W dwunastym tygodniu ciąży moja teściowa osaczyła mnie przy czajniku, by z uporem maniaka przekonywać, że tylko silne, tradycyjne imiona, takie jak Artur czy Jerzy, są jedyną gwarancją uchronienia dziecka przed życiem pełnym drobnej przestępczości. Tymczasem mój lokalny barista z tatuażem na szyi, o ksywie „Kałuża”, podając mi flat white, wyszeptał, że duch dziecka zostanie złamany, jeśli nie nadamy mu imienia po jakimś ciele niebieskim. Na koniec nasz miejscowy proboszcz doradził po prostu, aby unikać wszystkiego, co rymuje się z funkcjami fizjologicznymi, co – szczerze mówiąc – wydawało się jedyną użyteczną radą z nich wszystkich.
Kiedy patrzysz w lufę nadciągającego rodzicielstwa, proces wyboru imienia przypomina znakowanie człowieka na całe życie – czym zresztą w istocie jest. Gdy tylko dowiedzieliśmy się, że moja żona jest w ciąży, jeszcze zanim technik USG mimochodem zrzucił bombę, że w środku jest dwójka dzieci i to w dodatku dziewczynki, ja już miałem założony arkusz kalkulacyjny. Jeśli właśnie teraz, o trzeciej nad ranem, ślęczysz nad telefonem, wpisując w wyszukiwarkę wyjątkowe imiona dla chłopców z nadzieją, że Google w cudowny sposób wypluje coś, co brzmi arystokratycznie, ale i blisko natury – doskonale znam twój ból.
Przypominam sobie, że czytałem gdzieś – prawdopodobnie na jakimś forum parentingowym między atakami agresywnego braku snu a próbami złożenia wózka, do których przydałby się dyplom inżyniera – że ponad jedna czwarta dzieci otrzymuje teraz imiona spoza pierwszej tysiączki najpopularniejszych. Wygląda na to, że współcześni rodzice są przerażeni erą imiennej konformizacji, kiedy to w jednej klasie mogło być pięciu Michałów i cały pluton Krzysztofów, walczących o dominację w piaskownicy.
Wszyscy desperacko szukamy imienia, które zapewni dziecku wyjątkową tożsamość, czegoś, co szepcze o dziedzictwie i naturze, ale jednocześnie nie krzyczy, że spędziliśmy stanowczo za dużo czasu na Pintereście.
Mój arkusz odrzuconych męskich tożsamości
Zanim na świecie pojawiły się bliźniaczki, a ja nagle zostałem wrzucony w świat różowych pajacyków w kwiatki i prób zaplatania mikroskopijnych włosów, byłem przekonany, że będę miał syna. Chciałem czegoś niezwykłego. Ale, żeby było jasne, nie zmyślonego. Nikt nie chce być facetem, który daje synowi na imię „Bxrton” przez „x”, tylko po to, by być oryginalnym na siłę. Szukałem złotego środka – czegoś rzadkiego, ale z głębokim znaczeniem.
Imiona inspirowane naturą i ziemią królowały na mojej liście, idealnie pasując do tej mglistej persony ekologicznego ojca jednoczącego się z planetą, którą to wykreowałem dla siebie, zanim prawdziwe rodzicielstwo brutalnie sprowadziło mnie na ziemię. Podobały mi się imiona takie jak Jarząb czy Sylas, a może nawet Głóg, choć moja żona delikatnie zasugerowała, że Głóg brzmi mniej jak twardy miłośnik survivalu, a bardziej jak kłujący krzew, który podrze ci spodnie podczas niedzielnego spaceru.
Potem flirtowałem z mitologią i starożytnością. Kasjan, Ewander, Ozjasz. Wyobrażałem sobie dziecko o imieniu Atlas, niosące ciężar tych wszystkich niewiarygodnie wysokich oczekiwań, jednak nasza położna środowiskowa tylko spojrzała na moją listę, westchnęła i mruknęła pod nosem, że bez względu na to, co wybierzemy, do drugiego dnia życia i tak wylądują całe umazane własnymi ulewaniami.
Dlaczego krzyczenie w parku zmienia wszystko
Najlepsza z porad, do której się nie zastosowałem – bo byłem zbyt zajęty analizowaniem sylab – to test placu zabaw. Musisz fizycznie pójść do lokalnego parku, stanąć przy huśtawkach i z całych sił wykrzyczeć rozważane imię. Wyobraź sobie, jak to zabrzmi, gdy twój maluch będzie właśnie aktywnie próbował skonsumować porzuconego niedopałka albo siłował się z gołębiem.

Wykrzyczenie „Ewander, natychmiast odłóż tę lisią kupę!” całkowicie zmienia oblicze tego imienia. Owszem, unikalne imię daje dziecku wyrazistą tożsamość i pozwala uniknąć pomyłek wśród rówieśników, ale naprawdę musisz być gotowy na wzięcie na klatę nieuniknionych błędów w jego wymowie. Mam kumpla, który dał synowi na imię Eirian – to piękne, historyczne imię, ale teraz chłopak spędza mniej więcej czterdzieści procent swojego świadomego życia na literowaniu go recepcjonistkom w przychodni.
