Był wtorek w połowie listopada, mniej więcej 17:14, kiedy ciśnienie powietrza w naszym londyńskim mieszkaniu po prostu przestało istnieć. Trzymałem w jednej ręce na wpół opróżnioną butelkę z mlekiem, a w drugiej zabłąkaną, podejrzanie wilgotną skarpetkę, kiedy rozpoczął się podwójny atak. Samo natężenie dźwięku było fizycznie namacalne, naciskało na moje bębenki, jakbym właśnie wysiadł z transatlantyckiego lotu – tyle że zamiast łagodnego buczenia silnika odrzutowca, byłem poddawany dźwiękowi płaczu dziecka tak przenikliwemu, że prawdopodobnie mógłby rozbić kufel od piwa z odległości pięćdziesięciu kroków. Gdybyś mi powiedział, że ktoś ukrył w pokoju dziecięcym głośnik odtwarzający zapętlony, darmowy efekt dźwiękowy płaczu dziecka z horroru z połowy lat 2000., bez wahania bym ci uwierzył.

Istnieje bardzo specyficzny rodzaj paniki, który pojawia się, gdy dwoje małych ludzi, za których jesteś prawnie i moralnie odpowiedzialny, postanawia jednocześnie wyrazić swoje niezadowolenie z otaczającego ich wszechświata. Gorączkowo, w myślach przeglądasz listę potencjalnych pretensji (mokro, głodno, gorąco, zimno, nuda, egzystencjalny lęk), podczas gdy twoje własne tętno przypomina utwór drum and bass. Pamiętam, jak stałem tam, gapiąc się na dwie identyczne, czerwone, krzyczące twarze i zastanawiałem się, jak to możliwe, że coś, co waży mniej niż worek ziemniaków, jest w stanie wyprodukować hałas dorównujący młotowi pneumatycznemu.

Wtorkowy wieczorny atak dźwiękowy

Przez pierwsze kilka tygodni nasze dziewczynki były w sumie dość zwodnicze. Po prostu spały i od czasu do czasu popiskiwały jak lekko zirytowane myszki. Pamiętam, jak zadowolony z siebie mówiłem kumplowi w pubie, że to całe rodzicielstwo to tak naprawdę bułka z masłem (za to stwierdzenie wszechświat szybko i brutalnie mnie ukarał). Mniej więcej w okolicach drugiego tygodnia, piski przerodziły się w pełnoobjawowy płacz niemowlaka, a do szóstego tygodnia znaleźliśmy się w okopach czegoś, co nasza pielęgniarka środowiskowa radośnie nazwała szczytową fazą płaczu.

Moja partnerka wróciła do biura, zostawiając mnie samego z tym duetem, a ja byłem święcie przekonany, że jako rodzic jestem po prostu fundamentalnie zepsuty. Za każdym razem, gdy zaczynał się ten płacz, mój mózg dosłownie robił zwarcie. Zanim pojawią się dzieci, czytasz te wszystkie książki, a na 47. stronie zawsze radzą: "zachowaj spokój i emanuj kojącą aurą", co wydało mi się skrajnie bezużyteczne, gdy o 4 nad ranem, pokryty czyimiś płynami ustrojowymi, próbowałem bujać dwoje wściekłych niemowląt na piłce do ćwiczeń, z której powoli uchodziło powietrze.

Moja krótka kariera jako niemowlęcy lingwista

W desperackiej, porannej spirali wyszukiwań w Google o 3 nad ranem, natknąłem się na teorię, która twierdziła, że można rozszyfrować płacz dziecka, wsłuchując się w konkretne dźwięki fonetyczne. Chodziło o to, że dziecko wydaje różne odgłosy w zależności od swoich odruchów. Podobno "Neh" oznacza, że są głodne, ponieważ ich język dotyka podniebienia, podczas gdy "Eairh" to gazy w dolnych partiach brzucha, a "Owh" oznacza, że są zmęczone.

My brief career as a baby linguist — How I Survived the Relentless Baby Crying Sound With Twin Girls

Nie potrafię wyrazić, ile czasu zmarnowałem, próbując zastosować to do bliźniąt. Pochylałem się nad ich łóżeczkami, całkowicie ignorując fakt, że odchodziły od zmysłów, i szeptałem: "Czy to było Neh, czy Heh? Czekaj, powiedz to jeszcze raz, nie do końca wyłapałem tę spółgłoskę". Jest całkowicie niemożliwe rozróżnienie między "Neh" a "Owh", kiedy jedno dziecko krzyczy jak przestraszona mewa, a drugie robi doskonałą imitację silnika diesla, który nie może odpalić zimą. Mewa (Bliźniak A) ani razu nie wydała z siebie niczego, co przypominałoby zatwierdzoną przez słownik sylabę, podczas gdy Bliźniak B po prostu wibrował ze wściekłości. Po trzech dniach traktowania moich dzieci jak kursu językowego Rosetta Stone w audio, całkowicie porzuciłem lingwistykę.

