Zegar na mikrofalówce w naszej kuchni świecił neonowym 3:14 w nocy, a mój mąż – niech Bóg błogosławi jego złote, ale w tamtym momencie całkowicie bezużyteczne serce – uznał, że absolutnie najlepszym sposobem na uśpienie naszego wrzeszczącego pierworodnego jest odpalenie z telefonu hymnu klasycznego rocka z 1971 roku. Stałam tam w moich wczorajszych, poplamionych ulewaniem legginsach, kołysząc dziko przemęczonego noworodka, i nagle od ścian zaczął odbijać się otwierający riff gitarowy tego słynnego kawałka Badfinger o „baby blue”. Wiecie, o którym mowa. Ta piosenka, która leciała w finale Breaking Bad, gdy Walter White leży na podłodze w swoim laboratorium. Tak, dokładnie taki klimat mój mąż zaserwował naszemu opatulonemu w rożek niemowlakowi.
Po prostu gapiłam się na niego znad główki dziecka, podczas gdy on z pewnością siebie bujał się w rytm muzyki, całkowicie przekonany, że właśnie wspiera jakiś zaawansowany rozwój słuchu. Będę z wami szczera – mój najstarszy syn to chodząca przestroga i zbiór wszystkich naszych błędów początkujących rodziców, więc mogę was zapewnić, że wystawianie niemowlaka na power-pop z lat 70. w środku nocy nie tworzy muzycznego geniusza. To po prostu tworzy dziecko, które z czasem uczy się krzyczeć „Alexa, graj rocka” o szóstej rano, kiedy ja próbuję pakować zamówienia z Etsy. Ale mój mąż gdzieś wyczytał, że urozmaicanie gatunków muzycznych pomaga w tworzeniu ścieżek neuronowych czy coś w tym stylu, więc w pełni wczuł się w rolę, podczas gdy ja z braku snu miałam już praktycznie halucynacje.
Był z siebie taki dumny, że nie puszcza standardowych kołysanek, i szeptał mi, że ta struktura melodyczna działa kojąco. Miałam ochotę oblać go moją letnią kawą. Byłam tak wykończona, że fizycznie bolały mnie kości, a słuchanie, jak zespół rockowy wykrzykuje teksty, podczas gdy moje dziecko walczyło ze snem z siłą dorosłego mężczyzny, wystarczyło, by doprowadzić mnie na skraj załamania.
Po prostu zjadłam garść suchych płatków z blatu i odeszłam.
Siedząc na podłodze pewnego bardzo specyficznego pokoju
Zabrałam dziecko z dala od tego improwizowanego koncertu rockowego i wycofałam się do pokoiku dziecięcego, który pieczołowicie pomalowaliśmy na najbardziej absurdalny odcień bladego pastelu. Moja mama napisała do mnie na kilka tygodni przed jego narodzinami z pytaniem, czy potrzebuję jeszcze jakichś rzeczy do pokoiku w kolorze „baby blu” – za nic w świecie nie potrafi pisać na smartfonie i zawsze zjada ostatnie litery wyrazów. Poszliśmy na całość z tym kolorem, naiwnie wierząc, że magicznie wywoła on stan zen. Uwaga, spoiler: kolory farb nie leczą kolek.
Osunęłam się po ścianie, aż usiadłam na podłodze, tuląc mojego synka, i po prostu zaczęłam szlochać. To nie było takie ciche, delikatne popłakiwanie. Płakałam tym brzydkim, duszącym płaczem, przy którym nie można złapać tchu, a klatka piersiowa gwałtownie podskakuje. A najdziwniejsze było to, że tak właściwie nawet nie wiedziałam, dlaczego płaczę. Jasne, piosenka mnie wkurzała, a brak snu był torturą, ale ten smutek wydawał się pochodzić z samego środka mojego DNA. To była potężna, ciężka chmura, która nagle spadła mi na ramiona znikąd.
