Jest dokładnie 10:14 we wtorek, a ja jestem wciśnięta między zardzewiałe ogrodzenie z siatki a dwulatka, który aż wibruje od tej dzikiej energii, która zazwyczaj poprzedza wizytę na ostrym dyżurze. Mój czteroletni syn, Leo, gwałtownie szarpie bramką wybiegu, krzycząc „KONIK! KONIK!” na zwierzę, które absolutnie nie jest koniem. Trzymam w połowie puste, mrożone latte z mlekiem owsianym, które agresywnie spływa mi po nadgarstku i kapie na moje ulubione dżinsy, które i tak mają już na kolanie tajemniczą, zaschniętą plamę po śniadaniu.
Patrzę na to zwierzę. Ma wielkie uszy. Jest bardzo małe. I z nagłym ukłuciem głębokiego poczucia macierzyńskiej niekompetencji uświadamiam sobie, że to mały osiołek.
I uświadamiam sobie, że nie wiem dosłownie nic o zwierzętach gospodarskich.
Zanim miałam dzieci, snułam te całkowicie oderwane od rzeczywistości fantazje o tym, jak będzie wyglądać macierzyństwo. Myślałam, że będziemy tą rodziną. Wiecie, o kogo chodzi. Rodzice ubrań w pasujące do siebie lniane stroje, którzy w weekendy zabierają swoje idealnie grzeczne, anielskie dzieci do lokalnego sanktuarium dla zwierząt, by obcować z naturą. Naprawdę wierzyłam, że pokazywanie dzieciom zwierząt będzie spokojnym, relaksującym doświadczeniem – że będą delikatnie głaskać owieczkę, podczas gdy popołudniowe słońce będzie pięknie przebijać się przez kurz w stodole. Myślałam, że będę klęczeć obok nich, szepcząc edukacyjne ciekawostki o rolnictwie.
Zamiast tego, w rzeczywistości po prostu gorączkowo próbuję oderwać brudne paluszki Leo od automatu z karmą dla kóz, podczas gdy moja siedmioletnia córka, Maya, głośno narzeka, że wszędzie na zewnątrz śmierdzi kupą. Sielankowa wizyta na farmie, którą sobie wyobrażałam, to tak naprawdę tor przeszkód pełen zwierzęcych odchodów, agresywnych kogutów i mojej własnej, narastającej paniki przed bakteriami.
Próba ustalenia, jak nazywa się mały osioł, w strugach potu
Więc Leo krzyczy o „koniku”, a ja próbuję wykorzystać to jako moment edukacyjny, bo czytałam gdzieś, że wiek od dwóch do czterech lat jest kluczowy dla nauki o zwierzętach i budowania słownictwa. Wyciągam więc telefon wolną ręką – tą, która nie jest akurat oblana mlekiem owsianym – i gorączkowo wpisuję w Google: jak nazywa się mały osioł.
Bo zdałam sobie sprawę, że nie mam zielonego pojęcia. Szczeniak? Nie. Cielę? To krowa. Koźlę? To koza – co wiem tylko dlatego, że mój mąż, Dave, trzy lata temu rzucił na ten temat okropnym tatarskim żartem i przypomina go sobie za każdym razem, gdy widzimy kozę.
I powiem wam, że terminologia jest tu agresywnie skomplikowana. Według internetu, który przeglądam, podczas gdy Leo próbuje wsadzić głowę przez szczeliny w płocie, mały osioł to źrebię. Ale zaraz, jeśli to chłopak, to ogierek, a jeśli dziewczynka, to klaczka. Mama to oślica, a tata to osioł. Ale serio, dlaczego? Dlaczego jedno zwierzę gospodarskie potrzebuje pięciu różnych nazw w zależności od wieku i płci? Ledwo pamiętam imiona innych mam z przedszkola. Jadę na czterech godzinach snu i resztkach paluszków rybnych. Nie można ode mnie oczekiwać, że spojrzę na małe szare zwierzątko, natychmiast określę jego płeć i poprawnie nazwę je ogierkiem.
W każdym razie, kucnęłam – zbliżając moją kurtkę niebezpiecznie blisko sterty tajemniczych brązowych kulek – i powiedziałam: „Właściwie, kochanie, to jest źrebak!”. A Leo po prostu spojrzał na mnie, jakbym postradała zmysły, krzyknął „KONIK!” jeszcze głośniej i spróbował nakarmić go pogniecionym paragonem, który znalazł w mojej kieszeni.
