Siedzę po turecku na moim wyblakłym dywanie z West Elm. Jest wtorkowy poranek 2017 roku, mam na sobie czarne legginsy ciążowe, z którymi absolutnie nie zamierzam się rozstawać, mimo że Maya ma już cztery miesiące, i gapię się na migającą, skrzeczącą, neonowofioletową, plastikową ośmiornicę, która rzekomo ma zrobić z mojej córki geniusza. Moja zimna kawa stoi niepewnie na plastikowym podgrzewaczu do chusteczek (nawet nie pytajcie, dlaczego go kupiliśmy, to zupełnie inny poziom wyrzutów sumienia). Największym kłamstwem, jakie ci wmawiają po powrocie z noworodkiem do domu, jest to, że do jego prawidłowego rozwoju potrzebujesz w salonie miniaturowego kasyna rodem z Las Vegas.
Naprawdę nie potrzebujesz.
Prawda jest taka, że znalezienie odpowiedniego miejsca, w którym twoje dziecko mogłoby po prostu leżeć, jest zaskakująco skomplikowane. Dajemy się wciągnąć w ten wir kupowania najgłośniejszych, najjaśniejszych i najbardziej męczących dla oczu rzeczy, bo opakowanie obiecuje, że podniosą one IQ dziecka o dwadzieścia punktów, zanim w ogóle zacznie jeść stałe pokarmy.
Neonowy, plastikowy koszmar, w który dałam się wciągnąć
Przez pierwsze sześć miesięcy życia Mayi słuchałam, jak ta elektroniczna ośmiornica gra blaszaną, piskliwą wersję MIDI piosenki „Pop Goes the Weasel” za każdym razem, gdy mała przypadkowo kopnęła ją swoją pulchną piętą. To prześladuje mnie w koszmarach – naprawdę, nadal to słyszę, gdy w domu panuje absolutna cisza. Ten hałas jest po prostu nieubłagany, a ty wmawiasz sobie, że to nieustanne pikanie to dźwięk tworzących się ścieżek neuronowych.
Do tego dochodzi jeszcze to, jak te rzeczy całkowicie dominują w przestrzeni. Spędzasz lata, urządzając salon tak, by wyglądał choć trochę dorośle, może kupujesz jakieś ładne poduszki dekoracyjne albo porządny stolik kawowy, a z dnia na dzień zamienia się on w wysypisko plastiku w podstawowych kolorach. Nie możesz nawet przejść do kuchni, nie potykając się o plastikowy łuk, z którego wydobywają się odgłosy zwierząt.
A najgorsze jest to miażdżące poczucie matczynej winy, z którego branża dziecięca zrobiła sobie doskonałą broń. Wydaje ci się, że jeśli nie przypniesz swojego niemowlaka w tej hiperstymulującej kopule sensorycznej, to nie poradzi sobie w przedszkolu i do końca życia będzie mieszkać z tobą w piwnicy.
Poza tym jestem prawie pewna, że cała ta panika związana z syndromem płaskiej główki to w dużej mierze tylko chwyt marketingowy, żeby wcisnąć nam więcej ergonomicznie ukształtowanych poduszek z pianki.
Co powiedziała mi doktor Miller, kiedy płakałam
Pamiętam, jak zaciągnęłam Mayę na wizytę kontrolną w drugim miesiącu życia. Byłam kompletnie niewyspana, a moje włosy były spięte w niedbały koczek, niemyty od kilku dni. Zapytałam naszą pediatrę, doktor Miller, czy powinnam kupić to centrum aktywności za trzysta dolarów, które widziałam na Instagramie. ONA DOSŁOWNIE się roześmiała. Spojrzała na mnie z mieszanką litości i medycznego autorytetu, a potem kazała mi po prostu położyć dziecko na podłodze.
„Ale na czym?” – zapytałam, pewnie brzmiąc jak wariatka.
Naukowe wyjaśnienie, które mi podała, jest w moim wyczerpanym mózgu bardzo mgliste, ale chyba miało to coś wspólnego z propriocepcją? Chodzi o to, że czucie twardej powierzchni pod małym ciałkiem mówi ich rozwijającemu się mózgowi, gdzie w przestrzeni znajdują się ich kończyny. Jeśli sprawisz, że będą unosić się w chmurze syntetycznego, pluszowego wypełnienia, najwyraźniej nie otrzymają takiego samego sprzężenia zwrotnego z otoczenia. Potrzebują rzeczywistego fizycznego oporu, żeby zbudować siłę mięśni karku i zrozumieć, jak działa grawitacja. To w zasadzie taki dziecięcy CrossFit. Dosłownie potrzebują tylko bezpiecznej przestrzeni, żeby móc machać rączkami i nóżkami bez ryzyka, że wturlają się pod kanapę.