Nie pomaga również fakt, że tuż po porodzie noworodki wcale nie wyglądają jak „Ewander” czy „Atlas”. Wyglądają raczej jak wściekłe, zgniecione ziemniaki. Próba przypisania majestatycznego, starożytnego miana stworzeniu, które obecnie posiada integralność strukturalną meduzy, wymaga ogromnego skoku wiary.
Proszę też, nie używaj nazwisk jako imion, to po prostu skrajnie przygnębiające i brzmi, jakbyś nazywał dziecko po jakimś dyrektorze regionalnym banku.
Absolutna tragedia nadmorskiego sklepu z pamiątkami
Jeśli zdecydujesz się na naprawdę wyjątkowe imię, jednocześnie skazujesz swoje dziecko na całe życie rozczarowań w turystycznych sklepach z pamiątkami. Kiedy twój mały Bodie czy Kael wpadnie do nadmorskiego kramu, szukając mini tablicy rejestracyjnej lub taniego plastikowego breloczka ze swoim imieniem, nie znajdzie tam niczego poza oceanem Oliwierów, Janów i Jakubów.

To właśnie w tym momencie nieuchronnie zaczynasz kupować specjalnie personalizowane gadżety, by zrekompensować fakt, że zwykły Empik nie uznaje istnienia twojego dziecka. Właściwie to świetna wymówka, by unikać plastikowego badziewia i kupować w to miejsce porządne, ekologiczne rzeczy.
A skoro mowa o rzeczach ekologicznych, i to wyłącznie dlatego, że nie mogę rozmawiać o dzieciach, nie wspominając o przerażających ilościach produkowanej przez nie śliny, z czasem musieliśmy mocno zainwestować w sprzęt na ząbkowanie. Kiedy dziewczynki skończyły pięć miesięcy, zmieniły się we wściekłe małe borsuki. Wytyczne medyczne mgliście sugerują, by dać im do gryzienia coś zimnego, co jest urocze w teorii – dopóki o czwartej nad ranem nie zaczynasz serwować syropu przeciwbólowego z miną zdesperowanego barmana.
Zaopatrzyliśmy się w Ręcznie Robiony Gryzak z Drewna i Silikonu, i nie przesadzam mówiąc, że uratował on te nędzne resztki mojego zdrowia psychicznego. Wygląda jak porządny przedmiot, a nie neonowy, plastikowy koszmar, łącząc w sobie surowe drewno bukowe z miłymi w dotyku silikonowymi koralikami. Dziewczynki uwielbiały te zróżnicowane tekstury, a ja cieszyłem się, że nie wręczam im czegoś, co powstało w kadzi z chemikaliami. Wydawał się po prostu solidny i bezpieczny, a przetarcie drewnianego kółka było o niebo łatwiejsze niż próby wydrapania zgniecionego banana ze szczelin tradycyjnych, plastikowych zabawek.
Z drugiej strony mieliśmy też Silikonowy Gryzak Ukojenie Dziąseł Wiewiórka. Szczerze mówiąc, jest zupełnie w porządku. W całości wykonano go z silikonu spożywczego i świetnie spełnia swoje zadanie, dając ulgę, gdy dziąsła szaleją. Ma jednak kształt jasnokolorowej, zielonej wiewiórki trzymającej żołędzia i uwierzcie, nie zliczę, ile razy stanąłem na tym cholernym żołędziu po ciemku. Na zęby działa świetnie, ale dla bosych stóp stanowi absolutne zagrożenie.
Jeśli i tak kupujesz już rzeczy na specjalne zamówienie dla swojego dziecka o unikalnym imieniu, warto poszukać sprzętu, który faktycznie posłuży na dłużej. Odkryj nasze ekologiczne wyprawki dla niemowląt – bo kiedy w środku nocy padasz z nóg, próbując uśpić małego Sylasa czy Ozjasza, sprzęt, który cię dodatkowo nie irytuje, urasta do rangi małego cudu.
Rzeczy, które chciałbym usłyszeć, zanim dotarł do nas akt urodzenia
Zanim podejmiesz ostateczną decyzję co do imienia, weź pod uwagę nieuniknione przezwisko. Wspaniałe, dostojne imię, takie jak Sebastian, brzmi niezwykle elegancko – do momentu, w którym wszyscy w przedszkolu nie uznają, że od teraz to po prostu „Seba” czy „Sebek”, czy ci się to podoba, czy nie. Nie da się kontrolować ekosystemu placu zabaw. Możesz nazwać dziecko Wolfgang, ale jeśli w zerówce zje dżdżownicę, będzie „Robakiem” aż do wyjazdu na studia.
Sprawdź też koniecznie inicjały. Znam faceta, który nazwał syna Kamil Adam Tomasz, zupełnie nieświadomy, że inicjały jego dziecka ułożą się w słowo K.A.T. Nie jest to może koniec świata, ale z pewnością dało się tego uniknąć. Lepiej nie wypisać przez przypadek czegoś tragicznego na wyszywanym monogramem kocyku z bawełny organicznej.
