Siedzę właśnie na lodowatych, sześciokątnych płytkach w naszej łazience na dole. Jest 2:14 w nocy. W domu panuje absolutna cisza, przerywana tylko cichym, miarowym chrapaniem Dave'a dobiegającym z elektronicznej niani i buczeniem lodówki. Mam na sobie tę szarą, za dużą koszulkę Fleetwood Mac z tajemniczą plamą po wybielaczu na brzegu, trzymam telefon dwa centymetry od twarzy i trzęsącym się kciukiem nerwowo odświeżam Google'a.

Właśnie zobaczyłam otwartą kartę w przeglądarce na iPadzie Dave'a. Było tam coś o grupie, w której wykryto sweet baby inc., a mój przeżarty poporodowymi hormonami mózg – bądźmy szczere, to nadal jest mózg poporodowy, mimo że Leo ma już cztery lata – od razu uznał, że to jakieś masowe, katastrofalne wycofanie produktów z rynku.

Dosłownie serce wali mi jak młot. Bo, kochana, byłam już w pełni gotowa wbiec do kuchni i wyrzucić do kosza absolutnie każdą organiczną tubkę owsianą, chrupki na ząbkowanie i śpiworek, jakie mieliśmy w domu. Naprawdę myślałam, że "sweet baby" to jakaś upiorna firma-krzak, która produkuje toksyczne mleko modyfikowane albo pomalowane ołowianą farbą łóżeczka, a my od lat nieświadomie to kupujemy.

Weź głęboki wdech. Wypij tę odstaną wodę ze szafki nocnej. Odłóż telefon.

To nie ma nic wspólnego z prawdziwymi dziećmi. Powtarzam: to nie jest wycofanie produktów.

O co więc, do diabła, chodzi z tym całym "sweet baby"?

Okej, więc kiedy już przestałam hiperwentylować na dywaniku łazienkowym, zmusiłam Dave'a, żeby się obudził i mi to wytłumaczył, podczas gdy ja agresywnie piłam wczorajszą zimną kawę z kubka z napisem "Mom Boss", noszonego teraz z pełną ironią.

Okazuje się, że Sweet Baby Inc. to studio doradztwa narracyjnego z siedzibą w Montrealu. Pracują wyłącznie w branży gier wideo. Wiecie, pomagają pisać scenariusze i wątki do wielkich gier, takich jak Spider-Man i cokolwiek tam jeszcze Dave odpala, kiedy mówi, że "musi się zrelaksować", a tak naprawdę krzyczy do nastolatków przez słuchawki. Ich głównym celem jest pomaganie studiom tworzącym gry w uczynieniu ich historii bardziej inkluzywnymi i różnorodnymi.

Brzmi super, prawda? Ale to jest internet. Więc naturalnie, bardzo głośna i bardzo wściekła część społeczności graczy uznała, że to najgorsza rzecz, jaka kiedykolwiek spotkała ludzkość. Stworzyli ogromną grupę na Steamie (to taki... sklep z aplikacjami dla gier na PC, chyba? Dave próbował mi wyjaśnić tę platformę, a moje oczy dosłownie zaszły mgłą), żeby śledzić każdą grę, której ta firma kiedykolwiek dotknęła. Ich jedynym celem jest wyłapanie, gdzie w napisach końcowych "wykryto sweet baby inc.", żeby móc zbojkotować grę za bycie zbyt "woke".

Poważnie? Kto nazywa firmę doradzającą w grach wideo tak, że brzmi to dokładnie jak butikowa linia organicznych kremów na odparzenia? Przysięgam na Boga, wiszą mi zwrot kosztów za wizytę u kardiologa przez ten mini zawał, który prawie miałam.

Tęsknię za czasami, gdy bezpieczeństwo oznaczało tylko brak ryzyka zadławienia

Siedząc tam i dochodząc do wniosku, że spanikowałam z powodu scenariusza do gry wideo, poczułam nagle obezwładniającą falę zmęczenia tym, jak wygląda teraz wychowywanie dzieci.

I miss when safety was just about choking hazards — Dear Me: Why "Sweet Baby Inc Detected" Isn't A Recall

Boże, pamiętacie, kiedy Leo był takim słodkim dzidziusiem? To znaczy, nadal jest słodki, kiedy śpi, ale w czasach, gdy fizyczne bezpieczeństwo było dosłownie moim jedynym zadaniem, wszystko było zupełnie inne. Nie musiałam martwić się o ideologiczny ściek w internecie. Musiałam po prostu upewnić się, że nie zadławi się zabłąkanym klockiem Lego, nie połknie baterii od zegarka i nie rzuci się głową w dół z tych dwóch malutkich schodków do naszego obniżonego salonu.

Używaliśmy wtedy bez przerwy tego Gryzaka Panda Kianao. Tego z silikonu spożywczego z małym bambusowym detalem. Szczerze mówiąc, ta rzecz uratowała resztki mojego zdrowia psychicznego podczas ząbkowania trzonowców. Wrzucałam go po prostu do lodówki obok mojej mrożonej kawy, a ponieważ był płaski i łatwy do chwycenia dla jego małych rączek chochlika, mógł trzymać go sam. Co oznaczało, że mogłam używać obu moich rąk przez jakieś dziesięć minut z rzędu. To było niebo. Dosłowny ratunek. Nie musiałam się martwić, jaką toksyczną retorykę panda chłonie w sieci, rozumiecie? To był po prostu silikon wolny od BPA.

