Siedziałam w najbardziej niewygodnej pozycji na tym koszmarnym, obitym plastikiem szpitalnym materacu, mając na sobie siateczkowe majtki, które, przysięgam, zaprojektowano jako średniowieczne narzędzie tortur, i sącząc letnią ciecz, którą bufet odważnie nazywał kawą, kiedy moja teściowa zrujnowała mi poranek. Maya miała może z dwanaście godzin. Szpitalne dokumenty do aktu urodzenia leżały dosłownie na moim kolanie, tuż obok tego małego plastikowego łóżeczka, w którym spała. Nagle mój telefon zawibrował – przyszła wiadomość z linkiem od mamy Dave'a: „Top 10 najpopularniejszych imion w tym roku”.

Zgadnijcie, co dumnie prężyło się na czwartym miejscu.

Po prostu zaczęłam płakać. Ale nie tak delikatnie, jedną łzą. To był pełnoobjawowy, napędzany burzą hormonów, hiperwentylacyjny szloch pod tytułem „moje życie się skończyło”. Przerażała mnie popularność imion. Miałam głęboką alergię na myśl, że moje dziecko do końca życia będzie „Mayą M.”, bo sama w szkole byłam „Sarah B.” i doprowadzało mnie to do szału. Chciałam, żeby miała swoją własną tożsamość. Chciałam, żeby się wyróżniała. A teraz, według tej agresywnie punktualnej wiadomości od teściowej, w zasadzie wręczałam jej mundurek absolutnej przeciętności.

Szczerze mówiąc, w tamtym momencie byłam już totalnie przytłoczona, bo skóra Mai była podrażniona od tych szorstkich, przesadnie wybielanych szpitalnych kocyków. Na szczęście spakowałam do torby to niemowlęce body bez rękawów z bawełny organicznej od Kianao – to absolutnie moja ulubiona rzecz na świecie, bo w 95% składa się z organicznej bawełny i dosłownie uratowało jej wrażliwą skórę noworodka przed staniem się czerwoną i zaognioną. Pamiętam, jak siłowałam się, żeby zapiąć je przez jej malutką, chwiejącą się główkę, przeżywając jednocześnie pełnowymiarowy kryzys egzystencjalny o to, czy będzie jedną z pięciu May w swojej grupie w przedszkolu. Krótko mówiąc: wpadałam w czarną rozpacz.

Mój mąż, który podchodzi do kryzysów emocjonalnych jak do zgłoszeń w dziale IT, delikatnie zdjął dokumenty z mojego kolana i spróbował wyciągnąć mnie z tego poporodowego załamania za pomocą logiki.

Matematyka wszystko psuje, ale czasem też pomaga

Dave jest inżynierem, co jest super, gdy zepsuje się zmywarka, ale staje się istnym piekłem, gdy próbujesz podjąć emocjonalną, całkowicie subiektywną decyzję dotyczącą tożsamości drugiego człowieka. Wyciągnął swojego laptopa prosto na sali poporodowej. Serio, wszedł do bazy danych urzędu statystycznego, który najwyraźniej śledzi, jak nazywamy nasze dzieci już od lat 80. XIX wieku, i dosłownie stworzył arkusz kalkulacyjny.

Powiedział: „Sarah, spójrz na rzeczywiste liczby”. Wyjaśnił, że to, że imię jest „popularne” dzisiaj, nie oznacza tego samego, co w latach dziewięćdziesiątych, kiedy dorastaliśmy. Wtedy rodzice po prostu chcieli, żeby ich dzieci wtopiły się w tłum, więc po ulicach chodziły dosłownie miliony Jessik i Michaelów. Każda klasa wyglądała tak samo.

Ale dzisiaj kultura nadawania imion się rozwarstwiła. Rodzice chcą, by ich dzieci były wyjątkowe, więc używa się o wiele szerszej gamy imion. Dave wskazał palcem na komórkę na swoim świecącym ekranie i powiedział, że mimo iż wybrane przez nas imię znajduje się w pierwszej dziesiątce, to i tak nosi je mniej niż jeden procent wszystkich dzieci urodzonych w tamtym roku. Przynajmniej wydaje mi się, że tak powiedział, bo dla mojego pozbawionego snu mózgu matematyka to praktycznie język obcy, ale muszę przyznać, że poczułam się minimalnie lepiej.

To zabawne, bo kiedy trzy lata wcześniej byłam w ciąży z Leo, kupiliśmy tęczowy stojak edukacyjny z zabawkowymi zwierzątkami, żeby postawić go w kącie naszego maleńkiego salonu. Jest szczerze przepiękny. Naturalne drewno wygląda wspaniale, a Leo praktycznie zamieszkał pod tym małym wiszącym słonikiem, uderzając go rączkami godzinami. Naturalne, ziemiste kolory sprawiały, że mój salon nie wyglądał, jakby eksplodowała w nim fabryka plastiku. Ale uwaga – drewniane nóżki w kształcie litery A wystają na tyle, że Dave w ciemnościach, trzymając kubek z herbatą, potknął się o nie co najmniej trzy razy, więc zdecydowanie warto wsunąć go gdzieś w kąt. Mieliśmy przygotowaną całą tę piękną, starannie zaaranżowaną, ekologiczną przestrzeń dla Leo, a jego imię wybraliśmy, bo wydawało się „klasyczne, ale rzadkie”.