Dygresja o kroplach z witaminami, bo mój mózg jest zepsuty
Najzabawniejsze w tym gorączkowym googlowaniu przy płocie było to, że kiedy wpisałam w telefonie „baby d” (szukając małego osła), autouzupełnianie od razu wyrzuciło „krople z witaminą D dla dzieci”.

Miałam natychmiastowy, głęboki powrót do przeszłości, kiedy Leo był noworodkiem. Mój pediatra, doktor Evans, który jest uroczy, ale zawsze patrzy na mnie, jakbym miała za chwilę spontanicznie spłonąć, powiedział mi, że muszę codziennie podawać Leo krople z witaminą D, ponieważ karmiłam piersią. Pamiętam, jak stałam w kuchni o 3 nad ranem, szlochając, bo nie mogłam sobie przypomnieć, czy podałam mu rano jego „witaminę D”, wpatrując się w malutką szklaną buteleczkę jak w odbezpieczony granat. Przynajmniej dwa razy w tygodniu wpisywałam w wyszukiwarkę: „zapomniałam podać krople z witaminą d czy moje dziecko dostanie krzywicy”.
To po prostu niesamowite, jak zmieniają się rzeczy, z powodu których panikujemy. Trzy lata temu byłam przekonana, że go zawodzę, bo zapomniałam o kropli witaminy. Dziś jestem przekonana, że go zawodzę, bo nie znam różnicy między oślicą a osłem. Macierzyństwo to w zasadzie po prostu zamiana jednego bardzo konkretnego, całkowicie wyczerpującego powodu do niepokoju na inny.
Błagam, nie ufajcie płynom do dezynfekcji w mini zoo
Porozmawiajmy jednak o prawdziwym powodzie, dla którego nienawidzę mini zoo z możliwością głaskania zwierząt. Zarazki.
Kiedyś chyba myślałam, że takie miejsca są w miarę higieniczne? Sama nie wiem dlaczego. Dave zawsze powtarza, że przesadzam z zarazkami i że dzieci muszą zjeść trochę brudu, żeby zbudować swoją odporność. Ale Dave to też człowiek, który kiedyś pozwolił Leo polizać publiczną poręcz w centrum handlowym, więc jego opinia jest całkowicie nieważna.
Dr Evans powiedział mi na ostatniej wizycie kontrolnej Leo, że zwierzęta gospodarskie, zwłaszcza te urocze maluchy, jak nasz przyjaciel osiołek, mogą przenosić choroby odzwierzęce, takie jak E. coli i Salmonella. Najwyraźniej dzieci poniżej piątego roku życia są chodzącymi celami dla poważnych powikłań, ponieważ ich układy odpornościowe wciąż uczą się, jak działa świat. A najgorsze? Dr Evans uświadomił mi, że płyn do dezynfekcji rąk – ten sam, który zazwyczaj kupuję w galonach i smaruję nim dzieci jak kremem z filtrem – tak naprawdę nie zabija wszystkiego na farmie.
Wygląda na to, że niektóre zarodniki i brud z farmy po prostu śmieją się w twarz żelom antybakteryjnym.
Więc zamiast próbować spokojnie skierować dzieci do wyjścia, mając nadzieję, że nie dotkną swoich twarzy i modląc się o to, by wszystko było dobrze, musisz po prostu przerzucić je przez ramię i pomaszerować do najbliższej prawdziwej łazienki z bieżącą wodą. A tam szorować je prawdziwym mydłem, jakbyś przygotowywała się do operacji.
Aha, i podobno jeśli naprawdę posiadasz osła, a matka ma mało mleka po zjedzeniu trującej trawy, musisz wezwać weterynarza po receptę na domperidon, zamiast próbować domowych sposobów. Ale ponieważ mieszkamy w domku szeregowym, a najbliższą rzeczą przypominającą zwierzę hodowlane jest bardzo gruba wiewiórka na naszym patio, ten fakt dosłownie w ogóle mnie nie obchodzi.