A kiedy Maya była noworodkiem, po prostu leżała sobie na tym Organicznym Kocyku Dziecięcym w Jesienne Jeże. Co, swoją drogą – jest niesamowicie miękki, a organiczna bawełna była zbawieniem na jej etapy dziwnych, tajemniczych wysypek, ale mój Boże, kto kupuje jasnoniebieski i musztardowy kolor dla dziecka, które ciągle ulewa? Ten kocyk dosłownie non stop ląduje w praniu. Jest super, jeśli naprawdę zależy ci, by pokoik wyglądał nieskazitelnie, ale ona uwielbiała te małe mordki jeżyków, więc zacisnęłam zęby i znosiłam to ciągłe pranie.

Mogła po prostu leżeć pod swoim Drewnianym Stojakiem Edukacyjnym ze Zwierzątkami, gapiąc się na drewnianego słonia. Proste. W 100% naturalne drewno. Bezpieczne.

Ale teraz? Maya ma siedem lat. Gra w Robloxa, ogląda shortsy na YouTube, Dave gra w te wielkie gry na PC, a cyfrowy świat wdziera się do naszego domu.

Jeśli wciąż jesteście na tym pięknym, prostym etapie ząbkowania i leżenia na brzuszku, przejrzyjcie drewniane stojaki edukacyjne i po prostu cieszcie się tym, póki możecie. Bo te wszystkie cyfrowe rzeczy przerażają.

Kompletny śmietnik społeczności graczy online

Oto dlaczego to faktycznie ma znaczenie, nawet jeśli nie mówimy tu o fizycznym zwrocie wadliwych produktów. Cała ta krucjata przeciwko tej firmie to w zasadzie Gamergate 2.0.

Dorośli ludzie formują cyfrowe stada, żeby nękać scenarzystów i twórców gier – głównie kobiety i osoby z mniejszości – bo ci umieścili w grze wideo zróżnicowaną postać. Poziom toksyczności to jakieś szaleństwo. Ujawniają prywatne dane tych osób (tzw. doxxing), wysyłają groźby śmierci, organizują ogromne, skoordynowane kampanie cyberprzemocy. I wszystko to ubierają w szaty jakiejś sprawiedliwej wojny w "obronie" gamingu.

To jest bańka napędzająca radykalizację. A to, co mnie przeraża do szpiku kości, to fakt, że to wcale nie dzieje się w jakimś ciemnym, niedostępnym zakątku darknetu. To jest na Steamie. To jest na YouTube. To dzieje się na platformach, których nasze dzieci albo już używają, albo będą używać za pięć minut. Algorytm żywi się oburzeniem, więc podsuwa te agresywne, anty-inkluzywne filmy małym dzieciom, które po prostu szukają porad do Minecrafta. Widziałam to u Mayi kilka dni temu. Oglądała zupełnie niewinny filmik o robieniu brokatowego slime'a, a ponieważ autoodtwarzanie było włączone, trzy kliknięcia później algorytm zaserwował jej jakiegoś wściekłego nastolatka wrzeszczącego o tym, jak dziewczyny niszczą gry wideo. To jest podstępna, ukryta pułapka.

Zresztą, dosłownie ani trochę mnie nie obchodzi, czy nowa gra o superbohaterach ma w tle flagę Pride, albo czy jakaś postać ma trochę inną linię szczęki – a o to rzekomo najwięcej płaczą.

Co mój pediatra naprawdę powiedział o tych całych ekranach

Na bilansie czterolatka Leo w zeszłym miesiącu poruszyłam temat ekranów. Byliśmy w Gabinecie nr 3, tym z odklejającymi się naklejkami ściennymi z motywem podwodnym, a Leo akurat aktywnie próbował lizać małą, drewnianą przeplatankę w kącie, która na 100 procent jest pokryta wirusem grypy typu A. W zasadzie przyznałam się doktorowi Evansowi, że daję im iPada, kiedy muszę wziąć prysznic bez widowni, i zapytałam go, jak bardzo rujnuję ich mózgi.

What my pediatrician really said about all this screen crap — Dear Me: Why "Sweet Baby Inc Detected" Isn't A Recall

Powiedział mi coś, od czego aż ścisnął mi się żołądek. Tłumaczył, jak pętle dopaminowe w grach i społecznościach online są strukturalnie podobne do mechanizmów uzależnienia od hazardu? Albo może powiedział, że algorytmy szybciej podsuwają rozwijającym się mózgom skrajnie emocjonalne treści, ponieważ ich płat czołowy nie potrafi ich jeszcze odpowiednio filtrować? Sama nie wiem, głównie wstrzymywałam oddech, próbując powstrzymać Leo przed zrywaniem szeleszczącego papieru ze stołu do badań.