Przewińmy dwa lata do przodu, na lokalny plac zabaw. Krzyknęłam: „Leo!”, żeby powstrzymać go przed zjedzeniem garści wiórów drzewnych, i odwróciła się CZWÓRKA dzieci. Czwórka.

Zrozumiałam wtedy, że gonitwa za unikalnością to gra z góry skazana na porażkę. Kończysz, wybierając te same „wyjątkowe” imiona w stylu retro, co każdy inny milenijny rodzic w twoim kodzie pocztowym.

Jeśli jesteś w ciąży i właśnie wpadasz w spiralę paniki, zrób sobie przysługę i zamiast przeglądać fora o imionach, zobacz nasze organiczne ubranka dla niemowląt. Obiecuję, że to znacznie mniej stresujące.

Na litość boską, po prostu zapiszcie to normalnie

Problem z próbą przechytrzenia list najpopularniejszych imion polega na tym, że ludzie wpadają w panikę, a potem stają się kreatywni. A przez „kreatywni” mam na myśli to, że uznają, że „Jackson” jest zbyt pospolite, więc zapisują je jako „Jaxsyn”.

Please just spell it normally for the love of god — The Real Reason I Cried About My Baby's Name at the Hospital

Moja terapeutka powiedziała mi kiedyś, że połowa naszej pracy jako rodziców to po prostu usuwanie niepotrzebnych trudności z życia naszych dzieci. Pewnie trochę źle to zrozumiałam, ale i tak stosuję tę zasadę przy wyborze imienia. Jeśli zmieniasz pisownię idealnie dobrego imienia tylko po to, żeby inaczej wyglądało na ogłoszeniu o narodzinach, skazujesz swoje dziecko na osiemdziesiąt lat dyktowania go literując baristom, kasjerom w banku i farmaceutom.

Jeśli nastolatek pracujący w okienku drive-thru w kawiarni o 6 rano nie jest w stanie go wymówić, to mamy problem. DOSŁOWNIE tego nie znoszę. Wiem o tym, bo moja przyjaciółka nazwała swoje dziecko czymś z dwoma „Y” i niemym „X”, i za każdym razem, kiedy idziemy razem na kawę, patrzenie, jak próbuje to wytłumaczyć osobie za ladą, to dziesięciominutowa udręka, która sprawia, że mam ochotę zapaść się pod ziemię. Dziwna pisownia nie zmienia popularności imienia – po prostu czyni je niezrozumiałym.

Jakiś artykuł, który czytałam o 3 nad ranem, kazał mi również wziąć pod uwagę „Test CV” i to, jak imię będzie wyglądać w podaniu o pracę w korporacji. Od razu to odrzuciłam, bo kto w ogóle wie, czy za trzydzieści lat będą jeszcze istniały CV albo biura – pewnie wszyscy będziemy pracować w jakimś metawersum czy czymś podobnym.

Później, kiedy Leo przechodził przez najgorszą fazę ząbkowania, ktoś podarował mu grzechotkę-gryzak z misiem. Jest urocza. Naprawdę w porządku. Drewniany gryzak zdecydowanie się przydał, kiedy wyrzynały mu się te okropne górne jedynki, ale szczerze mówiąc, najbardziej podobało mu się wymachiwanie nią za szydełkową głowę misia i rzucanie prosto w naszego biednego kota. Za to wyglądała fantastycznie na półce w jego pokoiku, tuż obok drewnianych klocków z literkami jego imienia. Klocków, które na szczęście miały na sobie zupełnie normalną, tradycyjną pisownię.

Trzymaj język za zębami, dopóki dziecko nie znajdzie się dosłownie poza twoim ciałem

Jeśli czegoś naprawdę nauczyłam się po całym tym szpitalnym załamaniu z Mayą, to tego, że nieproszone opinie od rodziny to absolutnie najgorsza rzecz dla zdrowia psychicznego. „Żal po wyborze imienia” to prawdziwe, udokumentowane zjawisko, i prawie zawsze wynika z tego, że ktoś rzucił pasywno-agresywnym komentarzem na temat twojego wyboru.

Zip your lips until the baby is literally out of your body — The Real Reason I Cried About My Baby's Name at the Hospital

Kiedy byłam w ciąży z Leo, powiedzieliśmy wszystkim o imieniu w Święto Dziękczynienia. Wielki błąd. Ogromny. Moja ciotka natychmiast zmarszczyła nos i powiedziała, że brzmi jak imię starego włoskiego wujka, z którym spotykała się w latach siedemdziesiątych. Całkowicie zrujnowało mi to to imię na jakiś miesiąc. Przy Mai trzymaliśmy usta zamknięte na kłódkę. Powiedzieliśmy wszystkim, że przed podjęciem decyzji czekamy, aż ją poznamy – co było kłamstwem, ale chroniło mój spokój.