Kiedy trzy lata później pojawił się Leo, odrobiłam już swoją lekcję. Bez wahania wrzuciłam plastikową ośmiornicę do pojemnika na dary. Przysięgłam mojemu mężowi Tomowi, że nie zafunduję nam więcej elektronicznego hałasu. Zaczęłam szukać takiej maty do zabawy, która nie sprawiałaby, że miałabym ochotę wyrywać sobie włosy z głowy.
Wtedy właśnie znalazłam Drewniany Stojak Edukacyjny Rainbow Play Gym. Pamiętam, jak składałam go, gdy Tom agresywnie siłował się z zepsutym młynkiem do odpadów w kuchni. To było takie proste. To przepiękny, cichy, naturalny drewniany stojak w kształcie litery A, z którego zwisają małe zwierzątka.
Leo często po prostu leżał pod nim na naszym dywanie i z uwagą wpatrywał się w małego, drewnianego słonika. Zawzięcie uderzał w kółka, a zamiast skrzeczącej elektronicznej syreny, wydawały one delikatny, przyjemny stukot. To był raj. W dodatku pasował do mojego salonu, na czym najwyraźniej desperacko mi zależy, kiedy funkcjonuję na trzech godzinach snu. Co więcej, jest zrobiony z ekologicznego drewna i pokryty nietoksycznymi farbami. Gdzieś kiedyś wyczytałam, że niemowlęta wchłaniają chemię przez skórę, więc świadomość, że stojak nie jest pokryty jakimś dziwnym przemysłowym lakierem, dawała mi ogromny spokój ducha. Naprawdę pokochałam tę rzecz. Czułam, że to faktycznie bezpieczna przestrzeń dla mojego dziecka.
Porozmawiajmy o czasie na brzuszku (bez płaczu)
Dobra, porozmawiajmy więc o tym, jak leżenie na brzuszku wygląda w rzeczywistości.

Leżenie na brzuszku to w zasadzie tortura dla wszystkich zaangażowanych. Zwykle kładłam Leo twarzą w dół, a on po prostu krzyczał w podłogę. Po prostu krzyczał. Jakbym kazała mu rozliczyć moje podatki zamiast po prostu podnieść swoją ciężką, chwiejącą się główkę.
Jeśli jesteś w ferworze wicia gniazda i chcesz kupić rzeczy, które nie zrujnują wystroju twojego salonu ani nie będą uwalniać toksycznych oparów do twojego domu, może przejrzyj dostępne na rynku ekologiczne opcje do pokoju dziecięcego, żeby uratować swoje zdrowie psychiczne, zanim w panice kupisz coś w neonowym kolorze.
W każdym razie myślałam, że uda mi się przechytrzyć system, kiedy pojechaliśmy do Chicago w odwiedziny do mojej teściowej. Nie chciałam pakować nieporęcznej maty edukacyjnej, więc zabrałam Bambusowy Kocyk Dziecięcy, żeby użyć go jako prowizorycznej przestrzeni na podłodze. Szczerze? Jest tylko „w porządku”, jeśli próbujesz go użyć jako miękkiego podłoża.
Nie zrozumcie mnie źle, jako kocyk jest niesamowity. Wykonany jest z tego maślanego, miękkiego materiału bambusowego, który w dotyku przypomina chmurkę, a wzór w kolorowe liście jest po prostu śliczny. Ale jako podłoże do dziecięcych pompek? Koszmar. Za każdym razem, gdy Leo próbował wbić swoje małe łokcie, żeby podnieść główkę, materiał marszczył się pod nim. On się frustrował, ja się frustrowałam, a połowę czasu spędzałam na wygładzaniu zmarszczek materiału pod jego twarzą. A potem, oczywiście, ulał gigantyczną ilością częściowo strawionego mleka prosto na niego. Nie tylko trochę. To było jak tsunami. To piękny kocyk, ale to wciąż tylko kocyk. Zostawcie go w wózku.
Kiedy szukasz czegoś na podłogę, potrzebujesz produktu z lekką przyczepnością. Czegoś, co nie będzie ślizgać się po panelach jak po lodowisku. Pamiętam, jak kiedyś z czystej rozpaczy próbowałam użyć maty do jogi. Wiecie, co się dzieje, gdy śliniący się niemowlak próbuje polizać matę do jogi? Kończy z pełną buzią dziwnego, syntetycznego pyłu, a ty dzwonisz na ostry dyżur o czwartej po południu. NIE RÓBCIE TEGO. Odpuśćcie sobie domowe, prowizoryczne rozwiązania.
Wielka panika związana z toksyczną pianką z roku dwa tysiące któregoś tam
W którymś momencie podczas pierwszych kilku miesięcy życia Leo, popełniłam fatalny błąd polegający na tym, że wygooglałam maty do pokoju dziecięcego o 3 nad ranem podczas karmienia.
