Droga Saro z zeszłego maja. Stoisz właśnie na błotnistym poboczu szlaku nad potokiem Wissahickon, balansując na kolanie w legginsach do jogi letnim kubkiem termicznym Yeti z czarną kawą, całkowicie sparaliżowana. Leo wskazuje swoim brudnym, czteroletnim palcem na stworzenie wielkości pięciozłotówki, które wygląda, jakby wylazło prosto z Parku Jurajskiego. Syczy. Dosłownie syczy. Na moje dziecko.

Zaraz podejmiesz serię dość wątpliwych decyzji w związku z tym małym, wściekłym żółwikiem jaszczurowatym, więc piszę do ciebie z przyszłości, żeby powiedzieć: na litość boską, odstaw tę kawę i chwyć swoje dziecko za ręce.

Bo powiedzmy sobie szczerze, nikt nas do tego nie szkoli, prawda? Czytasz te wszystkie poradniki dla rodziców o regresie snu i przecierach z groszku, ale nikt w szpitalu nie wręcza ci instrukcji obsługi z dopiskiem: „Hej, tak przy okazji, za cztery lata w pewien wtorkowy poranek twój syn spróbuje zaprzyjaźnić się z wysoce agresywnym, kolczastym noworodkiem żółwia jaszczurowatego”.

W każdym razie, sęk w tym, że przetrwałam to wielkie starcie na szlaku zeszłej wiosny. Jeśli więc właśnie wpatrujesz się w maleńkiego, prehistorycznie wyglądającego potwora z kałuży, a twoje dziecko pyta, czy może z nim spać w łóżku, to musimy porozmawiać.

Ten raz, kiedy zatrzymaliśmy ruch rowerowy dla stworzenia wielkości krakersa

Więc byliśmy tam. Ja, Leo, Dave (który kompletnie nieobecny sprawdzał swoje statystyki w lidze fantasy baseballu) i moja siostra, która dołączyła do nas, pchając w wózku swoje sześciomiesięczne dziecko. To był jeden z tych dziwnie rześkich wiosennych poranków, kiedy nie wiesz, czy założyć zimową kurtkę, czy koszulkę na ramiączkach.

Leo miał na sobie swój Dziecięcy Sweterek z Bawełny Organicznej z Długim Rękawem i Golfem w kolorze bladego turkusu. Tak przy okazji, mam absolutną obsesję na punkcie tego swetra. Kupiłam rozmiar większy, więc nosi go od kiedy skończył trzy lata, i cudem przetrwał on już dwie eksplozje kartoników z sokiem i bardzo agresywne spotkanie z krzakiem jeżyn. To moja absolutnie ulubiona rzecz w jego szafie, bo dekolt jest na tyle luźny, że nie krzyczy, kiedy przeciągam mu go przez jego wielką głowę, a organiczna bawełna faktycznie oddycha, więc nie pocił się jak szalony, kiedy w końcu wyszło słońce. No i wygląda w nim po prostu absurdalnie uroczo.

Więc Leo, w swoim nieskazitelnym turkusowym sweterku, nagle pada na kolana na środku żwirowej ścieżki rowerowej.

„MAMO. DINOZAUR”.

Patrzę w dół, i oto jest. Maleńki, pokryty błotem żółwik. Jego skorupa była postrzępiona, ogon dziwacznie długi — jakby znacznie dłuższy niż jego właściwe ciało — a do tego miał te maleńkie szczęki, które kłapały w powietrzu. Dave natychmiast podchodzi spacerkiem i rzuca: „O, super, mały żółw jaszczurowaty. Przesuńmy go”.

I wtedy dziecko mojej siostry wyrzuciło z wózka swój Gryzak dla Niemowląt Panda Silikonowo-Bambusowy, który wylądował prosto w błocie około pięciu centymetrów od syczącej mini-Godzilli. Szczerze mówiąc, ten gryzak jest po prostu okej. Maya miała coś podobnego lata temu i go uwielbiała, a ten teoretycznie jest super uroczy, ale z tej fakturowanej, bambusowej części strasznie ciężko zmyć brud ze szlaku. Spędziłam chyba z dziesięć minut polewając go wodą z bidonu, próbując wyszorować żwir z małych uszu pandy, podczas gdy Dave i Leo organizowali akcję ratunkową dzikiej przyrody. Ugh. W domu jest świetny, ale na zewnątrz? Nie bardzo.

W każdym razie Dave pochyla się, żeby złapać tego malucha za jego długi, kolczasty ogon, i przysięgam wam, jakiś facet na rowerze Trek prawie wjechał w drzewo, krzycząc do nas, żebyśmy przestali.

Okazuje się – i jestem niesamowicie wdzięczna Rowerzyście, że na nas nakrzyczał – że podnosząc je za ogon, można poważnie uszkodzić im kręgosłup. Znaczy, to ma sens, jak się nad tym zastanowić, ale Dave działał po prostu w oparciu o logikę dorastającego w latach 90. chłopaka. Powinno się zrobić taki dziwny chwyt „na kanapkę”, w którym palec wskazujący dajesz pod brzuch między tylnymi łapami, a kciuk na górną tylną część skorupy, trzymając palce tak daleko od tej rozciągliwej, małej szyjki-harmonijki, jak to tylko ludzko możliwe. Bo potrafią wyciągnąć szyję o wiele dalej do tyłu, niż myślisz, i pogryzą cię do krwi.

