Słuchajcie, w zeszły wtorek próbowałam wyrwać mlecze z grządek, podczas gdy Maja siedziała na trawie. Nagle wskazała lepkim palcem w stronę płotu i wydała dźwięk, który brzmiał jak pytanie. Na początku myślałam, że to bezdomny kot. Ot, taka szara kulka obok funkii. Wtedy to coś odwróciło w moją stronę swój mały, bandycki pyszczek i wydało z siebie wysoki pisk, który brzmiał dokładnie jak płacz noworodka. Zanim zostałam mamą, myślałam, że znalezienie małego szopa to magiczny, leśny moment, w którym jednoczysz się z naturą. Teraz, stojąc tam z maluchem, który bierze do buzi dosłownie każdą grudkę ziemi, widziałam tylko chodzące zagrożenie biologiczne.
Moją pierwszą reakcją było chwycenie Mai pod pachy i wciągnięcie jej do domu. Drugą – napisanie SMS-a do męża, który bezużytecznie siedział w swoim biurze w centrum, by poinformować go, że nasze podwórko zostało właśnie przejęte przez dziką naturę. Zasugerował, żebym dała mu trochę mleka. Właśnie dlatego to ja jestem osobą odpowiedzialną za utrzymanie naszego dziecka przy życiu.
Urocze, ale z medycznego punktu widzenia – tragedia
Kiedy pracowałam na dziecięcym SOR-ze, moja dawna oddziałowa nazywała szopy najbrudniejszymi pacjentami, których nigdy nie chciałabyś przyjąć. Przenoszą wściekliznę, o czym wiedzą wszyscy, ale mój lekarz, dr Patel, wspomniał o zupełnie innym koszmarze. Okazuje się, że w swoich odchodach przenoszą pewnego pasożyta jelitowego o długiej łacińskiej nazwie, której nigdy nie potrafię zapamiętać. Z tego, co zrozumiałam podczas naszej wizyty, mikroskopijne jaja miesiącami leżą w ogrodowej ziemi, cierpliwie czekając, aż zjawi się jakiś maluch, dotknie błota, a potem włoży kciuka do buzi.
Brzmiało to tak, jakby przedostanie się tych jaj do organizmu dziecka oznaczało bardzo mroczną drogę prosto na oddział neurologii, z ryzykiem ślepoty lub uszkodzenia mózgu. Prawdopodobnie wyolbrzymiam to w swojej głowie, ale nie mam zamiaru ryzykować w starciu z toaletowymi nawykami dzikiego zwierzęcia na tej samej trawie, na której moja córka uczy się chodzić. Mój natychmiastowy instynkt podpowiedział mi więc czysty szpitalny protokół.
- Trzymaj dzieci w domu. Musisz wyznaczyć twardą granicę między swoim dzieckiem a podwórkiem, dopóki zwierzę sobie nie pójdzie.
- Nie dotykaj go gołymi rękami. Sanepid uważa każde zadrapanie lub ugryzienie za potencjalne narażenie na wściekliznę, co oznacza obowiązkowe zastrzyki.
- Umyj wszystko. Jeśli twoje dziecko dotknęło tego miejsca, szoruj mu ręce wodą z mydłem przez boleśnie długie pięć minut, zanim zadzwonisz do lekarza.
Protokoły odwracania uwagi malucha
Musiałam odizolować Maję, żeby wymyślić, co zrobić z intruzem na podwórku. Złapałam ją, zaniosłam do salonu i posadziłam na dywanie z Zestawem miękkich klocków dla niemowląt. Będę z wami szczera – te klocki są po prostu okej. Zrobiono je z miękkiej gumy, co jest super do gryzienia, ale lądują pod każdym meblem, jaki posiadamy, i przyciągają psią sierść jak absolutny magnes.
Ale kupiły mi dokładnie dziesięć minut ciszy, podczas gdy ona siedziała i analizowała owocowe wzory na ściankach klocków. To dało mi wystarczająco dużo czasu, by zagapić się przez kuchenne okno i ocenić sytuację. Czasami rodzicielstwo polega po prostu na znalezieniu odpowiedniej, umiarkowanie irytującej zabawki, która powstrzyma dziecko przed wbiegnięciem na ulicę lub pogłaskaniem nosiciela wścieklizny.
