Droga Saro z zeszłego października,
Stoisz właśnie na tylnym tarasie, trzymając w dłoni trzeci kubek letniej kawy. Masz na sobie te wyblakłe, czarne legginsy z maleńką dziurką na lewym kolanie, które zarzekałaś się wyrzucić pół roku temu. Pies – nasz kochany, ale uroczo głupiutki mieszaniec golden retrievera – szczeka histerycznie na stertę mokrych dębowych liści obok węża ogrodowego. Ignorujesz go, bo Leo właśnie próbuje zjeść garść piasku z piaskownicy, a Maya krzyczy wniebogłosy na widok dżdżownicy.
Ale musisz odstawić tę kawę. Natychmiast. Bo pod tymi mokrymi liśćmi leży maleńki, oddychający, niesamowicie kolczasty ziemniaczek.
To maleńki jeż. Dziki. Po angielsku na takie maluchy mówi się „hoglet”, co szczerze mówiąc brzmi mniej jak majestatyczne stworzenie natury, a bardziej jak obelga, którą Dave rzuciłby komuś, kto zajechał mu drogę. Zaraz wpadniesz w panikę. Będziesz chciała zrobić milion rzeczy naraz, żeby uratować to leśne maleństwo, ale musisz wziąć głęboki oddech, przestać pozwalać Leo na jedzenie piasku i mnie posłuchać.
Całkowicie bezużyteczna panika Dave'a na punkcie salmonelli
W ułamku sekundy, w którym krzykniesz na Dave'a, żeby wyszedł na zewnątrz, wybiegnie w samych skarpetkach, zobaczy małą kolczastą kulkę i od razu zacznie krzyczeć o chorobach. Będzie zachowywał się tak, jakbyś właśnie odkryła odpady radioaktywne w hortensjach.
I słuchaj, ten jeden raz w życiu, mój chronicznie zestresowany mąż ma właściwie rację. Nasza pediatra wspomniała o tym na bilansie czterolatka Leo, kiedy przyznałam się, że mój syn z upodobaniem próbuje lizać żaby. Powiedziała mi tym bardzo łagodnym, nieoceniającym tonem, który sprawia, że czuję się jak wyrodna matka, że dzikie zwierzęta, a zwłaszcza gady i małe ogrodowe stworzonka, mogą przenosić salmonellę. I to w ogromnych ilościach. To po prostu małe, chodzące fabryki bakterii. Więc kiedy pochylisz się, żeby zbadać tę oddychającą szyszkę, pod ŻADNYM POZOREM nie dotykaj jej gołymi rękami. Idź do garażu i załóż te grube skórzane rękawice ogrodowe, które kupiłaś podczas swojej pandemicznej fazy na ogrodnictwo i których tak naprawdę nigdy nie użyłaś.
Jeśli dotkniesz go rękami, a potem pójdziesz zrobić Mai kanapkę z masłem orzechowym, do wtorku będziemy mieli na głowie katastrofę żołądkowo-jelitową. W każdym razie, chodzi o to, żeby założyć rękawice, wziąć głęboki karton po przesyłce z Amazona i wyłożyć go starym ręcznikiem. Ale nie ładnym ręcznikiem. Tym brzydkim, brązowym.
Sprawa z mlekiem to absolutne i wierutne kłamstwo
Dobra, teraz musisz mnie naprawdę uważnie posłuchać. Twoim pierwszym instynktem będzie pobiec do kuchni, chwycić niebieską butelkę mleka dwuprocentowego i nalać odrobinę na uroczy spodeczek dla tego biednego, trzęsącego się stworzonka. Bo przecież tego uczyły nas bajki, prawda? To właśnie pokazywały nam wszystkie klasyczne brytyjskie książki dla dzieci i stare kreskówki. Mała pani Mrugalska pijąca mleko z porcelanowego spodeczka.

To kłamstwo. Przysięgam na Boga, to wielkie, niebezpieczne kłamstwo, pewnie wymyślone przez wielki przemysł mleczarski.