Łatwo dać się porwać romantyzmowi nadawania imienia dziecku. Patrzysz, jak śpią – przy tych rzadkich okazjach, kiedy faktycznie to robią – i chcesz, by ich imię odzwierciedlało wszystkie twoje nadzieje i marzenia związane z ich przyszłością. Ale pamiętaj, że wyrośnie z nich po prostu zwykły człowiek, który kiedyś będzie musiał złożyć wniosek o kredyt hipoteczny, ponarzekać na podatki i dowiedzieć się, jak odpowietrzyć kaloryfer.
Celuj więc w unikalność, ale postaraj się nie obciążać malucha niczym, co wymaga dołączonej broszury z instrukcją wymowy. Znajdź imię, które brzmi dobrze, gdy mówisz je cicho sam do siebie po ciemku, bo w tych ciemnościach przyjdzie ci je wymawiać nader często.
Zanim wpadniesz w kolejną króliczą norę na forum dyskusyjnym, czytając o starożytnych konwencjach nadawania imion, może lepiej po prostu skompletuj w tym czasie wyprawkę. Sprawdź nasze kocyki z bawełny organicznej i przygotuj się na niekończący się ślinotok.
Pytania, które zawsze dostaję w pubie
Czy moje dziecko będzie miało mi za złe, że nadałem mu bardzo rzadkie imię?
Szczerze mówiąc – loteria. Mogą spędzić swoje nastoletnie lata, przeklinając cię w duchu za każdym razem, gdy nauczyciel na zastępstwie kompletnie zmasakruje ich imię podczas sprawdzania obecności, albo mogą też w pełni pokochać swoją indywidualność i zbudować całą osobowość wokół faktu bycia jedynym „Kaspianem” w całym mieście. Nastolatkowie i tak niechybnie znajdą powód, by mieć do ciebie pretensje – zazwyczaj dlatego, że zbyt głośno oddychasz albo założyłeś nieodpowiednie buty do supermarketu – więc równie dobrze możesz po prostu wybrać to imię, które naprawdę ci się podoba.
Jak poradzić sobie z dziadkami, którzy szczerze nienawidzą wybranego przez nas imienia?
Moja strategia to agresywna uprzejmość połączona z wybiórczą głuchotą. Starsze pokolenia często uważają, że wszystko, co wybiega poza standardowe drzewo genealogiczne rodziny, to absolutny skandal. Kiedy moja teściowa oburzyła się na niektóre z naszych propozycji, tylko uśmiechnąłem się, pokiwałem głową i przypomniałem jej, że to my będziemy wycierać smółkę o 3 nad ranem, co daje nam jednostronną władzę wykonawczą nad procesem nadawania imion. Przejdzie im, gdy tylko maluch się do nich uśmiechnie.
Co jeśli unikalne imię, które wybiorę, w przyszłym roku stanie się niesamowicie popularne?
To wielka tragedia współczesnego rodzicielstwa. Spędzasz miesiące na odkopywaniu zapomnianej perełki z dawnych lat w stylu „Artur”, w przekonaniu, że jesteś niesamowicie sprytny, po czym idziesz na zajęcia muzyczne dla maluchów i zastajesz tam czterech innych Arturów, którzy właśnie gwałtownie potrząsają marakasami. Prawda jest taka, że trendy są całkowicie nieprzewidywalne. Jeśli imię nagle zyska na popularności, po prostu zaakceptuj, że ewidentnie wyznaczyłeś nowy trend i staraj się nie krzywić, gdy ktoś założy, że skopiowałeś jakiegoś influencera.
Czy istnieje różnica pomiędzy wyjątkowym imieniem a imieniem z celowymi błędami w pisowni?
Zdecydowanie, i chętnie zginę za to na barykadach. Jest ogromna różnica między znalezieniem rzadkiego, historycznego imienia, a wzięciem zupełnie normalnego i brutalnym urozmaiceniem go zbitką liter, byle tylko było inaczej. Zapisanie imienia „Jackson” jako „Jaxxsyn” nie czyni go wyjątkowym – to po prostu gwarantuje, że twoje dziecko przez kolejne osiemdziesiąt lat będzie musiało literować je przez telefon konsultantom z gazowni, po cichu knując twoją zgubę.
Czy powinienem przetestować imię dziecka na nieznajomych, zanim podejmę ostateczną decyzję?
Test z baristą to naprawdę genialny pomysł. Idź do głośnej kawiarni, zamów napój i podaj rozważane imię. Zobacz, jak zostanie zapisane na kubku, i posłuchaj, jak brzmi, gdy wykrzykują je przez syk ekspresu do kawy. Jeśli barista je krzyknie, a połowa kawiarni odwróci się z głęboko zdezorientowanym wyrazem twarzy, albo jeśli pisownia na kubku będzie przypominać diagnozę medyczną – być może warto poważnie przemyśleć swój wybór raz jeszcze.





Udostępnij:
Dlaczego film "Trzech mężczyzn i dziecko" okłamał nas w kwestii ojcostwa
Cała prawda o Baby Breeza (i dlaczego najadłam się strachu)