Faza gryzienia na farmie
Absolutnie najgorszą rzeczą w zabieraniu malucha na farmę jest to, że jeśli ząbkuje, postrzega cały świat jako jeden wielki gryzak. Podczas tego konkretnego spotkania z osłem Leo ząbkował, wychodziły mu dwuletnie trzonowce i był całkowicie nieobliczalny.

Próbował obgryzać drewniany płot, paski od wózka i moje ramię. Dzięki Bogu, rano przeszukałam torbę i znalazłam nasz Silikonowo-bambusowy gryzak dla niemowląt Panda. Nie przesadzam, mówiąc, że ta mała silikonowa panda to moja ulubiona rzecz, jaką posiadam. Kocham ją bardziej niż niektórych członków mojej dalszej rodziny.
Przypięłam go do jego koszulki, co uratowało nam życie, ponieważ około dziesięć minut po incydencie z osiołkiem, upuścił go prosto w stertę błota. Ponieważ jest to po prostu jeden solidny kawałek silikonu spożywczego, bez dziwnych pustych przestrzeni, w których mogłaby ukryć się pleśń, mogłam po prostu pobiec do gospodarczego zlewu na farmie, wyszorować go mydłem i natychmiast oddać mu z powrotem. Teksturowane wypustki na z tyłu gryzaka naprawdę zdawały się odwracać jego uwagę od faktu, że nie pozwoliłam mu wczołgać się do zagrody dla kóz.
Jego strój jednak nie przetrwał tej wycieczki. Miał na sobie Niemowlęce body bez rękawów z bawełny organicznej od Kianao. I szczerze, to naprawdę świetne body. Jest super miękkie, organiczna bawełna nie podrażniała jego egzemy, a zatrzaski nie odpinały się, gdy wpadał w szał. Ale jestem totalną idiotką i ubrałam go w to białe. Białe. Na farmę. W ciągu dwunastu sekund od przyjazdu było całe w błocie, pyle z paszy dla zwierząt i czymś, co – modlę się o to – było tylko czekoladowymi lodami z budki z przekąskami. To świetna warstwa ubrań, ale zróbcie sobie przysługę i kupcie ciemniejsze kolory, jeśli wasze dziecko jest jak chaotyczna siła natury.
Zanim w końcu wyszliśmy, moja torba na pieluchy wyglądała jak strefa klęski żywiołowej. Jeśli kiedykolwiek chcieliście wiedzieć, jak wygląda zestaw przetrwania pokonanej matki, to składa się on z:
- Trzech pustych kartoników po sokach, z których lepki sok jabłkowy wyciekł prosto na mój portfel.
- Plastikowej torby zawierającej zniszczone białe body, szczelnie zamkniętej jak odpady niebezpieczne biologicznie.
- Połowy zmiażdżonego batonika musli, który Leo wręczył mi z żądaniem, abym go „bezpiecznie przechowała”.
- Silikonowego gryzaka w kształcie pandy, pokrytego kłaczkami.
- Absolutnego braku płynu do dezynfekcji rąk, ponieważ ze złością wycisnęłam całą butelkę, próbując wyczyścić koła wózka.
Jeśli szukasz sposobu na stworzenie bezpiecznej, czystej przestrzeni dla swojego dziecka, bez E. coli i wściekłych kogutów, możesz sprawdzić te piękne organiczne niezbędniki do pokoju dziecięcego, by zapewnić im świetną zabawę w domu.
Czy możemy wrócić do fazy stacjonarnego ziemniaczka?
Wracając do domu samochodem, z dwójką dzieci śpiących z tyłu i moją mrożoną kawą, która całkowicie się rozpuściła w smutną, wodnistą breję, poczułam dziwną falę nostalgii za czasami noworodkowymi.
Owszem, byłam wtedy wykończona i owszem, płakałam nad kroplami z witaminą D, ale przynajmniej niemowlęta zostają tam, gdzie je odłożysz. Tęsknię za czasami, kiedy Maya była malutka i mogłam po prostu położyć ją pod jej Drewnianym stojakiem edukacyjnym w naszym salonie. Piłam gorącą kawę – naprawdę gorącą kawę! – podczas gdy ona po prostu spokojnie wpatrywała się w małego, wiszącego drewnianego słonika. Nie było błota. Nie było chorób odzwierzęcych. Największym ryzykiem było to, że uleje jej się na dywan.