Nigdy niczego nie googlujcie o 3 nad ranem.
Wpadłam w przerażającą spiralę informacji o matach puzzlach. Wiecie o które chodzi – te w jaskrawych kolorach z literkami alfabetu, na których wszyscy bawiliśmy się w latach 90. Okazuje się, że niektóre z tych starych piankowych mat to w zasadzie kwadraty ze stężonymi toksynami? Nie znam się dokładnie na ich składzie chemicznym, ale przeczytałam takie słowa jak PVC, BPA, ftalany i formaldehyd.
Formaldehyd! Tego samego używają na lekcjach biologii w liceum do preparowania martwych żab.
Przeczytałam, że ci mali ludzie są niezwykle podatni na szkodliwe opary, ponieważ ich płuca są bardzo małe, a oni spędzają całe godziny z twarzami dosłownie przyciśniętymi do maty. Liżąc podłogę. Ponieważ to właśnie robią. Badają świat, smakując dywan. Totalnie spanikowałam i kazałam Tomowi wyrzucić tanią piankową matę, którą dostaliśmy w prezencie. Jeśli dacie radę ogarnąć to w tej mgle niewyspania, powinniście po prostu zrezygnować z taniego plastikowego badziewia i spróbować znaleźć naturalne włókna albo chociaż silikon medyczny – cokolwiek, co nie przyprawi was o napad lęku w środku nocy.
Odwracanie ich uwagi od udręki istnienia
Do czasu, gdy docierają do czwartego-szóstego miesiąca życia, zaczynają zdawać sobie sprawę, że mogą faktycznie manipulować otaczającym ich światem, co jest z jednej strony przerażające, ale z drugiej całkiem pomocne.

Potrzebujesz czegoś, co położysz na macie, by odwrócić ich uwagę od czystego, fizycznego cierpienia, jakim jest utrzymanie własnej, ciężkiej głowy. Gdy Leo przechodził przez swoją intensywną fazę „muszę żuć wszystko w promieniu pięciu kilometrów”, zaczęłam rzucać mu zabawki do strefy zabawy, tylko po to, by zyskać pięć minut na wypicie kawy.
Zestaw Miękkich Klocków Sensorycznych był absolutnym wybawieniem. To mięciutkie, gumowe klocki w makaronikowych kolorach, bez żadnych ostrych krawędzi. Leo po prostu kładł się na brzuchu i zawzięcie żuł klocek z cyfrą 3 przez jakieś dwadzieścia minut. Klocki nie bolą, kiedy nieuchronnie w ciemności nadepniesz na nie bosą stopą. Do tego nie zawierają BPA, co uspokoiło moją internetową paranoję o 3 nad ranem.
Byliśmy też bardzo wdzięczni za Silikonowo-Bambusowy Gryzak Panda. Ząbkowanie to zupełnie inny poziom piekła, który pokrywa się z etapem leżenia na brzuszku tylko po to, by ostatecznie przetestować twoją wolę życia. Kładłam Leo na macie, wręczałam mu tę płaską, małą silikonową pandę, a on po prostu gryzł ją jak mały, wściekły pies z kością. Wykonana jest z silikonu spożywczego, łatwa do chwycenia dla jego nieskoordynowanych rączek, i mogłam ją po prostu wrzucić do zmywarki, kiedy siłą rzeczy oblepiała się kłakami z podłogi i śliną.
Obniżanie poprzeczki, żeby móc przetrwać
Z perspektywy czasu, wracając pamięcią do tamtych wczesnych dni z Mayą, a potem przechodząc przez to wszystko od nowa z Leo, największą lekcją, jakiej się nauczyłam, jest to, że absolutnie wszystko sobie komplikujemy.
Kupujemy ogromne centra aktywności. Kupujemy wypełnione wodą maty sensoryczne, które niechybnie przeciekają na drewnianą podłogę (tak, to się zdarzyło, tak, drewno spuchło, Tom wciąż jest o to wściekły). Kupujemy rzeczy, które migają, pikają i obiecują, że nauczą nasze trzymiesięczne dzieci programowania w Pythonie.
Ale twoje dziecko tak naprawdę potrzebuje tylko ciebie, bezpiecznego miejsca na podłodze i może kilku nietoksycznych rzeczy, które może wepchnąć sobie do buzi.
Nie potrzebujesz mini parku rozrywki w salonie. Potrzebujesz tylko głębokiego oddechu, mocnej kawy i świadomości, że w końcu samo nauczy się podnosić głowę. Nawet jeśli przez cały ten czas będzie krzyczeć wniebogłosy.
