Była 3:14 w nocy, wtorek. Stałam na samym środku kuchni w poplamionej koszulce z Britney Spears z 1999 roku, która jakimś cudem robiła za moją piżamę. Na rękach trzymałam wrzeszczącego cztero-miesięcznego Leo, podczas gdy mój mąż Dave agresywnie wciskał guziki na ekspresie do kawy, jakby ten go osobiście obraził. Maya, która miała wtedy trzy latka, z niewiadomych przyczyn też się obudziła i siedziała na zimnych płytkach, mając na dłoniach moje puchate zimowe skarpety, śpiewając na całe gardło piosenkę z "Psiego Patrolu". A Leo w tym czasie po prostu wył. Wysokim, rozdzierającym szkło krzykiem. A ja stoję tam, kołysząc się w tę i z powrotem w kałuży rozlanego mleka owsianego, całkowicie przekonana, że moje dziecko walczy z jakąś tajemniczą, straszną chorobą.
Mały spoiler: wcale nie był chory. To był tylko malutki, ostry ząbek, który próbował przebić się przez dolne dziąsło.
Zanim przeżyłam na własnej skórze ten stomatologiczny koszmar przy ząbkowaniu Leo, myślałam, że wiem, czego się spodziewać. Maya ząbkowała dość łagodnie, a przynajmniej tak to zapamiętał mój pozbawiony snu mózg, co pewnie jest tylko tą dziwną biologiczną amnezją, która podstępem skłania cię do posiadania drugiego dziecka. Ale w przypadku Leo, rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Miesiącami żyłam w całkowitym błędzie, zwalając absolutnie wszystko, co poszło nie tak w naszym domu, na jego buzię. Jeśli kichnął, myślałam, że to ząb. Jeśli marudził, to na pewno ząb. Jeśli padło WiFi, Dave i ja prawdopodobnie też obwinilibyśmy o to jego dziąsła.
Co tak naprawdę powiedziała mi lekarka, gdy płakałam w jej gabinecie
Więc nasza lekarka, doktor Miller – która, jestem tego całkiem pewna, chowa się czasem w swoim kantorku tylko po to, żeby odpocząć od takich neurotycznych mam jak ja – posadziła mnie pewnego popołudnia na krześle, podczas gdy Leo gorączkowo gryzł mój obojczyk, i wyjaśniła, jak właściwie działają te biologiczne tortury. Okazuje się, że dzieci rodzą się już z dwudziestoma zawiązkami zębów mlecznych, które tak po prostu czilują sobie pod linią dziąseł. Widziałam kiedyś zdjęcie rentgenowskie czaszki noworodka, gdy w środku nocy zablokowałam się na Reddicie, i dosłownie od tamtej pory nie zaznałam spokoju. Wygląda to jak przerażająca, mała paszcza rekina ukrywająca się w ich kościach policzkowych.
W każdym razie, chodzi o to, że one już tam są i czekają, by zrujnować ci życie, zazwyczaj gdzieś między czwartym a siódmym miesiącem życia. Choć doktor Miller stwierdziła, że niektóre dzieci zaczynają w trzecim miesiącu, a inne czekają do pierwszych urodzin. Te dolne, przednie pojawiają się zazwyczaj pierwsze jako małe, białe zwiastuny zagłady. Ale moim największym przebudzeniem było odkrycie, jak wiele rzeczy zrzucałam na ząbkowanie, choć nie miały one z nim absolutnie nic wspólnego.
Oto niezwykle zawstydzająca lista rzeczy, o których z pełnym przekonaniem powiedziałam naszej lekarce jako o "objawach ząbkowania, na które trzeba uważać", a które ona natychmiast zdementowała:
- Gorączka rzędu 39 stopni, z którą Leo borykał się przez dwa dni (okazuje się, że zęby nie powodują wysokiej gorączki, a jedynie super delikatnie podnoszą temperaturę, więc to był po prostu jakiś żłobkowy wirus).
- Ten tydzień, kiedy miał wybuchową biegunkę, która zrujnowała trzy z moich ulubionych poduszek na kanapie (ponownie, dr Miller wyjaśniła, że połknięta ślina może nieco rozluźnić to i owo, ale prawdziwa biegunka to już zasługa wirusówki jelitowej).
- Jego uporczywy kaszel, przez który brzmiał jak miniaturowy palacz w moim salonie.
- Jego odmowa spania po 4:00 rano, co było po prostu standardowym regresem snu czwartego miesiąca, występującym gościnnie u boku ślinotoku.
Więc tak, kompletnie się myliłam. Prawdziwe objawy, na które trzeba zwracać uwagę, to w zasadzie tylko szalone ilości śliny, opuchnięte, czerwone dziąsła, gryzienie dosłownie wszystkiego, co wpadnie w ręce, i ogólne rozdrażnienie, bo, bądźmy szczerzy, przeciskanie się kości przez skórę prawdopodobnie cholernie boli.
Rzeczy, które gryzło moje dziecko, zanim odkryliśmy bezpieczne zabawki
Kiedy już zdaliśmy sobie sprawę z tego, co się właściwie dzieje, nasza desperacja, by znaleźć mu coś do gryzienia, sięgnęła zenitu. Zanim kupiłam mu odpowiednie gryzaki dla niemowląt, buzia Leo była w zasadzie odkurzaczem wciągającym najbardziej nieodpowiednie przedmioty w naszym domu. Wystarczyło odwrócić się na pięć sekund, a już żuł coś, co przyprawiłoby inspektora sanepidu o zawał serca.