Tego popołudnia miała na sobie Niemowlęce body bez rękawów z bawełny organicznej w szałwiowym kolorze. Prawdę mówiąc, uwielbiam to ubranko. To jedna z niewielu rzeczy w jej szafie, która przeżywa mój chaotyczny system prania i nie rozpada się na kawałki. Organiczna bawełna jest na tyle gruba, że nie przeciera się na kolanach, a dekolt rozciąga się na tyle szeroko, że można ściągnąć całość w dół przez nogi w przypadku pieluszkowej awarii. Skończyło się na tym, że tego dnia musiałam je wyprać dwa razy, bo popadłam w paranoję na punkcie mikroskopijnego ogrodowego brudu, który mogła złapać, a body idealnie zachowało swój kształt nawet po praniu w gorącej wodzie.
Poświęć chwilę, aby przejrzeć naszą kolekcję miękkich, trwałych ubranek dziecięcych, żebyś miała jedno zmartwienie z głowy, gdy na podwórku zapanuje chaos.
Matka prawdopodobnie po prostu wyszła po zakupy
Okazuje się, że mały szop siedzący samotnie w trawie zazwyczaj wcale nie jest porzucony. Matki szopów to w zasadzie po prostu wyczerpani rodzice, którzy próbują złapać chwilę oddechu. Zostawiają swoje młode w norze na kilka godzin, żeby pójść pogrzebać w śmietnikach sąsiada w poszukiwaniu kalorii. Między kwietniem a majem nieustannie przenoszą swoje dzieci z jednej kryjówki do drugiej. Przenoszą je w pysku, jedno po drugim.

Jeśli więc widzisz jedno młode płaczące przy ogrodzeniu, matka prawdopodobnie jest po prostu w trakcie przenoszenia jego rodzeństwa. Naprawdę musisz interweniować tylko wtedy, gdy maluch jest widocznie ranny, płacze nieustannie od świtu do zmierzchu lub jest oblepiony muchami. W przeciwnym razie po prostu porywasz dziecko, podczas gdy jego matka załatwia sprawy na mieście.
Sztuczka z koszem na pranie
Jeśli maluch wygląda zdrowo, ale podejrzewasz, że matka przestraszyła się kosiarki, lokalni specjaliści od dzikiej przyrody stosują coś, co nazywają "sztuczką z koszem na pranie". Brzmi to absurdalnie, ale działa. Musisz znaleźć najgrubsze skórzane rękawice ogrodowe, jakie posiadasz, włożyć pod nie rękawiczki lateksowe i narzucić na zwierzę plastikowy kosz na pranie.
Pod kosz wsuwasz ciepły ręcznik lub termofor, żeby maluch nie zamarzł, a na wierzchu kładziesz lekki kamień. Chodzi o to, by obciążenie było na tyle duże, by dziecko nie wywędrowało na ulicę, ale na tyle lekkie, by matka mogła łatwo przewrócić kosz, gdy wróci o drugiej w nocy. Potem wchodzisz do domu, zamykasz drzwi i czekasz.
Dlaczego twoja spiżarnia to broń
To ten etap ratowania dzikiej przyrody na podwórku, który podnosi mi ciśnienie. Ludzie znajdują te zwierzaki i ich pierwszą myślą jest ogołocenie kuchennej spiżarni, żeby bawić się w zbawiciela. Widziałam tysiące szalonych pomysłów na lokalnych grupach na Facebooku. Ludzie sugerują mieszanie mleka modyfikowanego dla niemowląt z żółtkami jaj, wlewanie krowiego mleka do butelki dla zwierząt, albo namaczanie karmy dla kotów w wodzie.

Nie karm dzikich zwierząt mlekiem modyfikowanym swojego niemowlęcia. Podawanie dzikiemu ssakowi zamienników ludzkiego mleka to w zasadzie wydanie na niego wyroku śmierci przez ostre zaburzenia żołądkowo-jelitowe. Ich przewody pokarmowe nie są przystosowane do mleka z apteki czy tłustego krowiego mleka ze sklepu. Powoduje to śmiertelną biegunkę i poważne odwodnienie w ciągu kilku godzin. To brutalne, a ludzie robią to nagminnie, bo myślą, że pomagają.
Co gorsza, ludzie próbują wlewać wodę do pyska malucha strzykawką, bo przeczytali gdzieś, że odwodnienie jest niebezpieczne. Jeśli spróbujesz wciskać wodę panikującemu zwierzęciu, ono po prostu zachłyśnie się płynem i powoli utonie we własnych płucach. Jeśli nie jesteś licencjonowanym profesjonalistą dysponującym specjalnymi elektrolitami dla zwierząt i zgłębnikiem, musisz trzymać swoją kuchnię z dala od tego wszystkiego. Osoby zajmujące się rehabilitacją dzikich zwierząt muszą przejść specjalistyczne szkolenie, by w ogóle nauczyć się, jak je prawidłowo nawadniać.