Ale sens jego wypowiedzi był taki, że my jako rodzice mamy obsesję na punkcie limitów czasowych – na zasadzie "tylko 30 minut z iPadem dziennie!" – podczas gdy powinniśmy naprawdę mieć obsesję na punkcie tego, do jakich społeczności dołączają nasze dzieci. Toksyczna socjalizacja jest dla nich gorsza niż samo światło ekranu.

Jak więc radzimy sobie z tym cyfrowym bałaganem

Słuchajcie, nie mam na to wszystko gotowych rozwiązań. W większość wtorków ledwo ogarniam zrobienie ciepłego obiadu. Ale po moim nocnym, łazienkowym objawieniu, Dave i ja musieliśmy wprowadzić w życie kilka radykalnych zmian. Staram się trzymać kilku zasad, żeby całkowicie nie zwariować:

  • Rozmawiamy o dziwnych rzeczach: Kiedy Maya wspomina o jakimś przypadkowym YouTuberze, o którym słyszała w szkole, już tylko nie przytakuję. Pytam ją, o czym był ten film. Próbuję słuchać bez tej mojej oceniającej miny, którą robię, kiedy zjada z podłogi rozsypane płatki.
  • Dave zabezpieczył Steama: Wszedł na swoje konto i włączył ograniczenia funkcji Widoku Rodzinnego, żeby dzieciaki nie mogły natknąć się na fora społecznościowe ani widzieć, co śledzą tak zwane "grupy kuratorów" – bo najwyraźniej nie można już ufać, że platforma gamingowa będzie sama się moderować.
  • Przestałam zakładać, że słowo "baby" zawsze oznacza dziecko: Poważnie, teraz sprawdzam absolutnie wszystko w Google, zanim wpadnę w panikę i wyrzucę połowę zawartości mojej spiżarni.

Więc w skrócie – jeśli czujecie, że oblewają was zimne poty z tego powodu, spróbujcie wziąć głęboki oddech. Porozmawiajcie ze starszymi dziećmi o tym, jakimi dziwnymi śmieciami karmi ich YouTube, i może ogarnijcie ustawienia rodzinne na współdzielonych urządzeniach, zanim wasze dzieci trafią do zradykalizowanej bańki informacyjnej.

Weźcie głęboki wdech, zamknijcie te dziwne karty w internecie i może chwyćcie za jakiś przytulny, organiczny kocyk dziecięcy, żeby schować się pod nim i zyskać pięć minut świętego spokoju.

Losowe pytania, które pewnie chodzą wam teraz po głowie

Czy muszę wyrzucić cokolwiek, co ma na sobie słowa "sweet baby"?

O Boże, nie. Błagam, nie róbcie tego. To też był mój pierwszy odruch. Zostawcie swój sos BBQ Sweet Baby Ray's, zostawcie ulubiony płyn do kąpieli, zostawcie cokolwiek, co macie. To jest dosłownie tylko nazwa korporacyjna jakiejś kanadyjskiej firmy piszącej scenariusze. Wasze prawdziwe, fizyczne produkty dla dzieci są w 100% bezpieczne.

Dlaczego gracze są o to tacy wściekli?

Bo zmiana jest przerażająca dla ludzi, którzy zrobili z hobby całą swoją osobowość? Szczerze mówiąc, nie do końca to rozumiem. Niektórzy gracze czują, że zewnętrzni konsultanci wciskają im na siłę różnorodność w grach. To gigantyczna, kulturowa wojna. Dave próbował mi tłumaczyć te niuanse przez dwadzieścia minut, podczas gdy ja robiłam makaron z serem, a mój jedyny wniosek po tym wszystkim był taki, że ludzie mają zdecydowanie za dużo wolnego czasu.

Czy Steam jest bezpieczny dla dzieci?

Cóż, zdefiniujcie słowo "bezpieczny". Jeśli odpalają tylko grę, którą już sobie kupili, to jasne. Ale funkcje społecznościowe na Steamie to w zasadzie coś w stylu Reddita. Są tam fora, recenzje i grupy, a wiele z nich to super toksyczne środowisko. Naprawdę musicie wejść w ustawienia i mocno ograniczyć to, co mogą zobaczyć, jeśli korzystają z tego samego komputera w domu. Nigdy nie dawajcie im po prostu laptopa do rąk, idąc wstawiać pranie.

Jak mam rozmawiać z moim nastolatkiem, jeśli ogląda takie rzeczy?

Bardzo niezdarnie. Musicie liczyć się z trudnymi rozmowami. Tylko nie wpadajcie z furią, krzycząc, że mają wyprane mózgi. Zapytajcie ich, jakich twórców lubią, a jeśli wspomną o grach politycznie poprawnych lub "woke", po prostu zapytajcie, co to dla nich właściwie oznacza. Mam wrażenie, że w minucie, gdy zaczynamy im prawić kazania, dzieciaki całkowicie się zamykają. Musicie po prostu jakby zostawić uchylone drzwi, nawet jeśli wszystko, co mówią, brzmi, jakby było żywcem skopiowane i wklejone z jakiegoś dziwnego serwera na Discordzie.