Była 3:14 w nocy. Blask mojego MacBooka oświetlał w połowie zjedzone owsiane ciastko, spoczywające niebezpiecznie blisko ogromnego brzucha mojej żony, która była w trzecim trymestrze ciąży. Tkwiliśmy w środku zaciętej, prowadzonej szeptem kłótni o to, czy „Lyra” nie brzmi zbyt pretensjonalnie, i czy „Zefira” kojarzy się bardziej z uroczym leśnym duszkiem, czy może z lekiem na alergię bez recepty. Znalezienie tej jednej, idealnej etykietki dla małego człowieka to psychologiczny koszmar, ale ponieważ wszechświat ma dość specyficzne poczucie humoru, my spodziewaliśmy się bliźniaków. Dwie dziewczynki. Dwie odrębne tożsamości, które musiały do siebie pasować, gdy będziemy je wykrzykiwać na zatłoczonym parkingu pod Biedronką, a jednocześnie być na tyle indywidualne, by za dwadzieścia lat na kozetce u terapeuty nie skończyły jako „Bliźniaczka A” i „Bliźniaczka B”.
Presja związana z wyborem niesamowitego imienia dla dziewczynki, którego nie nosi jeszcze nikt w waszym kodzie pocztowym, to bardzo specyficzny, nowoczesny rodzaj tortury. Chcesz, by się wyróżniały, by były odważne i niezależne, ale nie chcesz też, by ich przyszłe CV wyglądało jak literówka. Jakoś wmówiliśmy sobie, że jeśli będziemy wpatrywać się w arkusz Excela wystarczająco długo, idealna, nieodkryta kombinacja sylab magicznie objawi się między kolumnami odrzuconych imion po prababciach a rozpaczliwie modnymi nazwami botanicznymi.
Wielka katastrofa podmiany samogłosek
Spędziłem trzy bite, bezsenne godziny w ciemnościach, próbując przekonać moją ciężarną żonę, że zastąpienie litery „j” w zupełnie normalnym imieniu literą „y” nie tworzy nowego dźwięku, a jedynie sprawia wrażenie, że oblałeś maturę z polskiego. To absolutna pułapka współczesnej kultury nadawania imion i prawie mnie to złamało. Wchodzisz na te wszystkie fora, gdzie ludzie z dumą ogłaszają, że nazywają swoje dziecko „Madelynn” albo „Ameelyah”, jakby właśnie złamali kod Enigmy, całkowicie ignorując fakt, że gdy przedszkolanka będzie sprawdzać obecność, zabrzmi to dokładnie tak samo, jak w przypadku czworga innych dzieci w sali. Możesz dorzucić do słowa tyle cichych spółgłosek, ile chcesz, ale struny głosowe mają w nosie twoją kreatywną ortografię.
Według pewnej ekspertki od językoznawstwa, którą znalazłem głęboko w odmętach Reddita o 4 nad ranem (chyba miała na imię Laura, choć mój mózg przypominał już wtedy owsiankę), prawdziwa rzadkość wynika z rytmu i struktury dźwięku, a nie z wrzucenia „x” w środek imienia Zosia. Chodzi o to, jak słowo odbija się od języka, o jego kadencję, o to, jak odmawia wtopienia się w morze miękkich, pełnych samogłosek szeptów, które obecnie dominują na listach 100 najpopularniejszych imion.
Popadłem w całkowitą obsesję na punkcie tej fonetycznej unikalności, odrzucając wszystko, co kończyło się dźwiękiem „i”, bo wydawało się zbyt bierne. Agresywnie lobbowałem za twardymi spółgłoskami w stylu rzymskich cesarzy, na co moja żona słusznie zauważyła, że brzmimy, jakbyśmy hodowali gladiatorów, a nie niemowlęta.
Jakiś rządowy arkusz danych najwyraźniej ukrywa każde imię nadane mniej niż pięciu niemowlętom rocznie, co przypuszczam, że jest ciekawe, jeśli próbujesz nazwać swoje dziecko na cześć lokalnego zjawiska pogodowego.
Kawiarniany test, który prawie nas zniszczył
Nasza położna z NFZ, przerażająco kompetentna kobieta imieniem Bożena, która zdawała się być całkowicie odporna na nasze milenialne neurozy, wspomniała od niechcenia, że cokolwiek wybierzemy, będziemy to wypowiadać jakieś czterdzieści tysięcy razy dziennie przez następną dekadę. To niedoskonałe matematyczne olśnienie skłoniło mnie do opracowania wysoce nienaukowego procesu weryfikacji. Zamiast tworzyć ogromną listę zasad dotyczących inicjałów i korporacyjnego brandingu, po prostu spróbuj wykrzyczeć potencjalne imię córki przez zatłoczony pokój, trzymając w ręku brudną pieluchę, i sprawdź, czy czujesz się przy tym jak kompletny idiota.