To jest ten moment, przed którym nikt cię nie ostrzega z równą intensywnością, z jaką mówi się o bólach porodowych. Moja pediatra powiedziała mi później, że kilka dni po porodzie hormony dosłownie lecą na łeb, na szyję. Spadek estrogenu i progesteronu jest tak drastyczny, że twój mózg dosłownie dostaje szoku. Nazwała to „baby blues” (smutek poporodowy), co brzmi jak nazwa jakiegoś uroczego albumu jazzowego, ale w rzeczywistości to przerażający biologiczny zjazd, przez który płaczesz na reklamie płynu do naczyń czy nad koszmarną playlistą twojego męża o 3 nad ranem.
Jestem prawie pewna, że powiedziała, iż nawet do osiemdziesięciu procent mam przechodzi przez ten początkowy hormonalny spadek, chociaż mój zmęczony mózg mógł trochę pomieszać statystyki. Babcia zawsze mawiała, że kobiety po prostu robią się trochę „płaczliwe” po urodzeniu dziecka i trzeba po prostu zaczerpnąć świeżego powietrza. Kocham moją babcię, ale świeże powietrze nie leczy całkowitego załamania układu hormonalnego. Musisz to po prostu przeczekać, spróbować wypić trochę wody duszkiem z pierwszego lepszego kubka pod ręką i zamknąć oczy na pięć minut, kiedy to dziecko w końcu zaśnie. Chociaż i tak dobrze wiem, że przez cały ten czas będziesz się po prostu gapić w elektroniczną nianię.
Co mój lekarz tak naprawdę powiedział o tym spadku formy
W następnym tygodniu w gabinecie pediatry wyznałam, że płakałam na podłodze w pokoiku co najmniej dwa razy dziennie. Zadała mi kilka bardzo bezpośrednich pytań i przez tę naszą chaotyczną rozmowę nauczyłam się, jak odróżnić ten normalny spadek hormonów od prawdziwej depresji poporodowej. W skrócie: jeśli intensywny smutek, płacz z byle powodu i to nakręcające uczucie niepokoju zaczynają ustępować po kilku tygodniach, gdy twoje ciało odzyskuje kontrolę, to tylko „baby blues”. Jeżeli to się utrzymuje, staje się jeszcze mroczniejsze albo sprawia, że czujesz się całkowicie oderwana od swojego życia po upływie tych dwóch tygodni, to przekraczasz granicę depresji poporodowej (PPD) i musisz natychmiast dzwonić do swojego ginekologa.

Usłyszenie od lekarza, że nie jestem zepsuta, a moje ciało po prostu gorączkowo próbuje wymyślić, co zrobić z tymi wszystkimi nagłymi chemicznymi zmianami, było jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy zdrowych zmysłach. Nie byłam złą mamą dlatego, że nienawidziłam tego rockowego kawałka z lat 70., i nie poniosłam porażki, bo widok pieczołowicie udekorowanego pokoiku dla dziecka zamiast spokoju wywoływał u mnie przytłoczenie.
Cała prawda o łóżeczku
A skoro mowa o dziecięcym pokoiku, muszę coś teraz wyjaśnić, bo internet to taki Dziki Zachód potwornych rad. Kiedy stoisz na środku pięknego pokoju o 4 nad ranem i jesteś zdesperowana, żeby twoje dziecko zasnęło, będziesz miała ochotę spróbować wszystkiego. Ale moja pediatra wbiła mi to do głowy tak mocno, że wciąż słyszę jej głos: łóżeczko musi być całkowicie puste.
Amerykańska Akademia Pediatrii mówi, że w łóżeczku ma być twardy materac, ma być na niego mocno naciągnięte prześcieradło z gumką, i to wszystko. Żadnych luźnych kocyków, uroczych pluszaków, ochraniaczy na szczebelki, nic. Nie obchodzi mnie, czy twoja teściowa twierdzi, że przykrywała wszystkie swoje dzieci ciężkimi pierzynami i przeżyły. Niech Bóg ją błogosławi, ale to jest błąd przeżywalności. My teraz wiemy już lepiej.