Ostatecznie zadzwoniłam do całodobowej kliniki weterynaryjnej dla zwierząt egzotycznych przy 4tej Ulicy – co, swoją drogą, kosztowało mnie pięćdziesiąt dolarów za samą konsultację z recepcjonistką, która brzmiała, jakby miała dwanaście lat – i dziewczyna praktycznie nakrzyczała na mnie przez telefon. Okazuje się, że ci mali goście mają głęboką, absolutną nietolerancję laktozy. Ich maleńkie przewody pokarmowe w ogóle nie mają enzymów potrzebnych do strawienia krowiego mleka. Jeśli dasz im mleko, dostaną ostrej dyzenterii, odwodnią się i w zasadzie umrą w twoim kartonowym pudełku, podczas gdy ty będziesz bezradnie patrzeć. Poczucie winy dosłownie by cię zmiażdżyło. Nigdy byś się po tym nie pozbierała.
Zamiast mleka, musisz po prostu wziąć tę obrzydliwą, pełną sosu mokrą karmę dla kotów, którą trzymamy w spiżarni dla bezdomnego kota z sąsiedztwa. Nałóż trochę na papierowy talerzyk, a obok postaw malutką, płytką nakrętkę od słoika z wodą. To wszystko. Tylko tyle są w stanie przyswoić. Weterynarz chyba mamrotał coś o tym, że potrzebują dużo białka i zero nabiału, bo ich żołądki są super delikatne, ale szczerze mówiąc, byłam tak wdzięczna, że jeszcze go nie otrułam, że trochę wyłączyłam się na lekcji biologii.
Aha, i jeśli kolczasty ziemniaczek jest mniejszy od jabłka i przebywa na zewnątrz w zimny wieczór, to na sto procent jest osierocony i natychmiast potrzebuje pomocy ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt.
A jeśli błąka się w biały dzień i jest oblepiony muchami, to znaczy, że umiera i musisz go natychmiast zawieźć do weterynarza.
Próba ogarnięcia dzieci podczas kryzysu z dziką zwierzyną
Maya zupełnie oszaleje z ekscytacji. Jest teraz głęboko w swojej fazie leśnej wróżki i pomyśli, że wszechświat podarował jej magicznego chowańca. Natychmiast wbiegnie do domu, żeby złapać swój Kolorowy kocyk bambusowy w jeżyki, logicznie zakładając, że dzikie zwierzę będzie chciało pooglądać swoje własne portrety.
Musisz ją powstrzymać. Nie pozwól jej kłaść na nim tego dzikiego, brudnego i potencjalnie zakażonego pchłami zwierzaka. Wiem, że ona go uwielbia. Szczerze mówiąc, to też moja ulubiona rzecz, jaką obecnie mamy w domu. Kupiłam go kilka tygodni temu, ponieważ jest wykonany z organicznego bambusa i bawełny i jest tak absurdalnie, luksusowo miękki, że czasami podkradam go sobie, żeby przykryć kolana podczas oglądania Netflixa. Magicznie utrzymuje stabilną temperaturę, co ratuje nam życie, bo Maya przez sen poci się jak nastolatka, a ten mały niebiesko-zielony wzorek jest naprawdę szykowny i wcale nie wygląda, jakby w pokoju dziecięcym eksplodował klaun. Ale to NIE jest gniazdo dla dzikiego stworzonka.
Tymczasem Leo całkowicie zignoruje ten magiczny moment bliskości z naturą, bo właśnie odkryje wyjątkowo głęboką kałużę błota przy rynnie. Ma dzisiaj na sobie swoje Body niemowlęce z bawełny organicznej – to bez rękawków, które naprawdę lubię, bo zakładki na ramionach sprawiają, że podczas pieluszkowej awarii mogę ściągnąć je w dół przez całe ciałko, zamiast przeciągać przez jego wielką głowę. Jest super elastyczne i przewiewne. Ale jeszcze rano było białe. Teraz to w zasadzie kamuflaż. Po prostu pozwól mu tarzać się w błocie. Masz teraz większe problemy na głowie.