Kupiłem też te rzekomo magiczne krople na gazy z symetykonem, na które przysięgał cały internet, podawałem je drżącymi rękami i nie osiągnąłem absolutnie niczego, poza tym, że podbródki dziewczynek stały się lekko lepkie.

Co tak naprawdę powiedziała pielęgniarka środowiskowa

Kiedy nasza pielęgniarka środowiskowa z NHS w końcu wpadła do nas z wizytą, zastała mnie siedzącego na kanapie i gapiącego się w pustkę, podczas gdy jedno dziecko krzyczało w leżaczku, a jej siostra krzyczała z kojca. Byłem w pełni przygotowany na to, że zadzwoni do opieki społecznej i każe mnie zabrać za czystą niekompetencję.

Zamiast tego zrobiła mi herbatę i ogólnikowo wytłumaczyła coś, co nazywa się okresem PURPLE, a co początkowo wziąłem za jakąś modną, absurdalnie drogą markę ciążową z Dalston. Z tego co wyjaśniła (a parafrazuję tutaj przez mgłę braku snu), zdrowe dzieci po prostu... płaczą. Dużo. Czasami nawet do czterech czy pięciu godzin dziennie, a szczyt przypada zwykle na późne popołudnie lub wieczór, kiedy światło na zewnątrz przybiera ten przygnębiający odcień szarości. Powiedziała, że to ewolucyjne dziwactwo, faza rozwojowa, w której ich układ nerwowy jest całkowicie przytłoczony rzeczywistością istnienia poza łonem matki.

Usłyszeć, jak lekarz specjalista mimochodem stwierdza, że nieutulony płacz to całkowicie standardowa funkcja, a nie błąd w oprogramowaniu, było zarówno niezwykle uwalniające, jak i głęboko przygnębiające. Nie ponosiłem porażki; po prostu przeżywałem biologiczny rytuał przejścia. Wspomniała też mgliście, żeby sprawdzać im temperaturę, jeśli wydają się gorętsze niż kaloryfer — coś o progu 38 stopni, choć mieliśmy trzy różne termometry, z których każdy dawał zupełnie inny odczyt, więc w większości polegałem na wysoce naukowej metodzie całowania ich czół, żeby sprawdzić, czy nie parzą.

Zawijanie i przeczekiwanie

Uzbrojony w wiedzę, że to tylko etap, mocno wkręciłem się w klasyczne techniki uspokajania, głównie próbując odtworzyć ciasne, głośne i kołyszące środowisko macicy. Problem z bliźniakami polega na tym, że masz tylko dwie ręce, co oznacza, że każda technika wymagająca użycia obu dłoni natychmiast pozostawia jedno dziecko na lodzie.

Wrapping them up and waiting it out — How I Survived the Relentless Baby Crying Sound With Twin Girls

Wtedy właśnie opracowałem bardzo specyficzną, nieco obłąkaną rutynę. Agresywnie otulałem Bliźniaka A, odkładałem bezpiecznie do łóżeczka, a następnie zajmowałem się Bliźniakiem B. Musicie zrozumieć, że niemowlęta posiadają niesamowity odruch Moro, co oznacza, że ciągle same się wybudzają ze strachu, rozrzucając ręce na boki, jakby właśnie spadały z drzewa. Ciasne otulenie powstrzymuje to wymachiwanie.

Przerobiliśmy absurdalną liczbę kocyków, zanim trafiliśmy na Bambusowy kocyk niemowlęcy Niebieski Lis w Lesie. Dziewczynki zawsze bardzo szybko się przegrzewały (nasze mieszkanie to przebudowany wiktoriański segment, który niesamowicie zatrzymuje ciepło), a ten bambusowy materiał naprawdę zdawał się sprawiać, że nie budziły się spocone i wściekłe. To dosłownie jedyna rzecz, która była w stanie powstrzymać gorączkowe wymachiwanie rączkami Bliźniaka A, nie zamieniając jej przy tym w mały, gniewny piecyk. Ponadto spędziłem żenująco dużo czasu na wpatrywaniu się w te małe, skandynawskie, niebieskie lisy w pełnym braku snu transie, kołysząc się na boki w ciemności. Stały się one pewnego rodzaju wizualną kotwicą dla mojej poczytalności.