Jeśli jesteś wyczerpana i chcesz po prostu znaleźć estetyczne, nietoksyczne wyposażenie, które nie sprawi, że poczujesz się, jakbyś mieszkała w wozie cyrkowym, przejrzyj pięknie dobrane, niezbędne produkty na stronie Kianao. Twój salon (i twoje zdrowie psychiczne) będą ci wdzięczne.
Trudne pytania, które słyszę na placu zabaw
-
Kiedy do cholery zacząć w ogóle kłaść dziecko na podłodze?
Szczerze mówiąc, mój pediatra kazał mi zacząć jakoś trzy dni po powrocie ze szpitala. Dosłownie roześmiałam się w głos. Chcecie, żebym położyła tego kruchego, lejącego się noworodka na dywanie? Ale najwyraźniej tak. Tylko na kilka minut naraz. Wydaje się to całkowicie pozbawione sensu, bo leżą tam tylko jak ciepły ziemniak, ale podobno ich małe mózgi przetwarzają wtedy poczucie grawitacji. Po prostu tego nie analizuj za bardzo. Jeśli zacznie płakać, weź je na ręce. Masz całe lata na zmuszanie go do rzeczy, których nie chce robić, nie ma potrzeby się z tym spieszyć w trzecim dniu życia. -
Czy te drogie, ekologiczne kąciki zabaw są naprawdę tego warte?
Słuchaj, gdybyś zapytała mnie, zanim miałam dzieci, powiedziałabym, że to jedno wielkie oszustwo, żeby wyciągnąć pieniądze od niespokojnych milenialsów. Ale po wpadnięciu w tę nocną spiralę Google o metalach ciężkich i formaldehydzie w tanich piankach? Tak. Myślę, że tak. Nie musisz kupować najdroższej rzeczy na rynku, ale kupno czegoś z certyfikatem OEKO-TEX lub wykonanego z naturalnych materiałów jest warte tego spokoju ducha. Twój maluch będzie lizał tę matę. Będzie wielokrotnie uderzał w nią otwartą buzią. Kup coś, o czym wiesz, że nie zaszkodzi, jeśli zostanie przez dziecko niemal zjedzone. -
Jak wyczyścić te rzeczy po potężnej awarii pieluchy?
O Boże, awarie pieluchy. Maya miała kiedyś na piankowej macie puzzlowej tak katastrofalną eksplozję, że ta... substancja... wciekła w małe ząbki łączące elementy układanki. Spędziłam czterdzieści pięć minut w wannie, szorując ją starą szczoteczką do zębów i płacząc. Właśnie dlatego jestem teraz zaciekłą przeciwniczką mat typu puzzle. Jeśli masz matę z materiału, wrzuć ją do pralki na najgorętszy cykl z enzymatycznym środkiem czyszczącym i się módl. Jeśli to mata o jednolitej powierzchni, przetrzyj ją mocnym, bezpiecznym dla dzieci mydłem. Nigdy, przenigdy nie kupuj czegoś, czego nie można bezlitośnie zdezynfekować. -
Moje dziecko nienawidzi leżenia na brzuchu i od razu krzyczy. Czy robię mu krzywdę?
Nie. Radzisz sobie świetnie. Oboje moich dzieci tego nienawidziło. Maya krzyczała tak głośno, że pies chował się pod łóżko. Leo po prostu kładł twarz płasko na podłodze i całkowicie tracił chęci do życia. Spróbuj podłożyć pod klatkę piersiową dziecka zrolowaną pieluszkę tetrową albo po prostu połóż je na swojej klatce piersiowej, kiedy leżysz na kanapie. To się liczy! Przysięgam, że to się liczy. W końcu ich mięśnie szyi się wzmocnią i zdadzą sobie sprawę, że przewracanie się to całkiem fajna sztuczka. Do tego czasu po prostu musisz przetrwać. -
Czy potrzebuję maty z wbudowanym łukiem i zabawkami?
Naprawdę nie. Te wbudowane łuki są strasznie irytujące, bo kiedy twoje dziecko zaczyna się turlać i pełzać, pałąk po prostu mu przeszkadza, a ponieważ nie możesz go odczepić, kończysz z tym wielkim, nieporęcznym, przypominającym pająka czymś upchniętym z tyłu szafy. Kup prostą, płaską matę i osobny, drewniany stojak edukacyjny, taki jak ten z Kianao, którego używałam. Kiedy dziecko wyrasta z wiszących zabawek, po prostu odstawiasz drewnianą ramę na bok i bum – nadal masz w pełni użyteczną przestrzeń na podłodze, na której może budować z klocków albo zjadać stare płatki śniadaniowe.





Udostępnij:
Jak dziwny mały dziobak uwolnił mnie od presji kamieni milowych
Gdzie ten magiczny wyłącznik? Prawda o uspokajaniu noworodka