Jeśli zastanawiasz się, jak zastąpisz ubrania, które twoje dzieci niechybnie niszczą podczas "pomagania" w ratowaniu dzikiej zwierzyny na podwórku, to po prostu poszukaj innych ubranek z bawełny organicznej dla niemowląt później. Ale teraz skup się, Saro.
Żeby trzymać Leo z dala od pudełka, prawdopodobnie rzucisz mu ten Silikonowo-bambusowy gryzak Panda, który leży na stole na tarasie od wczoraj. I w porządku. To po prostu spoko rozwiązanie. To silikon spożywczy, więc jest całkowicie bezpieczny, ale bądźmy szczere, on i tak nigdy go nie gryzł, żeby ulżyć sobie w ząbkowaniu. Przeważnie używa go do agresywnego uderzania w szklane drzwi balkonowe. Niemowlęta są dziwne. Po prostu pozwól mu stukać w szybę, żebyś mogła zająć się zwierzakiem.
„Quilling” (wymiana kolców) brzmi jak średniowieczna tortura
Gdy będziesz tak gapić się na tego małego gościa w kartonie z Amazona, zauważysz, że wygląda trochę jak wyłysiały. Jakby tracił swoje kolce. Naturalnie z góry założyłam, że ma jakiegoś potwornego podwórkowego świerzba, ale czekając na telefon od pani z fundacji, wpadłam do wielkiej króliczej nory na Reddicie i dowiedziałam się czegoś niesamowitego.

To zjawisko nazywa się „quilling” (czyli wymiana kolców).
Okazuje się, że kiedy się rodzą, są całkowicie ślepe, głuche, a ich kolce ukryte są pod dziwną, wypełnioną płynem warstwą skóry, żeby podczas porodu dosłownie nie rozerwać biednej matki od środka. Takie znieczulenie zewnątrzoponowe od matki natury, co? W każdym razie kilka tygodni później przechodzą przez fazę, w której miękkie, niemowlęce igiełki wypadają, a grube, dorosłe kolce przebijają się przez skórę. To dokładnie tak jak ludzkie ząbkowanie, z tą różnicą, że zamiast tępego bólu i ślinienia się, przez twoje plecy dosłownie przebija się zbroja. Nic dziwnego, że zawsze wyglądają na takie zrzędliwe.
Rzeczy o naturze, których wolałabym nigdy nie wygooglować
O rany, w króliczej norze Reddita zrobiło się o wiele gorzej. Zaczęłam czytać o ludziach, którzy naprawdę hodują te zwierzątka jako zwierzęta domowe (pigmejskie jeże afrykańskie, nie naszych pulchnych, europejskich, podwórkowych przyjaciół), i jestem po prostu straumatyzowana.
Jeśli masz takiego domowego jeża, który wyda na świat młode, i zestresujesz matkę w ciągu pierwszych dziesięciu dni – np. jeśli będziesz za głośno sprzątać klatkę, krzywo na nią spojrzysz albo będziesz zbyt głośno oddychać – ona dosłownie pożre swoje młode. Zje cały miot. Możesz to sobie wyobrazić? Ja jestem przebodźcowana, gdy Leo prosi mnie o przekąskę, kiedy rozładowuję zmywarkę, ale jeszcze nigdy nie przeszło mi przez myśl, żeby go zjeść. To absolutnie przerażające.
A jeśli musisz ręcznie wykarmić sierotkę, nie możesz jej tak po prostu nakarmić i położyć do snu. Po każdym jednym posiłku musisz wziąć ciepłą, wilgotną ściereczkę i fizycznie pocierać jej maleńki brzuszek oraz okolice intymne, żeby pobudzić ją do siusiania i zrobienia kupki, bo jeżyki dosłownie nie wiedzą, jak to zrobić samodzielnie bez wylizywania przez matkę. O nie, co to to nie. Ledwo przeżyłam odpieluchowanie Mai, używając do tego cukierków M&M's i tablicy naklejkowej. Z całą pewnością nie mam zamiaru ręcznie wyciskać pęcherza kolczastego szczura o drugiej w nocy.
