Była dokładnie 2:14 w nocy. Wiem to, bo jarzące się na czerwono cyfry taniego cyfrowego zegarka, przy którym tak upierał się mój mąż, wypalały mi dziurę w siatkówce. Maya miała cztery miesiące, krzyczała jak mała, pijana mlekiem banshee, a ja siedziałam na podłodze w poplamionych dresach z czasów studiów i próbowałam ogarnąć, gdzie podziały się jej nogi. Właśnie wyciągnęłam z kosza na pranie pajacyk Burt's Bees i próbując wcisnąć jej malutkie, wierzgające kończyny w materiał, zorientowałam się, że wygląda jak przebity balon. Nogawki tego ustrojstwa zwisały dobre piętnaście centymetrów za jej stopami. To przypominało śpiwór zaprojektowany dla golden retrievera.
Pamiętam, jak tak po prostu siedziałam w ciemności, pachnąc lekko skwaśniałym mlekiem i lawendowym balsamem, trzymając to niemożliwie długie ubranko i myśląc, że chyba tracę zmysły. Leo, który miał wtedy trzy lata, spał w pokoju obok, a ja byłam tak przerażona wizją obudzenia go, że pociłam się jak mysz. Mój mąż chrapał w sypialni, zupełnie nieświadomy tekstylnej wojny, która rozgrywała się w pokoju dziecięcym. To było moje wielkie wprowadzenie w realia ekologicznych ubranek dla niemowląt i szczerze mówiąc, to cud, że przetrwałam to bez wyrywania sobie wszystkich włosów z głowy.
Absolutne szaleństwo z rozmiarówką
Jeśli kiedykolwiek kupowaliście ubranka tej marki, doskonale wiecie, o czym mówię. Jeśli nie – pozwólcie, że was przygotuję. Ich rozmiarówka to jakieś kompletne nieporozumienie. Ubranka są wręcz agresywnie długie i słyną z tego. Żartowałam z dziewczynami z grupy dla mam, że do przymiarek muszą chyba zatrudniać małe żyrafy, bo nie ma mowy, żeby standardowe ludzkie niemowlę miało takie proporcje. Maya zawsze kręciła się wokół 50. centyla, jeśli chodzi o wzrost, ale ich pajacyk w rozmiarze 0-3 miesiące pasował na nią, aż do momentu, gdy praktycznie zaczęła jeść stałe pokarmy.
Mój mąż tak bardzo się frustrował, próbując ją w to ubrać. Podwijał te rękawki, jakby była jakimś małym detektywem z „Policjantów z Miami” z lat 80., mrucząc pod nosem, że nic w naszym domu nie ma już sensu. Ale tu pojawia się najdziwniejsza część tej historii – ja to w sumie uwielbiałam. Niemowlęta rosną tak cholernie szybko, że mrugniesz okiem, a one wyrastają z ubranek za kilkaset złotych. Perspektywa posiadania czegoś, co może nosić miesiącami, była dla mnie jak wygrana na loterii.
Ale ten zamek. O rany, musimy porozmawiać o zamku. Z jakiegoś powodu te pajacyki mają tylko jeden zamek błyskawiczny. Ktokolwiek wymyślił, że zmiana pieluchy w środku nocy powinna wymagać wystawiania całej gołej klatki piersiowej śpiącego niemowlaka na mroźne listopadowe powietrze, najwyraźniej nigdy nie miał do czynienia z kolkowym dzieckiem. Musisz je rozpiąć od samej szyi w dół i siłować się z ich małymi nóżkami, podczas gdy one wrzeszczą z powodu nagłego spadku temperatury. To czysta brutalność.
W ciągu dnia po prostu nie miałam siły walczyć z nadmiarem materiału i dramatem wokół zamka. Potrzebowałam ubrać ją w coś, co faktycznie na nią pasuje, by mogła ćwiczyć przewroty na brzuszek bez plątania się w metrach organicznej bawełny. I właśnie wtedy zaczęłam ubierać ją wyłącznie w Niemowlęce body bez rękawków z bawełny organicznej od Kianao. Składa się głównie z bawełny organicznej, ale ma w sobie odrobinę elastanu, co sprawia, że naprawdę daje się naciągnąć przez ich gigantyczne, chwiejne główki bez prowokowania totalnej histerii. Zakładki na ramionach świetnie się sprawdzają, a po dwóch godzinach noszenia materiał nie naciągał się i nie zwisał dziwnie w okolicy pieluszki. To po prostu normalny, funkcjonalny ciuszek dla malucha, który chce cały dzień wiercić się na macie edukacyjnej, nie wyglądając przy tym, jakby nosił za duże ciuchy po starszym rodzeństwie.