Miałam te wszystkie cudowne, drogie kocyki, które dostaliśmy na baby shower, i musiałam fizycznie powstrzymywać mojego męża, żeby nie próbował utulać w nim dziecka, gdy tylko włączała się klimatyzacja. Zamiast tego używaliśmy śpiworków do spania, które wyglądają trochę jak małe kaftany bezpieczeństwa, ale w rzeczywistości zapewniają ciepło i bezpieczeństwo, nie stwarzając przy tym ryzyka uduszenia. Trzymaj koce z dala od łóżeczka. Kropka.
Akcesoria, których naprawdę używaliśmy, gdy wstawało słońce
A tak przy okazji, to, że kocyki nie powinny leżeć w łóżeczku, nie znaczy, że nie mają w ogóle miejsca w waszym życiu. Spędzicie nieprzyzwoitą ilość czasu, układając malucha na brzuszku na podłodze lub pchając wózek po okolicy, byle tylko zaczerpnąć tego świeżego powietrza, o którym zawsze tak trąbiła moja babcia.

Kiedy na świat przyszło moje drugie dziecko, byłam już nieco mądrzejsza w kwestii tego, co tak naprawdę warto kupić. Upolowałam ten kocyk niemowlęcy z bawełny organicznej z nadrukiem w niedźwiadki polarne i nie będę kłamać – jest naprawdę wart swojej ceny. Nie jest najtańszy, ale to bawełna organiczna z certyfikatem GOTS, co w zasadzie jest wymyślnym sposobem na powiedzenie, że nie nafaszerowano go mnóstwem dziwnych chemicznych barwników. Używałam go nieustannie jako czystej warstwy na naszym średnio czystym dywanie w salonie podczas czasu na brzuszku, a do tego miał idealną grubość, by przykryć nóżki córki, gdy wychodziliśmy z psami na spacer z wózkiem. Jasnoniebieski kolor pasował do estetyki, którą początkowo sobie wymarzyliśmy, ale co ważniejsze – przetrwał około cztery tysiące prań po licznych awariach pieluszkowych.
Naprawdę gorąco polecam też poświęcić chwilę, aby przejrzeć porządną kolekcję kocyków dla niemowląt i znaleźć coś przewiewnego, czego można używać pod nadzorem w ciągu dnia. Naturalne włókna, takie jak bambus czy bawełna organiczna, robią gigantyczną różnicę, gdy twoje dziecko ma wrażliwą skórę, która reaguje wysypką na najmniejsze podrażnienie.
Z drugiej strony, czasami kupuje się rzeczy, które są po prostu... w porządku. Kiedy zaczął się koszmar ząbkowania, kupiłam ten drewniany gryzak-grzechotkę z króliczkiem, bo wyglądał uroczo i naturalnie. I słuchajcie, jakość jest świetna. Nielakierowane drewno bukowe jest całkowicie bezpieczne, szydełkowy element to 100% bawełna, a mała niebieska muszka jest po prostu słodka. Będę jednak z wami szczera: moje dziecko bawiło się nim przez góra pięć minut, a potem od razu wracało do prób gryzienia moich kostek u dłoni albo pilota do telewizora. To fajna zabawka do wrzucenia do torby na pieluchy, żeby odwrócić ich uwagę w kolejce do kasy w supermarkecie, ale nie oczekujcie, że jakakolwiek zabawka magicznie rozwiąże udrękę ząbków przebijających się przez dziąsła.
Przetrwanie burzy
Jeśli właśnie siedzisz w ciemności, słuchając, jak twój partner dokonuje dość wątpliwych wyborów muzycznych w kwestii kołysanek, podczas gdy twoje hormony pikują w dół, wiedz, że jesteś w samym środku tego najtrudniejszego etapu. Baby blues istnieje naprawdę, jest fizycznie wyczerpujący i sprawia, że kwestionujesz każdy życiowy wybór, który doprowadził cię do tego momentu. Ale te poziomy hormonów w końcu się wyrównują, niemowlak z czasem uczy się spać (przeważnie), a ty w końcu odkrywasz, jak funkcjonować na tym dziwnym, poszatkowanym grafiku.