Więc zamiast panikować, podnosić go w zły sposób, biec z nim do najbliższego zbiornika wodnego i potencjalnie topić stworzenie lądowe, które po prostu próbowało przejść przez szlak, musisz po prostu chwycić go jak hamburgera i odłożyć na stronę drogi, w kierunku której szedł. Jeden płynny, przerażający ruch. Gotowe.

Dlaczego Dave ma całkowity zakaz planowania terrariów

Oczywiście, natychmiastową kolejną fazą tego koszmaru był wybuch gwałtownego, zwiastującego koniec świata płaczu Leo, ponieważ chciał zabrać „Kolca” do domu. A Dave, niech go Bóg błogosławi, Dave autentycznie spojrzał na mnie i powiedział: „W sumie moglibyśmy kupić terrarium”.

Why Dave is absolutely not allowed to make terrarium plans — Dear Past Me: Do Not Let Your Kid Touch That Tiny Wild Reptile

Prawie wepchnęłam go do potoku.

Byłam tak spanikowana, że dosłownie wysłałam zamazane zdjęcie tego małego bagiennego demona do naszego pediatry, doktora Arisa, który jest już pewnie potwornie zmęczony moimi histerycznymi wiadomościami. Napisałam coś w stylu: Hej, Leo dotknął błota obok tego czegoś, a Dave chce to umieścić w naszym pokoju gościnnym, co myślisz?

Doktor Aris do mnie zadzwonił. Nawet nie odpisał, po prostu zadzwonił. Powiedział, że pod żadnym, absolutnie żadnym pozorem nie wolno nam przynosić tego czegoś do domu, w którym są małe dzieci, głównie dlatego, że żółwie to w zasadzie chodzące szalki Petriego pełne Salmonelli.

W sumie gdzieś z tyłu głowy o tym wiedziałam? Ale doktor Aris wyjaśnił, że dzieci poniżej piątego roku życia mają te całkowicie bezużyteczne, wciąż rozwijające się układy odpornościowe i ciągle pchają ręce do buzi, więc trzymanie w domu dzikiego gada to w zasadzie jak pozwolenie dziecku na zabawę surowym kurczakiem. Powiedział, że służby sanitarno-epidemiologiczne stanowczo to odradzają. Dosłownie wyciągnęłam z torebki płyn do dezynfekcji i praktycznie wykąpałam w nim ręce Leo prosto na szlaku.

Jeśli jesteście na spacerze i wasze dziecko przypadkiem dotknie jednego z tych małych dzikich żółwi, musicie po prostu wyszorować mu ręce prawdziwym mydłem i ciepłą wodą w tej samej sekundzie, w której dotrzecie do umywalki, a w międzyczasie raczej nie pozwalajcie mu jeść przekąsek gołymi rękami.

Szukasz ulepszenia swojego sprzętu na wycieczki na łono natury? Sprawdź naszą kolekcję ekologicznych akcesoriów dla dzieci i ciesz się spokojem ducha na szlaku.

Stuletnie zobowiązanie, na które się nie pisałam

Nawet gdyby nie były pokryte bakteriami, trzymanie w domu jednego z tych stworzeń to czyste szaleństwo. Tego wieczoru, pijąc trzeci kieliszek wina, wpadłam w wielką internetową czarną dziurę i wyczytałam gdzieś, że te stworzenia mogą żyć, bagatela, 100 lat. Albo 50. Albo 80. Nauka wydawała się trochę nieprecyzyjna, jeśli chodzi o dokładne liczby w zależności od konkretnego gatunku, ale moje skromne zrozumienie tematu podpowiada mi, że te gady przeżywają w zasadzie wszystko inne.

The hundred year commitment I didn't sign up for — Dear Past Me: Do Not Let Your Kid Touch That Tiny Wild Reptile

Wyobraźcie sobie tłumaczenie swojemu trzydziestoletniemu synowi, że musi zabrać swojego żółwia z dzieciństwa do mikrokawalerki, bo wy właśnie zmieniacie dom na mniejsze mieszkanie. Nie, dziękuję.

Poza tym one nie pozostają wielkości krakersa. Wyrastają na kilkunastokilogramowe buldożery, które wymagają budowy na wymiar zewnętrznych oczek wodnych z systemami filtracji na poziomie przemysłowym, ponieważ podobno niesamowicie brudzą. I są samotnikami. Nienawidzą, gdy się na nie patrzy, nienawidzą bycia dotykanymi i nigdy nie odwzajemnią twojej miłości. To nie jest golden retriever. To żyjący wiecznie kamień z podłym charakterem.