Wielkie nocne zapasy z prześcieradłem
Wracając do tej nocy, kiedy Maya miała cztery miesiące. Gdy w końcu udało mi się zapiąć ją w ten gigantyczny pajacyk dla żyraf, dotarło do mnie, że pieluszka przeciekła i prześcieradło w łóżeczku było zrujnowane. Idealnie. Po prostu fantastycznie.

Ściągnęłam mokre prześcieradło i chwyciłam z szafy czyste, uszyte z bawełny organicznej prześcieradło Burt's Bees. Jeśli myślicie, że ich ubranka są dziwne, poczekajcie, aż spróbujecie założyć ich prześcieradło na standardowy materacyk o trzeciej nad ranem. To trening całego ciała. Są tak niewiarygodnie obcisłe, że trzeba mieć kciuki ze stali, aby naciągnąć ostatni róg na materac. Pamiętam, jak klęczałam na podłodze, używając całego ciężaru mojego ciała, by wygiąć materac w kształt taco, tylko po to, by wsunąć gumkę na krawędź, przeklinając pod nosem każdego, kto kiedykolwiek pracował w przemyśle tekstylnym.
Serio poruszyłam ten temat na kolejnej wizycie kontrolnej u naszej lekarki, dr Gupty, bo byłam przekonana, że robię coś nie tak, albo przez przypadek kupiłam prześcieradła do kołyski. Dr Gupta tylko się zaśmiała i wyjaśniła, że to ekstremalne przyleganie to po prostu kwestia bezpieczeństwa. Z tego, co zdążyłam przyswoić w moim półprzytomnym z niewyspania mózgu, wytyczne Amerykańskiej Akademii Pediatrycznej (AAP) dotyczące bezpiecznego snu są niezwykle rygorystyczne i mówią o tym, że prześcieradła muszą być całkowicie naciągnięte na materac, by ryzyko zrolowania się materiału blisko twarzy dziecka było zerowe. Więc fakt, że pociłam się koszmarnie, próbując pościelić to łóżko, był właściwie ogromną zaletą, a nie błędem produkcyjnym. Dało mi to odrobinę spokoju, chociaż i tak bałam się zmiany pościeli bardziej niż czegokolwiek innego w moim życiu.
Jeśli jesteście na etapie urządzania pokoju dla dziecka w taki sposób, aby na wejściu nie chciało wam się płakać, musicie po prostu znaleźć złoty środek między restrykcyjnymi zasadami bezpieczeństwa a tym, co sprawia wam autentyczną radość. Bardzo polecam przeglądanie kolekcji ubranek z bawełny organicznej, które są nieco bardziej elastyczne, bo przecież nie dacie rady walczyć z każdym kawałkiem materiału we własnym domu. Na to zwyczajnie brakuje energii.
Walka z apokalipsą ślinotoku
Kiedy Maya skończyła pięć miesięcy, zaczęło się ząbkowanie, a całe moje życie zaczęło kręcić się wokół opanowywania płynów ustrojowych. Śliniła się tak bardzo, że nieustannie wyglądała jak mały, wściekły buldog. Jej broda była wiecznie mokra, co doprowadziło do okropnej, zaognionej, czerwonej wysypki, która rozprzestrzeniła się aż na szyję.

Moja mama wciąż powtarzała, żebym po prostu wysmarowała ją maścią Aquaphor, co robiłam przez jakiś czas, bo byłam zdesperowana. Ale naczytałam się w internecie wielu dziwnych rzeczy o wazelinie – może nie do końca ogarniam całą tę chemię, ale chodzi o to, że podobno wazelina tylko leży na skórze jak folia spożywcza, zamiast naprawdę pozwolić jej oddychać i się goić. Nie wiem, czy to jest w 100% poprawne z naukowego punktu widzenia, ale przeraziło mnie to na tyle, że zaczęłam szukać jakiejś alternatywy.