W ciągu dnia starałem się zapobiegać wieczornym awanturom, męcząc je zabawkami sensorycznymi. Rozstawiliśmy w salonie ten Zestaw edukacyjny z motywami roślinnymi. Jest naprawdę uroczy — bardzo estetyczny, w stylu Montessori, z dużą ilością organicznego drewna i małymi materiałowymi księżycami. Ale muszę być brutalnie szczery: kiedy dziecko jest już w trybie pełnej awantury, machanie gustownym, drewnianym listkiem przed jego twarzą przypomina podawanie miętkówki szarżującemu nosorożcowi. Kiedy zaczyna się krzyki, to całkowicie bezużyteczne. Mimo to, *kupowało* mi to dokładnie czternaście minut spokoju o 10 rano, podczas których one cicho trącały roślinne kształty, a ja piłem kawę, która była jeszcze znośnie letnia.

Moim ulubionym dziennym odwracaczem uwagi był bez wątpienia Stojak edukacyjny Tęcza z zabawkami w kształcie zwierzątek, głównie dlatego, że drewniane kółka wydawały bardzo satysfakcjonujący, stukający dźwięk, kiedy Bliźniak B dosłownie wyciskał z nich resztki życia kopniakami. Leżała tam, agresywnie zrzucając małą zabawkę-słonika, spalając wściekłą energię, która w przeciwnym razie objawiłaby się jako festiwal krzyku o 17:00. Nie zatrzymywało to płaczu całkowicie, ale z pewnością skracało jego czas trwania.

Potrzebujesz czegoś, co pomoże ci przetrwać to popołudniowe pasmo? Przejrzyj pełną kolekcję stojaków edukacyjnych Kianao i znajdź coś, co być może da ci czas na filiżankę gorącej herbaty.

Dziesięć minut samotności

Była jedna konkretna noc, która mnie złamała. Padało, piec wydawał z siebie ten złowieszczy metaliczny dźwięk, a obie dziewczynki płakały od ponad dwóch godzin. Nie marudziły. Nie popłakiwały. Krzyczały wniebogłosy. Owinąłem je w kocyki z lisami. Szuszałem tak głośno i nieprzerwanie, że moje gardło było całkowicie zdarte. Agresywnie nimi bujałem, spacerując niezliczone okrążenia po korytarzu i praktycznie wydeptując rów w deskach podłogowych.

Nic nie działało. Dźwięk ten drapał mnie po wnętrzu czaszki, wyzwalając prymitywną reakcję "walcz lub uciekaj", która sprawiała, że miałem ochotę po prostu otworzyć drzwi wejściowe i pójść pieszo do Szkocji.

Przypomniałem sobie o ulotce, którą zostawiła pielęgniarka środowiskowa. Zasadniczo mówiła, że jeśli kiedykolwiek poczujesz, że tracisz panowanie nad sobą, najbezpieczniejszą rzeczą, jaką możesz zrobić, jest włożenie dziecka do łóżeczka, zamknięcie drzwi i odejście. Brzmi to tak prosto, ale poczucie winy związane z odejściem od płaczącego niemowlaka jest ogromne. Czujesz, jakbyś rzucał je wilkom na pożarcie.

Ale tamtej nocy trzęsły mi się ręce. Delikatnie odłożyłem oba krzyczące maluchy do ich łóżeczek, upewniłem się, że leżą płasko na plecach, wyszedłem z pokoju i zamknąłem drzwi. Poszedłem do kuchni, odkręciłem kran tylko po to, żeby mieć w pomieszczeniu jakikolwiek inny dźwięk, i ustawiłem minutnik w telefonie na dziesięć minut. Po prostu oparłem się o blat, oddychając, podczas gdy stłumiony dźwięk dziecięcego płaczu przenikał przez ścianę.

To było najdłuższe dziesięć minut w moim życiu. Wyobrażałem sobie, że doznają nieodwracalnych szkód psychicznych tylko dlatego, że ich ojciec musiał przez chwilę popatrzeć na czajnik. Ale kiedy minutnik zadzwonił i wróciłem, moje własne tętno spadło. Moja szczęka nie była zaciśnięta. Wziąłem na ręce Bliźniaka A, i niezależnie od tego, czy wynikało to z faktu, że moja własna energia była spokojniejsza, czy ze ślepego trafu, w końcu przyjęła smoczek, wtuliła się w moje ramię i przestała.