Szczęśliwe zakończenie
Słuchaj mnie, Saro z przeszłości. Świetnie sobie poradzisz. Odgonisz psa, odwrócisz uwagę dzieci i użyjesz tego brzydkiego ręcznika. Pani z lokalnej fundacji ochrony dzikiej przyrody podjedzie rozklekotanym Subaru Outback za mniej więcej godzinę. Powie ci, że zrobiłaś wszystko jak należy, wkładając termofor pod dokładnie *połowę* kartonu (żeby jeżyk mógł się odsunąć, gdyby było mu za gorąco) i że podanie mu karmy dla kotów uratowało jego rezerwy energii.
Zabierze go do azylu, odpasie i wypuści na wolność na wiosnę. Nie zatrzymasz go. Maya będzie płakać przez jakieś dwadzieścia minut, ale potem obiecasz jej pizzę na kolację i zapomni o całej sprawie.
Oddychaj. Wypij tę zimną kawę. Odstaw mleko do lodówki.
Z miłością,
Sarah
P.S. Jeśli po całym tym chaotycznym zajściu twoje dzieci zaczną nagle domagać się wszystkiego z motywem leśnym, oszczędź sobie bólu głowy i zrób zapas przepięknych produktów Kianao. Kup te organiczne kocyki dla niemowląt, żeby maluchy miały coś mięciutkiego do przytulania, co nie zafunduje im infekcji bakteryjnej.
Losowe pytania, które desperacko googlowałam tamtego popołudnia
Czy można legalnie zatrzymać dzikiego jeżyka, jeśli się go znajdzie?
Nie, absolutnie nie, a tak szczerze, dlaczego w ogóle miałabyś chcieć to zrobić? Mój weterynarz wyraził się jasno – trzymanie w domu rodzimych dzikich zwierząt bez licencji na rehabilitację jest w większości miejsc nielegalne. Poza tym śmierdzą, do jedzenia potrzebują ogromnych ilości żywych robaków i pokrywają swoje kolce własną, toksyczną śliną. Po prostu zadzwoń po profesjonalistę.
Co powinnam zrobić, jeśli mój pies przyniesie mi małego jeża?
Wpadnij w cichą panikę. Następnie natychmiast sprawdź, czy maluch nie krwawi i nie ma ran kłutych. Pyski psów są pełne okropnych bakterii, więc jeśli skóra zwierzęcia jest uszkodzona, natychmiast potrzebuje ono antybiotyków od weterynarza specjalizującego się w dzikich zwierzętach, inaczej nabawi się śmiertelnej infekcji. Włóż jeża do pudełka z wysokimi brzegami, umyj psu pysk, o ile dasz radę (powodzenia), i zadzwoń do ośrodka rehabilitacji.
Czy mogę włożyć poduszkę elektryczną do pudełka z jeżem?
Tylko jeśli będziesz niesamowicie ostrożna. Wyczytałam, że pod żadnym pozorem nie należy umieszczać źródła ciepła pod *całym* kartonem. Jeśli zrobi im się za gorąco, mogą się dosłownie ugotować, bo będą zbyt słabe, by odsunąć się na bok. Umieść owinięty w ręcznik termofor z ciepłą wodą pod zaledwie jednym rogiem pudełka, żeby mogły przesunąć się na chłodniejszą stronę, jeśli będą tego potrzebować.
Czy matki jeży porzucają swoje młode, jeśli się ich dotknie?
W naturze podobno rzadko dzieje się to z powodu zapachu człowieka, a raczej dlatego, że gniazdo zostaje naruszone, co wywołuje u nich panikę. Ale w niewoli? O tak, absolutnie je porzucą albo, jak już mówiłam, zjedzą. Po prostu ich nie dotykaj, chyba że masz pewność, że są osierocone i zamarzają.
Jak długo zostają z matkami?
Osiągają pełną niezależność w wieku około siedmiu tygodni. Siedem tygodni! Tymczasem ja mam siedmiolatkę, która wciąż potrzebuje mojej pomocy przy otwieraniu paluszków serowych. Natura bywa szalona.





Udostępnij:
Dlaczego niewłaściwe wieszaki niszczą ubranka Twojego dziecka
Prawda o źrebakach, bezpieczeństwie dzieci i bajkowych kopytkach