Quit Natural Bug Spray for Babies (And What Actually Works)

Kiedy mój najmłodszy był noworodkiem, musieliśmy polegać wyłącznie na barierach fizycznych. Kupiłam jedną z tych wielkich, paskudnych moskitier, przez które wózek wygląda jak jednostka kwarantanny biologicznej. Trzeba po prostu jakoś osłonić dziecko. To strasznie irytujące, kiedy na zewnątrz jest potworny upał i zaduch, ale wystarczy ubrać je w super lekkie, przewiewne ubranka, żeby się nie ugotowało.

A propos, przez całe lato używamy Body z bawełny organicznej bez rękawów dla niemowląt jako naszej bazy. Będę szczera, na początku kupiłam je tylko dlatego, że miały urocze kolory ziemi, ale szybko okazały się naszym ulubionym niezbędnikiem na upalne dni. To w większości bawełna organiczna z odrobiną stretchu, idealnie sprawdzająca się pod lekkim muślinowym otulaczem, kiedy próbujesz uchronić dziecko przed owadami, nie fundując mu jednocześnie udaru cieplnego. Materiał jest super cienki, ale świetnie znosi pranie, a to o wiele więcej, niż mogę powiedzieć o tanich wielopakach z Amazona, które po dwóch praniach powykrzywiały się w jakieś dziwne trapezy.

Ustalenie, co tak naprawdę przyda wam się podczas lepkiego, letniego upału nie musi wiązać się z wielkim bólem głowy. Jeśli szukacie przewiewnych materiałów, które nie podrażnią nieuniknionych ukąszeń komarów, sprawdźcie kolekcję ubrań z bawełny organicznej od Kianao, zanim nadejdą prawdziwe upały.

Brudna i chaotyczna rzeczywistość samego nakładania

Wiecie, przed czym nikt was nie ostrzega, kiedy zostajecie rodzicami? Przed prawdziwym zapasem w błocie, jakim jest samo nakładanie kremu z filtrem i sprayu na owady na uciekającego malucha. To jak próba nałożenia lukru na nadpobudliwe, śliskie ciasto, które ze wszystkich sił próbuje przed wami uciec.

The completely messy reality of putting it on — Why I Quit Natural Bug Spray for Babies (And What Actually Works)

Oto zasada, o której staram się pamiętać (i o której często zapominam, dopóki już czegoś nie zepsuję): Filtr przeciwsłoneczny nakładamy jako pierwszy. Kropka. Pozwólcie mu się wchłaniać przez kilka minut, biegając w tym czasie za maluchem wokół wyspy kuchennej i szukając jego lewego buta. Dopiero potem nałóżcie środek na robaki. Nie kupujcie tych butelek „dwa w jednym” w aptece. Filtr słoneczny trzeba ciągle aplikować ponownie, jeśli dziecko się poci lub kąpie w wodzie, a jeśli użyjecie sprayu combo, skończy się to totalnym przedawkowaniem środka na owady.

I nigdy, przenigdy nie psikajcie repelentem bezpośrednio na ich twarz ani małe rączki. Ich drobne dłonie bez przerwy lądują w buzi, agresywnie pocierają oczy albo wsmarowują brud absolutnie wszędzie. Ja psikam Ikarydynę bezpośrednio na moje własne dłonie, pocieram o siebie ręce, jakbym knuła napad na bank, i delikatnie wklepuję ją w ich policzki, czoło i kark.

Mimo wszystkich tych przygotowań, w końcu i tak zostaną ukąszone, bo ominęliście jakieś mikroskopijne miejsce pod kolanem. A wtedy będą niewiarygodnie marudzić. Moje średnie dziecko dostało ugryzienie prosto w policzek akurat wtedy, gdy boleśnie wyżynały mu się zęby trzonowe, i sama głośność jej wrzasków mogłaby kruszyć szkło. Użyliśmy Silikonowego gryzaka Panda Bambusowa zabawka wyciągniętego prosto z zamrażarki, żeby odwrócić jej uwagę. Sprawdził się świetnie. Jest uroczy, silikon jest w pełni bezpieczny i łatwo go umyć. Szczerze mówiąc, każdy lodowaty przedmiot ratuje sytuację, gdy dzieci są nieszczęśliwe i wszystko je swędzi, ale tak się składa, że ten akurat idealnie mieści się w torbie z pieluchami i nie zbiera wszystkich kłaczków z samego dna tak, jak robią to niektóre nasze inne zabawki.