W końcu i tak potrafią przeżyć na dosłownych śmieciach.
Dekontaminacja i powrót do życia
Czekając na powrót matki, uświadomiłam sobie, że Maja upuściła swój Gryzak w kształcie pandy w trawę tuż obok miejsca, w którym siedział szop. Nawet się nie zawahałam – złapałam plastikową torbę, podniosłam gryzak, jakby to był toksyczny odpad, i wrzuciłam go do zmywarki na najwyższy program dezynfekcji, jaki mamy.
Lubię ten gryzak, bo silikon spożywczy wytrzymuje moje intensywne lęki przed zarazkami i nie roztapia się w kałużę na dolnej półce zmywarki. To ogromna ulga, ponieważ Maja odmawia gryzienia czegokolwiek innego, gdy wyżynają się jej zęby trzonowe, a jego wymiana oznaczałaby trzy dni nieustannego płaczu. Zniósł wrzącą wodę znakomicie, a ja poczułam się minimalnie lepiej z faktem, że nasze podwórko uległo skażeniu.
Ostatecznie matka wróciła w okolicach zmierzchu. Obserwowałam z kuchennego okna, jak przewraca mój kosz na pranie, łapie malucha za kark i drepcze pod taras sąsiada. To był bardzo mało spektakularny koniec niezwykle stresującego wtorkowego popołudnia. Nalałam sobie lampkę wina i zdecydowałam, że do końca tygodnia Maja pozostanie dzieckiem domowym.
Zanim wrócicie na zewnątrz, upewnijcie się, że wasz pokój dziecięcy jest zaopatrzony w nasze ekologiczne niezbędniki dla niemowląt.
Często zadawane pytania na temat dzikich zwierząt na podwórku
Czy moje dziecko może zarazić się chorobami od dotykania trawy, na której był szop?
Mój lekarz jasno powiedział, że głównym ryzykiem są ich odchody. Szopy zazwyczaj wybierają jedno konkretne miejsce na toaletę, najczęściej u podnóża drzew lub na podwyższeniach, jak sterty drewna. Jeśli twoje dziecko dotyka zwykłej trawy, na ogół nic mu nie grozi, ale jeśli grzebie w ziemi w pobliżu nory szopa i wkłada ręce do buzi, musisz zadzwonić do lekarza. Ja teraz po prostu obsesyjnie myję ręce mojemu dziecku.
Co, jeśli mój pies pogonił małego szopa?
Musisz natychmiast zadzwonić do weterynarza. Nawet małe szopy mogą przenosić wściekliznę, a jeśli twój pies został ugryziony lub podrapany, może potrzebować szczepienia przypominającego. Jeśli pies trzymał szopa w pysku, musisz również skontaktować się ze strażą dla zwierząt. Dla bezpieczeństwa trzymałabym psa z dala od dziecka, dopóki weterynarz nie da zielonego światła.
Do kogo zadzwonić, jeśli matka nigdy nie wróci?
Musisz znaleźć licencjonowanego rehabilitanta dzikich zwierząt w swojej okolicy. Nie możesz tak po prostu zadzwonić do zwykłej firmy deratyzacyjnej, bo najprawdopodobniej po prostu uśpią zwierzę. Szybkie wyszukiwanie w internecie lokalnych instytucji ochrony przyrody zazwyczaj pozwala znaleźć listę certyfikowanych specjalistów, którzy naprawdę wiedzą, jak zająć się osieroconymi młodymi, nie robiąc im krzywdy.
Czy zatrzymanie osieroconego szopa jest legalne?
Nie, w niemal każdym kraju jest to całkowicie nielegalne, chyba że posiadasz specjalne pozwolenie na przetrzymywanie dzikich zwierząt. Pomijając kwestie prawne, wychowywanie dzikiego ssaka w domu to fatalny pomysł. Dorastają bez nauki zachowania w naturalnym środowisku, stają się bardzo agresywne w okresie dojrzewania i z całą pewnością pogryzą ciebie lub twoje dzieci. Zostaw to profesjonalistom.





Udostępnij:
Viralowa afera Baby Rasta i prawda o histerii w miejscach publicznych
Panika wyprawkowa w Babies R Us: List do dawnej, zestresowanej mnie