Czasem łapiesz się na tym, że po prostu funkcjonujesz w tych chaotycznych, niedoskonałych cyklach. Próbujesz interpretować dźwięki, zawijasz je w kokon, podskakujesz tak długo, aż bolą cię łydki, a czasami musisz po prostu odejść i pozwolić im bezpiecznie płakać, próbując pozbierać z kuchennej podłogi resztki własnej poczytalności.

Z czasem płacz w godzinie duchów zaczął słabnąć. Gdzieś w okolicach czwartego miesiąca te niekończące się wieczorne krzyki po prostu... przeszły w normalne, możliwe do opanowania narzekanie. Przestałem wzdrygać się o 16:30. Trauma tych nieustępliwych, rozdzierających uszy nocy powoli zatarła się w pamięci, zastąpiona przez nowy koszmar ząbkowania. Ale cisza, która nastała po tych pierwszych miesiącach? Była absolutnie ogłuszająca.

Gotowy na ulepszenie swojego uspokajającego asortymentu przed kolejnym kryzysem? Kup kolekcję organicznych bambusowych kocyków w Kianao, które pomagają utrzymać stabilną temperaturę i trzymać odruch wzdrygania pod kontrolą.

Całkowicie nienaukowe FAQ z okopów

Dlaczego dźwięk płaczącego dziecka sprawia, że czuję tak niesamowity niepokój?
Ponieważ biologia jest okrutna. Z tego, co chaotycznie wyczytałem o 2 nad ranem, dźwięk płaczu dziecka jest ewolucyjnie zaprogramowany tak, by wywoływać u dorosłych natychmiastową, stresującą reakcję fizjologiczną, abyśmy go nie ignorowali. Skacze ci ciśnienie, serce bije szybciej, pocisz się. To w zasadzie dzwonek alarmowy zainstalowany w twoim układzie nerwowym. Nie jesteś niespokojny, dlatego że jesteś słaby; jesteś niespokojny, ponieważ twój mózg funkcjonuje dokładnie tak, jak powinien.

Czy te aplikacje tłumaczące płacz dziecka są naprawdę tego warte?
Pobrałem jedną, zbliżyłem do Bliźniaka B, gdy robiła się fioletowa z wściekłości, a aplikacja z przekonaniem oznajmiła, że dziecko jest „znudzone”. Minutę wcześniej zwymiotowała pod ciśnieniem na mój jedyny czysty sweter i miała pieluchę tak pełną, że przeczyło to prawom fizyki. Od razu usunąłem tę aplikację. Lepiej zachowaj miejsce w telefonie na zdjęcia, do których i tak nigdy nie wrócisz.

Kiedy wieczorny płacz (tzw. godzina duchów) tak naprawdę się kończy?
Wszyscy powtarzali mi "12 tygodni", jakby to była magiczna data ważności wydrukowana na stopie dziecka. W naszym przypadku było to bliżej 16. tygodnia. I zazwyczaj nie kończy się to z dnia na dzień. Po prostu budzisz się w któryś czwartek i dociera do ciebie, że wczoraj krzyczały tylko przez dwadzieścia minut zamiast trzech godzin.

Czy to naprawdę w porządku po prostu pozwolić im płakać i wyjść?
Jeśli jesteś na skraju wytrzymałości, to tak. Zdecydowanie tak. Zarówno mój lekarz rodzinny, jak i pielęgniarka środowiskowa byli w tej kwestii niezwykle zgodni: dziecko płaczące samo w bezpiecznym łóżeczku przez dziesięć minut, podczas gdy ty się uspokajasz, jest nieskończenie bezpieczniejsze niż dziecko trzymane przez rodzica, który jest na krawędzi całkowitego załamania psychicznego. Idź zrobić herbatę. Umyj twarz. Kiedy wrócisz, nadal tam będą i nic im nie będzie.

Czy generatory białego szumu naprawdę imitują odgłosy z łona matki?
Nie mam pojęcia, jak brzmi wnętrze macicy, ale odpalenie urządzenia, które wyrzucało z siebie dźwięk przemysłowego wentylatora prosto do dziecięcego pokoju, z pewnością pomogło zagłuszyć najostrzejsze tony ich płaczu – i ocaliło moje zdrowie psychiczne. Sztuczka polega na tym, że trzeba ustawić to dość głośno — macica jest podobno bardzo hałaśliwym miejscem, bliższym w brzmieniu rurze odkurzacza niż łagodnie szumiącemu strumykowi.