Bo oto cała magia: kiedy imię jest już połączone z mięciutką, oddychającą, prawdziwą buzią malucha, krewni są znacznie mniej skłonni je krytykować. Nawet moja teściowa, ta od tego przeklętego SMS-a, w końcu wzięła Mayę na ręce, spojrzała na jej małą, pomarszczoną buzię i westchnęła: „Z niej to naprawdę piękna mała Maya”.

To tak, jakby ludzie fizycznie nie potrafili obrazić imienia, kiedy dziecko jest tuż przed nimi.

Ostatecznie wypełniliśmy ten dokument. Wytarłam twarz szorstkim szpitalnym ręcznikiem papierowym, wypiłam resztę tej okropnej, zimnej kawy, a Dave podał podkładkę z papierami pielęgniarce. Daliśmy jej na imię Maya. Owszem, może w drugiej klasie będzie musiała używać pierwszej litery nazwiska. Owszem, to imię jest niesamowicie popularne. Ale idealnie do niej pasuje, a mówiąc szczerze, nie miałam już w mózgu wystarczającej liczby szarych komórek, żeby wymyślić choćby jedną nową sylabę.

W każdym razie, jeśli będziesz mnie szukać, będę tutaj dolewać sobie kawy i próbować przypomnieć sobie, jaki dziś dzień. Zanim przejdziemy do tych kłopotliwych pytań, które pewnie potajemnie wygooglujesz w środku nocy, weź głęboki oddech. Radzisz sobie świetnie, i jakkolwiek nazwiesz swoje dziecko, wszystko z nim będzie w porządku.

Kłopotliwe pytania o wybór imienia dla dziecka

Skąd mam wiedzieć, czy imię nie jest zbyt popularne?

Szczerze? Nigdy tego nie wiesz. I nie ma to aż takiego znaczenia, jak ci się wydaje. Możesz pójść sprawdzić rządowe listy popularności imion, jeśli chcesz się torturować, ale bycie w top 10 oznacza tylko tyle, że ludzie to imię lubią. Jeśli kochasz jakieś imię, po prostu je wybierz. Próba odgadnięcia, co będzie popularne za pięć lat, jest i tak z góry skazana na porażkę. Myśleliśmy, że jesteśmy tacy sprytni z Leo, a potem bum – połowa placu zabaw dzieli z nim imię. Z tym po prostu nie wygrasz, więc wybierz to, co daje wam radość.

Czy powinnam się przejmować, jeśli rodzina nienawidzi naszego wyboru?

Absolutnie nie. O Boże, nie. Twoja teściowa miała swoją szansę na nadanie imion własnym dzieciom. To jest twoje dziecko. Moja terapeutka słusznie zauważyła, że jeśli zaczniesz ulegać presji rodziny w tak osobistej kwestii jak imię dla malucha, ustanawiasz koszmarny precedens dla stawiania granic przez następne osiemnaście lat. Uśmiechaj się, przytakuj i podpisz akt urodzenia dokładnie tak, jak chcesz.

Czy to okej, żeby zmienić imię dziecka już po narodzinach?

Jasne! Znam mamę, która zmieniła imię swojemu dziecku w wieku sześciu miesięcy, bo „po prostu nie wyglądał na Henry'ego”. Zależnie od tego, gdzie mieszkasz, wiąże się to z trochę irytującą papierologią i drobną opłatą, ale to jak najbardziej do zrobienia. Jeśli wrócisz do domu i poczujesz, że imię po prostu nie leży ci na języku – zmień je. To twoje dziecko. Ludzie będą trochę zdezorientowani przez dokładnie jeden tydzień, a potem o tym zapomną.

Jak wypracować kompromis z partnerem przy wyborze imienia?

My dosłownie użyliśmy systemu turniejowego na tablicy w naszej kuchni. Dave wypisał swoje nudne, tradycyjne typy, ja rzuciłam moje trochę bardziej alternatywne, inspirowane naturą pomysły i eliminowaliśmy je jeden po drugim. Możecie też skorzystać z tych aplikacji, w których oboje przesuwacie imiona w lewo lub w prawo, a program pokazuje wam, w czym się zgadzacie. Pamiętaj tylko, że ktokolwiek wypycha z siebie dziecko, ma prawo weta. Taka jest zasada. Ja ich nie wymyślam, ja tylko je egzekwuję.

Czy drugie imię tak naprawdę ma znaczenie?

Tylko wtedy, gdy dziecko narozrabiało, a ty krzyczysz na cały dom, używając jego pełnych personaliów. Szczerze mówiąc, drugie imię to idealne miejsce na to dziwne, wyjątkowe imię, które kochasz, ale za bardzo się boisz użyć jako pierwszego, albo po to, by uhonorować członka rodziny, którego pierwsze imię jest, prawdę mówiąc, okropne. W prawdziwym życiu i tak nikt nie używa drugiego imienia, chyba że akurat wypełnia wniosek o kredyt hipoteczny.