Skończyło się na tym, że kupiłam wielofunkcyjną maść gojącą Burt's Bees, głównie dlatego, że była dosłownie na wyciągnięcie ręki w pobliskim markecie, a ja byłam zbyt zmęczona, żeby iść do jakiegoś specjalistycznego sklepu. Zrobiona jest z oleju kokosowego i wosku pszczelego i, szczerze powiedziawszy, pachnie jak naprawdę droga, naturalna świeca. Jest niesamowicie gęsta, niemal jak pasta, ale rozpuszcza się na skórze pod wpływem wcierania. Zaczęłam nakładać ją na brodę i szyję Mayi przed każdą drzemką i myślę, że wosk pszczeli stworzył naturalną barierę, która oddzieliła ślinę od jej skóry, nie dusząc jej przy tym. To była jedyna rzecz, która naprawdę zlikwidowała to zaczerwienienie. Zresztą sama zaczęłam jej używać na moje spierzchnięte usta, bo właściwie czemu nie.
Jednak maść leczyła tylko objawy, prawda? Prawdziwym problemem było ząbkowanie. Maya chciała gryźć absolutnie wszystko – moje palce, pasy w foteliku samochodowym, ogon naszego psa. Kupiłam jej Silikonowy gryzak Panda od Kianao i to było, jakbym wręczyła jej Świętego Graala. Potrafiła siedzieć w swoim krzesełku do karmienia i agresywnie żuć małą łodygę bambusa, którą trzyma panda, przez pełne czterdzieści pięć minut. Uwielbiałam ten gryzak, bo to tylko jeden, lity kawałek silikonu spożywczego, więc nie ma w nim żadnych dziwnych zakamarków, w których mogłaby rozwijać się pleśń. A kiedy w końcu nieuchronnie zrzucała go na brudną kuchenną podłogę, mogłam go po prostu ze złością rzucić do zmywarki i mieć to z głowy. Przynosił jej dziąsłom taką ulgę, że ślinienie rzeczywiście trochę zwolniło tempo.
Zdesperowane zakupy o 4 nad ranem
Rodzicielstwo to w zasadzie seria faz, w których rzucasz pieniędzmi w problem, aż wszyscy przestaną płakać. Ale kupowanie wysokiej jakości ubranek z organicznej bawełny jest drogie, a ja zdecydowanie nie śpię na pieniądzach.
Istnieje ten specyficzny rodzaj desperacji, który uderzał we mnie około 4:17 rano. Leżałam przygwożdżona pod śpiącym niemowlakiem, który obudziłby się w sekundę, gdybym spróbowała przenieść go do łóżeczka, bateria w moim telefonie oscylowała wokół 9%, a ja scrollowałam internet, kupując rzeczy, których prawdopodobnie wcale nie potrzebowaliśmy. Dosłownie wklepywałam kciukiem kod rabatowy do Burt's Bees Baby, wstrzymując oddech i modląc się, by odjął jakieś dwadzieścia dolarów z mojego koszyka, żebym mogła usprawiedliwić zakup piżamek na wyprzedaży poza sezonem, z myślą o przyszłej zimie.
Zresztą tak samo skończyłam z wieloma naszymi zabawkami. To były takie przypadkowe, wrzucone z braku snu do koszyka rzeczy. Jak na przykład Zestaw miękkich klocków dla dzieci. Kupiłam je, bo wyglądały uroczo, a w opisie pisało, że są zrobione z miękkiej gumy pozbawionej formaldehydu, co brzmiało świetnie. Szczera opinia? Są w porządku. Są wystarczająco miękkie, żeby nikt nie nabawił się wstrząsu mózgu, gdy Leo nieuchronnie zaczął używać ich jako pocisków rzucanych w siostrę. Ale przeważnie kończyły po prostu wkopane pod szafkę pod telewizorem, gdzie zbierały psią sierść. Unoszą się na wodzie w wannie, co jest całkiem fajne, ale nie powiedziałabym, że zmieniły moje życie. Oszczędzajcie pieniądze na rzeczy, które naprawdę rozwiązują problem, takie jak pajacyki, które w końcu pasują, czy gryzaki, które uciszają krzyk.