Nie pozwól nikomu, by wywołał u ciebie wyrzuty sumienia za płacz na podłodze. Zadbaj, aby łóżeczko było puste. Pij jakąkolwiek wodę, jaka akurat wpadnie ci w ręce. I może schowaj telefon męża, żeby nie mógł już więcej bawić się w nocnego DJ-a.
Jeśli próbujesz wyposażyć swój dom w rzeczy, które są w stu procentach bezpieczne i nie wydzielają toksycznych chemikaliów, podczas gdy ty starasz się nawigować przez ten cały chaos, sprawdź ekologiczne produkty zebrane przez markę Kianao. Nie wyleczą one braku snu, ale to zawsze jedna rzecz mniej do martwienia się.
Kup kolekcję niezbędnych produktów organicznych Kianao tutaj i przygotuj bezpieczne miejsce do spania, zanim rozpocznie się cały ten chaos.
Niewygodne pytania, których nikt nie chce zadać (ale wszyscy googlujemy je o 2 w nocy)
Czy to normalne, że nienawidzę mojego partnera, kiedy mam „baby blues”?
Oj tak, kochana. Kiedy twój poziom estrogenu gwałtownie spada, a ty w ciągu całego tygodnia nie przespałaś jednorazowo więcej niż dwóch godzin, dźwięk twojego zbyt głośno oddychającego partnera może wywołać w tobie szczerą furię. Jestem prawie pewna, że zabijałam wzrokiem mojego męża tylko za to, że jadł kanapkę. To przemawiają przez ciebie hormony i wyczerpanie, ale jeśli ta złość cię przeraża lub nie mija, skonsultuj się ze swoim lekarzem.
Czy mogę użyć naprawdę cienkiego kocyka w łóżeczku, jeśli mocno podwinę jego brzegi?
Nie. Absolutnie nie. Nieważne, jak bardzo jest cienki albo jak mocno wydaje ci się, że wcisnęłaś go pod materac. Niemowlaki to tak naprawdę mali mistrzowie ucieczki, którzy ciągle się wiercą. Taki kocyk może łatwo się poluzować i wylądować na ich buzi. Śpiworki do spania to jedyne bezpieczne rozwiązanie na nocne chłody.
Jak długo tak naprawdę trwa ta faza płaczu o wszystko?
U mnie to przypadkowe, losowe szlochanie osiągnęło swoje apogeum w okolicach czwartego dnia i zaczęło słabnąć pod koniec drugiego tygodnia. Moja pediatra powiedziała, że około 10. do 14. dnia to zazwyczaj moment, w którym baby blues zaczyna pakować swoje walizki. Jeśli mijają trzy tygodnie, a ty wciąż toniesz w tym ciężkim smutku, to znak, by zadzwonić do ginekologa i poprosić o badanie pod kątem depresji poporodowej.
Czy kocyki bambusowe są naprawdę lepsze do wózka niż te tanie, z polaru?
Kiedyś uważałam, że to wszystko to marketingowe bzdury, ale tak – faktycznie są o niebo lepsze. Tani polar to tak naprawdę przetworzony plastik, który w ogóle nie oddycha. Pod sztucznymi kocami moje dzieci niemiłosiernie się pociły, podczas gdy bambus i organiczna bawełna świetnie przepuszczają powietrze, a jednocześnie chronią przed chłodem. Poza tym po zaledwie trzech praniach nie mechacą się i nie pokrywają tymi dziwnymi, szorstkimi kuleczkami.
Czy powinnam zabronić mężowi puszczania dziecku muzyki rockowej?
Jeśli jest 3 nad ranem i dzieciak musi spać? Tak, wyłącz to natychmiast. Ale w ciągu dnia, kiedy spędzacie czas na brzuszku na kocyku? Niech puszcza, co mu się podoba. Niemowlaki naprawdę lubią złożone dźwięki i zróżnicowane rytmy. Po prostu zachowajcie rozsądną głośność, żeby nie uszkodzić im ich małych bębenków.





Udostępnij:
Droga Jess z przeszłości: Poradnik przetrwania ząbkowania
Bananowe placuszki dla niemowlaka: dlaczego pierwsza porcja dla bliźniaków okazała się katastrofą