Poszedłem o krok dalej i przetestowałem naszą ostateczną listę w lokalnej kawiarni Costa, co było prawdopodobnie najniższym punktem mojej przed-ojcowskiej godności. Podchodziłem do kasy, zamawiałem żałosne bezkofeinowe flat white i podawałem bariście jedną z naszych starannie wyselekcjonowanych, „wyjątkowych” opcji do zapisania na kubku.
- Ortograficzna katastrofa: Zaproponowałem imię „Aurelia”, czując się z siebie dość dumny, tylko po to, by otrzymać kubek z napisem „Alergia”. Natychmiast skreśliłem je z listy, umierając nieco w środku.
- Katastrofa z monogramem: Przez chwilę uwielbialiśmy imiona „Fiona Athena”, dopóki nie zapisałem ich obok naszego nazwiska (Taylor) i nie dotarło do mnie, że dosłownie stemplujemy nasze dziecko inicjałami F.A.T. (z ang. gruby).
- Test historycznego złoczyńcy: Zdziwilibyście się, jak wiele pięknych, melodyjnych imion jest na zawsze zrujnowanych, ponieważ dzielą wyniki wyszukiwania w Google z XIX-wiecznym trucicielem lub wyjątkowo nieodpowiednim forum internetowym.
To wyczerpujące. Próbujesz pogodzić tę desperacką chęć indywidualności z przytłaczającą świadomością, że pewnego dnia będą musiały ubiegać się o kredyt hipoteczny.
Eko-wojownicy i mityczne bóstwa
W ósmym miesiącu zauważyliśmy pewne trendy wśród naszych równie wyczerpanych znajomych. Wszyscy desperacko próbują być oryginalni na dokładnie cztery te same sposoby. Mamy powrót stylu „grandmillennial”, gdzie ludzie odkurzają imiona, które nie ujrzały światła dziennego od czasów przedwojennych – znam trójkę różnych dzieci poniżej pierwszego roku życia o imionach Stefania, Agata i Wiesia, co sprawia, że zajęcia sensoryczne brzmią jak kolejka na poczcie w 1954 roku.
Jest też ziemska, eko-świadoma brygada. Ponieważ żyjemy w epoce, w której nasza planeta się topi, rodzice mocno skłaniają się ku motywom botanicznym i czerpiącym z natury, całkowicie omijając „Różę” i „Stokrotkę” na rzecz „Jałowca” i „Elowen”. Moja żona uwielbiała tę kategorię, głównie dlatego, że pasowała do jej estetyki, w której nasze dzieci miały wyglądać tak, jakby organicznie wykiełkowały na dziale warzywnym luksusowych delikatesów.
Jeśli wy również tkwicie głęboko w rodzicielskich okopach i musicie kupić rzeczy, które naprawdę odzwierciedlają wasz nieco szalony, proekologiczny klimat, poświęćcie chwilę na przejrzenie naszej kolekcji ekologicznych niezbędników dla dzieci.
Kiedy nadajesz swojemu malutkiemu niemowlęciu hiper-rzadkie imię, skazujesz się na całe życie zamówień niestandardowych. Nigdy, przenigdy nie znajdziesz mini-rejestracji do wózka ani gotowego kubka w sklepie z pamiątkami z napisem „Zefira”. Wcześnie zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli mamy zamiar tak cackać się z ich imionami, musimy równie celowo dobierać rzeczy, którymi będziemy je otaczać.
Żucie drewna i poprawianie obcych
Rzeczywistość nadania dziecku rzadkiego imienia jest taka, że spędzasz około 40% swojego dorosłego życia na literowaniu go paniom w rejestracji przychodni. Podczas tych niekończących się biurokratycznych wymian zdań, potrzebujesz, by twoje dziecko było cicho. Naszym absolutnym wybawieniem okazał się Ręcznie robiony gryzak z drewna i silikonu. Nie jestem do końca pewien, jaki rodzaj czarnej magii został wpleciony w to surowe drewno bukowe, ale bliźniaczki żują te kółka, jakby były im winne pieniądze. Kiedy Bliźniaczce A wściekle wyrzynały się siekacze i krzyczała z częstotliwością, która mogłaby roztrzaskać szklanki do piwa, ten gryzak był jedyną rzeczą, która powstrzymywała ją przed gryzieniem bezpośrednio listew przypodłogowych. Silikonowe koraliki są idealnie miękkie, a ponieważ drewno jest naturalnie antybakteryjne, nie wpadam w aż taką panikę, gdy mała nieuchronnie upuszcza go na podłogę w poczekalni u pediatry.