Zmywanie z siebie całego dnia

W sekundę po tym, jak wracamy do domu na noc, ładujemy się prosto do wanny. Musicie zmyć z nich to wszystko. Czasami o 19:00 jestem tak wykończona, że chciałabym po prostu odłożyć je do łóżeczek i paść na kanapę, ale pozostawienie syntetycznego sprayu na noc to prosta droga do prawdziwych podrażnień skóry.

Robimy szybką, ciepłą kąpiel z łagodnym mydłem. Nic wymyślnego, zero bąbelków, po prostu szybkie wyszorowanie, aby pozbyć się warstwy Ikarydyny, zaschniętego potu i soku z lodów na patyku.

Jeśli na dworze roi się od robaków, a ja absolutnie nie mam emocjonalnej siły na całą tę rutynę smarowania i psikania, po prostu zostajemy w domu. Rzucam na podłogę miękki kocyk i rozkładam Drewniany stojak edukacyjny | Tęczowy zestaw z zabawkami zwierzątkami na samym środku salonu. Naprawdę uwielbiam tę rzecz. Jest z drewna, więc nie wygląda tak, jakby w moim domu rozbił się neonowy, plastikowy statek kosmiczny, a stonowane kolory sprawiają, że najmłodszy nie jest przebodźcowany tuż przed drzemką. Czasem całkowite unikanie wyjścia na dwór to najlepsza z możliwych opcji ochrony przed owadami.

Słuchajcie, wychowywanie tych małych ludzi jest wystarczająco trudne nawet bez stresowania się każdą etykietą ze składem i bez poczucia winy, że nie użyłyście jakichś drogich, „niezbędnych” olejków. Zamiast panikować przez chemię, po prostu weźcie Ikarydynę, zarzućcie na wózek przewiewną siatkę i pamiętajcie o ich kąpieli przed spaniem. Świetnie sobie radzicie, nawet jeśli wasze dziecko od czasu do czasu złapie jakieś ugryzienie komara.

Gotowe, by zrobić zapas przewiewnych ubranek na lato, w których wasze dziecko nie będzie się pocić? Złapcie kilka sztuk body z bawełny organicznej od Kianao, żeby maluchom było chłodno pod siatkami w wózkach.

FAQ

Czy mogę używać olejku z eukaliptusa cytrynowego zamiast syntetycznych sprayów?
Szczerze mówiąc, bym odradzała. Amerykańskie CDC i tak mówi, żeby nie stosować go u dzieci poniżej trzeciego roku życia, ponieważ może spowodować poważne uszkodzenia oczu, gdy maluch przetrze twarz rączkami. A poza tym, mój lekarz powiedział, że jego działanie po prostu nie utrzymuje się wystarczająco długo, by ochronić przed kleszczami, a to mój największy lęk związany z mieszkaniem tu na prowincji.

A co z psikaniem ubrań środkiem odstraszającym?
Tak, można spryskać ich ubrania Permetryną, co jest już mocnym środkiem zabijającym kleszcze przy kontakcie. Robię to ze sprzętem myśliwskim mojego męża, ale w przypadku dzieciaków trzymam się Ikarydyny na skórę, bo tak szybko wyrastają ze swoich ubrań, że traktowanie ich specjalnymi środkami wydaje się stratą pieniędzy. Jeśli już pryskacie ubrania, pamiętajcie, żeby nigdy, przenigdy nie robić tego, gdy wasze dziecko ma je na sobie.

Jak złagodzić ukąszenie, jeśli jednak do niego dojdzie?
Kostka lodu owinięta w myjkę to sztuczka mojej babci, która wciąż działa lepiej niż wszystko inne. W torebce zawsze trzymam też trochę maści z hydrokortyzonem bez recepty na te naprawdę opuchnięte, zaognione odczyny. Starajcie się tylko obcinać im paznokcie na bardzo krótko, żeby nie rozdrapali ugryzienia i nie wywołali infekcji.

Czy codzienne używanie sprayów na owady jest bezpieczne?
Z tego, co powiedział mi dr Miller – tak, pod warunkiem, że używacie właściwych środków (jak np. 20% Ikarydyna lub 10% DEET) i naprawdę dokładnie zmywacie je na noc. Podczas dusznego, teksańskiego lata używamy go niemal codziennie. To zdecydowanie lepsze niż złapanie jakiejś okropnej choroby przenoszonej przez owady, to na pewno.