Prawda jest taka, że połowa rzeczy, które kupicie dla swoich dzieciaków, będzie was irytować, a druga połowa w niewytłumaczalny sposób uratuje wasze zdrowie psychiczne. Musicie po prostu odkryć, co działa w przypadku dziwacznego kształtu ciała waszego własnego malucha i waszej tolerancji na nocne walki z zamkiem błyskawicznym.
Jeśli tkwicie w tym po uszy i chcecie po prostu dziecięcych gadżetów, które faktycznie mają sens w życiu prawdziwych ludzi, rzućcie okiem na asortyment z organicznej bawełny i akcesoriów silikonowych od Kianao. To może uratować was przed załamaniem nerwowym o trzeciej w nocy.
Chaotyczne, szczere FAQ
Czy ubranka Burt's Bees mają być aż tak ogromne?
Tak, o mój Boże, tak. To nie tylko wasze wrażenie. Są absurdalnie długie. Jeśli macie dziecko z długimi nóżkami, to najlepsza rzecz na świecie, bo nie wyrośnie z pajacyków w trzy tygodnie. Ale jeśli wasz maluch jest z tych drobniejszych, koniecznie bierzcie mniejszy rozmiar, inaczej będzie wyglądał, jakby tonął w kałuży materiału. Ja po prostu nauczyłam się podwijać rękawy i akceptować ten chaos.
Dlaczego tak niemożliwe jest założenie ich prześcieradeł na materac?
Podobno ze względów bezpieczeństwa. Moja lekarka powiedziała mi, że wytyczne AAP wymagają, aby prześcieradła do łóżeczek były niesamowicie ciasne, dzięki czemu nie mogą zsunąć się i stać się zagrożeniem podczas snu dziecka. Potrzeba prawdziwych mięśni, żeby naciągnąć je na materacyk, co jest okropne, gdy trzeba to zrobić w środku nocy, ale dzięki temu nie trzeba się martwić, że materiał zawinie się przy buzi malucha. Jakieś małe zwycięstwa.
Czy ich maść gojąca jest naprawdę lepsza od Aquaphoru?
W mojej mało naukowej, ale bardzo osobistej opinii – tak. Aquaphor to w zasadzie po prostu wazelina, która w moim odczuciu tylko leżała na wysypce Mayi, przez co robiła się śliska i oślizgła. Maść od Burt's Bees zawiera wosk pszczeli i olej kokosowy i czuć, że naprawdę wnika w skórę i leczy ją, a zarazem tworzy barierę przeciw wilgoci. Do tego nie zostawia tłustych plam na wszystkich moich koszulkach.
Czy silikon naprawdę pomaga przy ząbkowaniu bardziej niż inne rzeczy?
Słuchajcie, próbowałam drewnianych kółek, plastikowych kluczyków, tych dziwnych żelowych zabawek, które po włożeniu do zamrażarki robią się stanowczo za zimne. Silikon spożywczy to była jedyna rzecz, która u nas zadziałała. Jest na tyle miękki, że świetnie działa na obolałe dziąsła, a jednocześnie wystarczająco twardy, żeby zapewnić mocny nacisk. Ale przede wszystkim uwielbiam to, że można go po prostu wrzucić do zmywarki w celu dezynfekcji, bo jestem zdecydowanie zbyt zmęczona, żeby ręcznie myć gryzak.
Jak tak naprawdę udaje ci się pozwalać sobie na ubranka z bawełny organicznej?
Poluję na wyprzedaże, jakby to był sport olimpijski. Nigdy nic nie kupiłam w pełnej cenie. Potrafiłam przeczesywać internet w poszukiwaniu kodów rabatowych o 3 nad ranem i kupowałam wszystkie rzeczy z bawełny organicznej na wyprzedażach na koniec sezonu. Kupowanie bezpośrednio na stronie marki zazwyczaj popłaca bardziej niż wielkie sklepy sieciowe, po prostu kupujesz rozmiar większe na następny rok i chowasz na dno szafy, aż dziecko do nich dorośnie.





Udostępnij:
Jak przetrwać fazę na bajki u malucha i nie zwariować
Prawdy o macierzyństwie: o co naprawdę chodzi w "Brooklyn Baby" Lany Del Rey