Owijamy je w Kolorowy kocyk bambusowy w dinozaury, głównie dlatego, że jest wystarczająco miękki, bym mógł ocierać nim swoje łzy wyczerpania, a organiczny bambus sprawia, że czuję się moralnie lepszy od rodziców używających syntetycznego polaru. Genialnie kontroluje temperaturę, co jest kluczowe, bo nieustannie panikuję, że jest im za zimno albo za gorąco, a nadruk w dinozaury jest dziwnie uroczy, nie będąc przy tym jaskrawym.
Mamy również Drewniany stojak edukacyjny, który pięknie wygląda w rogu salonu, choć jestem prawie pewien, że Bliźniaczka B traktuje wiszącego drewnianego słonia jako osobistą zniewagę i agresywnie go kopie, gdy jej się nudzi.
Ostateczny werdykt w sprawie imienia dla dziewczynki
Ostatecznie stanęło na dwóch imionach, które brzmią jak prawdziwe ludzkie słowa, ale są na tyle rzadkie, że dziewczynki nie będą dzieliły ich z trojgiem innych dzieci w grupie przedszkolnej. Nie powiem wam jakie to imiona, głównie dlatego, że panicznie boję się, że mi je ukradniecie, a włożyłem zbyt wiele energii emocjonalnej w ten arkusz kalkulacyjny, żeby oddać te skarby za darmo.
Prawda o szukaniu unikalnych imion dla córek jest jednak taka, że to nie imię czyni dziecko interesującym. To dziecko nadaje imieniu charakter. Upaprzą to starannie wyselekcjonowane, skrupulatnie przebadane imię marchewkowym purée, będą je wykrzykiwać do rodzeństwa z powodu skradzionego kawałka plastiku i ostatecznie uczynią je całkowicie swoim własnym. Musicie tylko najpierw przetrwać fazę wpatrywania się w arkusze kalkulacyjne o 3 nad ranem.
Zanim całkowicie stracicie zmysły, wpatrując się w kolejną internetową listę mitycznych bogiń, zgarnijcie coś naprawdę przydatnego do przetrwania fazy noworodkowej od Kianao.
Pytania, które często zadaję sobie w ciemnościach
Czy powinienem pozwolić dalszej rodzinie głosować na wybrane imiona?
Absolutnie nie, chyba że bardzo zależy ci na tym, by teściowa przez najbliższe pół roku przy niedzielnym obiedzie prowadziła kampanię na rzecz „Grażyny”. Pilnujcie tej listy lepiej niż państwowych tajemnic. Jeśli powiesz ludziom przed porodem, poczują się upoważnieni do wygłaszania swoich niefiltrowanych, okropnych opinii. Jeśli powiesz im po narodzinach, z prawnego punktu widzenia po prostu muszą udawać, że im się podoba.
A co jeśli ktoś ze szkoły rodzenia ukradnie mój ulubiony wariant?
Wtedy kisisz w sobie złość do końca życia, ale po cichu i z uśmiechem, jak na kulturalnego człowieka przystało. Szczerze mówiąc, nie możesz zastrzec praw autorskich do ciągu liter. Jeśli ci to ukradną, po prostu przerzucasz się na opcję zapasową albo akceptujesz chaos i pozwalasz dzieciom stoczyć walkę o dominację, gdy będą w wieku poniemowlęcym.
Czy drugie imię naprawdę ma znaczenie?
Tylko wtedy, gdy porysują ściany markerem i musisz użyć pełnej godności z aktu urodzenia, żeby zasiać strach w ich małych sercach. Poza tym to po prostu zrzutowisko dla imion rodzinnych, z powodu których czułeś się winny, że nie użyłeś ich jako pierwszego imienia.
Skąd mam wiedzieć, czy wybrałem coś zbyt dziwnego?
Jeśli łapiesz się na tym, że gorączkowo zapisujesz inicjały, zamawiając flat white, tylko po to, by sprawdzić, czy barista się nie zaśmieje, prawdopodobnie dotarłeś do granic rozsądku. Jeśli autokorekta w twoim telefonie stanowczo odmawia jego zaakceptowania po trzech próbach, być może szykujesz swojemu dziecku całe życie cyfrowej frustracji.





Udostępnij:
Jak wychować bystre dziecko bez ulegania szalonym trendom
Kiedy Twój maluch zamienia się w małą Godzillę i demoluje dom