Ale potem spojrzałam w lusterko wsteczne. Twarz Leo była ubrudzona ziemią, a on ściskał małego, plastikowego konika, którego dostał w sklepie z pamiątkami. Zanim zasnął, wyszeptał: „Pa pa, źrebaku”.
On naprawdę słuchał. Zapamiętał tę głupią nazwę.
Więc może jednak wrócimy na farmę. Kiedyś tam. Kiedy już kupię kombinezon przeciwchemiczny i sprawdzę, jak nazywa się mała świnia. (Chwila, czy to prosiaczek? O Boże, muszę to wygooglować).
Zanim stawisz czoła wizycie w mini zoo lub na placu zabaw, koniecznie sprawdź zrównoważone zabawki na ząbkowanie od Kianao, aby twoje maleństwo było szczęśliwie zajęte czymś innym niż obgryzanie publicznych płotów.
Brudne i szczere FAQ o tym, jak przetrwać wizytę na farmie
-
Co powinnam zrobić, jeśli moje dziecko dotknie małego osiołka, a potem natychmiast włoży rękę do buzi?
Przede wszystkim, witaj w moim osobistym piekle. Nie panikuj, ale też tego nie ignoruj. Mój pediatra wyraził się bardzo jasno: zwierzęta na farmie roznoszą rzeczy takie jak Salmonella. Złap dziecko, porzućcie to, co akurat robicie, i pomaszeruj prosto do prawdziwej łazienki. Umyj mu ręce ciepłą wodą i prawdziwym mydłem, przez co najmniej 20 sekund. Płyn do dezynfekcji nie zabija wszystkiego, co znajduje się w brudzie na farmie, więc nie polegaj tylko na butelce z pompką zawieszonej na płocie. -
Czy mini zoo są naprawdę bezpieczne dla małych dzieci?
Cóż, „bezpieczne” to pojęcie względne, gdy masz małe dziecko, prawda? Mogą być bezpieczne, jeśli krążysz nad nimi jak totalny helikopter. Musisz nauczyć je podchodzić do zwierząt z boku – nigdy od tyłu, bo osły i konie mogą kopnąć. I trzymać ręce z dala od pyska zwierzęcia. Zasadniczo przez cały czas musisz być ich ochroniarzem. To raczej mało relaksujące dla ciebie, ale chyba dobre dla nich? -
Jak długo w ogóle trwa ciąża u osła?
Okej, szczerze mówiąc, dowiedziałam się tego podczas moich gorączkowych poszukiwań w internecie, gdy ukrywałam się przed słońcem. Oślice są w ciąży przez około 12 miesięcy. Cały rok. Możecie to sobie wyobrazić? Ja czułam się fatalnie po 9 miesiącach. Nie potrafię sobie wyobrazić bycia w ciąży przez okrągły rok, stojąc pośrodku pola. Mam teraz ogromny szacunek dla oślic. -
Czy kiedykolwiek ogarnęłaś kwestię tych kropli z witaminą D?
Tak! W końcu dotarło do mnie, że mój mózg po prostu nie był w stanie poradzić sobie z zapamiętaniem jeszcze jednego drobnego zadania. Więc postawiłam buteleczkę z witaminą D tuż obok ekspresu do kawy. Nie mogłam zrobić sobie porannej kawy, dopóki nie nałożyłam kropli na sutek lub smoczek. Tylko w ten sposób o tym pamiętałam. Jeśli pediatra każe ci je stosować, powiąż ten nawyk z czymś, bez czego dosłownie nie przetrwasz dnia. W moim przypadku była to kofeina. -
Co tak naprawdę powinnam spakować na wizytę na farmie?
Weź ubranie na zmianę w woreczku strunowym (żeby móc potem wrzucić do niego brudne ciuchy), gryzak – jeśli dziecko jest na tym etapie, żeby gryzło go zamiast sprzętu rolniczego – i całkowicie szczelny bidon, aby kurz z farmy nie osadził się na słomce. Aha, i załóż buty, których ci nie szkoda. Zaufaj mi w kwestii butów.





Udostępnij:
Brutalna prawda o wózkach dla lalek dla Twojego malucha
Cała prawda o dziecięcych stópkach: dlaczego obiegowe rady są błędne