Więc, dawna Saro, jeśli to czytasz: Bądź twarda. Niech Dave dąsa się o terrarium. Niech Leo płacze za Kolcem. Oszczędzasz sobie dekad targania mętnej, śmierdzącej wody z akwarium przez cały salon.

Jak teraz na poważnie podchodzimy do spacerów na łonie natury

Od czasu incydentu nad Wissahickon całkowicie zmieniłam nasz sposób spacerowania po łonie natury. Zdałam sobie sprawę, że jeśli Leo ma mieć obsesję na punkcie bagiennych części parku, muszę go odpowiednio wyposażyć, żeby nie kusiło go używanie rąk.

Kupiłam mu tanią, małą lornetkę i plastikową lupę. Teraz, kiedy widzimy w błocie coś dziwnego i łuskowatego, krzyczę: „Tryb Obserwacji!”, a on wyciąga swoją lornetkę. Patrzymy. Nie dotykamy. Rozmawiamy o tym, dokąd to zwierzę idzie, co może zjeść na śniadanie i dlaczego jego mama prawdopodobnie czeka na niego gdzieś w trzcinach.

I szczerze mówiąc, to działa. Dzieci chcą po prostu wchodzić w interakcje ze światem. Jeśli dasz im narzędzie, by spojrzały z bliska, nie będą czuły desperackiej potrzeby chwytania wszystkiego i wpychania tego do kieszeni.

Zazwyczaj.

W zeszłym tygodniu mieliśmy co prawda mały incydent z martwą cykadą, ale to już zupełnie inna historia i, szczerze mówiąc, mój terapeuta twierdzi, że robię ogromne postępy w leczeniu mojej fobii przed robalami.

Pamiętajcie tylko, że miejsce natury jest w naturze. Nawet jeśli chodzi o te maleńkie, urocze, wysoce agresywne stworzenia przypominające dinozaury. Pozwólcie im przejść przez ścieżkę rowerową. Omijajcie je szerokim łukiem. I zawsze bierzcie ze sobą dodatkową kawę, bo radzenie sobie z załamaniem nerwowym własnego dziecka, które nie dostało na własność bagiennego potwora, to wyczerpująca robota.

Przed kolejną rodzinną wędrówką upewnij się, że twoje maluchy są wygodnie ubrane i gotowe na warunki pogodowe. Przejrzyj nasze ekologiczne ubranka dla dzieci, aby znaleźć oddychające, trwałe warstwy, które poradzą sobie na świeżym powietrzu.

Niewygodne pytania, które prawdopodobnie teraz ci się nasuwają

Co, u licha, mam zrobić, jeśli moje dziecko już go podniosło?
Przede wszystkim oddychaj. Nie krzycz, bo możesz przestraszyć dziecko i upuści biedactwo na beton. Po prostu spokojnie powiedz mu, aby delikatnie odłożyło go na ziemię, w kierunku, w którym zmierzał. Następnie natychmiast wyciągnij mocne chusteczki lub płyn do dezynfekcji, a w pierwszej sekundzie po znalezieniu łazienki wyszoruj mu ręce mydłem i gorącą wodą, jakby przed chwilą asystowało przy operacji. Zanim to zrobisz, nie pozwól mu zbliżać palców do ust ani oczu.

Czy taki maluch naprawdę może ugryźć moje dziecko?
O tak, absolutnie. Mogą wyglądać na małe i trochę żałosne, ale to dosłownie drapieżniki z zasadzki. Mają dziwacznie długie, elastyczne szyje, którymi potrafią błyskawicznie chlasnąć na boki i do tyłu, a ich szczęki są niesamowicie ostre, nawet gdy są malutkie. Przy tych rozmiarach nie odgryzą ci palca, ale będzie bolało jak diabli i straumatyzuje wszystkich wokoło.

Czy powinnam włożyć go do najbliższego stawu, żeby nie wysechł?
Okej, też tak myślałam, ale najwyraźniej NIE. Często wykluwają się na lądzie i kierowane instynktem podążają do określonego źródła wody, którego potrzebują, albo są gatunkiem, który nie powinien od razu lądować w głębokiej wodzie. Jeśli wrzucisz takiego malucha do przypadkowego stawu dla kaczek, może zatonąć lub zostać zjedzony przez okonia. Po prostu przełóż go bezpiecznie przez asfalt w dokładnie tym samym kierunku, w którym celował jego mały nos.

Ale on jest taki mały, nie moglibyśmy po prostu trzymać go w plastikowym pojemniku przez kilka tygodni?
Proszę, posłuchaj mnie. Nie. Oprócz ogromnego ryzyka związanego z bakteriami, o którym marudziłam wcześniej, zabranie ich z naturalnego środowiska naprawdę zaburza ich instynkty przetrwania. Potrzebują odpowiedniej temperatury, konkretnego oświetlenia UV, aby ich skorupy nie stały się dziwne i miękkie, oraz bardzo specyficznej diety. Poza tym w wielu miejscach zabieranie dzikich zwierząt z ich naturalnego środowiska jest autentycznie nielegalne. Po prostu zróbcie zdjęcie i odejdźcie.