- Pilot do telewizora, a konkretnie przyciski głośności, które prawie udało mu się odgryźć.
- Brudne buty do biegania Dave'a, które stały przy drzwiach wejściowych (dosłownie miałam odruch wymiotny, kiedy go na tym przyłapałam).
- Ogon psa, na co na szczęście nasz golden retriever w ogóle nie zwracał uwagi.
- Moje kluczyki do samochodu, które – jak się później dowiedziałam – pokryte są mikroskopijną warstwą toksycznego świństwa i metali ciężkich.
Po incydencie z butem, w panice nakupowałam przez internet mnóstwo rzeczy. Większość z nich okazała się być bezużyteczna. Te plastikowe kółka wypełnione płynem? Przeczytałam artykuł, w którym pisano, że dzieci mogą przegryźć plastik i połknąć ten dziwny chemiczny żel, więc od razu wyrzuciłam je wszystkie do kosza. Dowiedziałam się również, że nie powinno się wyparzać tych plastikowych zabawek we wrzątku, ponieważ ciepło je topi i uwalnia jeszcze więcej chemikaliów. Genialny projekt produktu, prawda?
W końcu, przeglądając internet do późna w nocy, natknęłam się na markę Kianao, a ich produkty szczerze uratowały mi zdrowie psychiczne. Moim absolutnym ulubieńcem stał się Silikonowy Gryzak dla Niemowląt Panda. To solidna, jednoczęściowa zabawka do ząbkowania zrobiona z silikonu spożywczego, co oznaczało, że Leo nie mógł odgryźć żadnego kawałka i się nim zadławić. Miał obsesję na punkcie małego bambusowego elementu i po prostu siedział w swoim krzesełku do karmienia, wmasowując go sobie w dziąsła, podczas gdy ja desperacko piłam moją letnią kawę. Najlepsze było to, że kiedy pokrył się kłaczkami i okruszkami z krakersów, mogłam po prostu wrzucić całość do zmywarki.
Kupiłam również Grzechotkę-Gryzak Miś, ponieważ uznałam, że drewniane kółko do ząbkowania będzie idealne do tego twardego masażu, o którym wspominała doktor Miller. Szczerze mówiąc, to piękna zabawka, a dziergany miś jest uroczy, ale u nas bywało z nią różnie. Były dni, kiedy uwielbiał czuć naturalne drewno bukowe na swoich dziąsłach, a w inne po prostu używał jej jako broni miotanej, by rzucić nią z drugiego końca pokoju prosto w głowę siostry. To świetne kółko, ale to, czy się sprawdzi, zdecydowanie zależy od tego, w jakiej teksturze gustuje tego dnia wasze dziecko.
O rany, i to ciągłe upuszczanie na ziemię. Zgubiliśmy tak wiele zabawek na parkingach, dopóki w końcu nie kupiłam kilku ich Drewniano-Silikonowych Zawieszek do Smoczka. Oczywiście można je przypiąć do smoczków, ale ja po prostu owijałam je wokół gryzaka z pandą. Dzięki temu, gdy nieuchronnie i z agresją wyrzucał go z wózka w kolejce do kasy w markecie, gryzak nie obijał się o brudną podłogę.
Jeśli jesteś w samym środku tego obłędu i po prostu potrzebujesz czegoś bezpiecznego, co maluch mógłby pogryźć, możesz przejrzeć organiczne zabawki do ząbkowania Kianao tutaj, ale szczerze mówiąc, po prostu znajdź to, co sprawdzi się najlepiej dla ciebie i twojego dziecka.
Błąd z zamrażarką i okropne rady mojej teściowej
Wydawałoby się, że gdy dziąsła dziecka są opuchnięte i ognistoczerwone, najbardziej logicznym krokiem jest zamrożenie ich zabawek na twarde bryły lodu i posmarowanie im całej buzi żelem znieczulającym, żeby po prostu przestało boleć. Doktor Miller jednak w zasadzie zabroniła mi robić którejkolwiek z tych rzeczy. Okazuje się, że twardy jak skała zamrożony plastik może szczerze mówiąc dotkliwie posiniaczyć ich delikatne dziąsła, a te ogólnodostępne żele z benzokainą mogą wywołać rzadki i zagrażający życiu problem z tlenem, którego nazwy nawet nie potrafię wymówić. Więc zamiast wrzucać wszystko do zamrażarki i liczyć na cud, musisz po prostu włożyć ich zabawki albo mokre myjki do zwykłej lodówki obok resztek z obiadu na wynos, żeby odpowiednio się schłodziły, zanim wręczysz je swojemu cierpiącemu maluchowi.

A potem był jeszcze incydent z bursztynowym naszyjnikiem. Pewnego popołudnia wpadła moja teściowa i wcisnęła mi w dłoń ten mały, delikatny sznureczek z bursztynowych koralików, przysięgając na wszystko, że żywica wchłonie ból Leo. Byłam tak zdesperowana, że prawie mu go założyłam, ale nagle przypomniałam sobie o ostrzeżeniu Amerykańskiej Akademii Pediatrii (AAP), o którym kiedyś czytałam – stanowią one ogromne zagrożenie uduszeniem i zadławieniem. Niemowlęta dosłownie umierały po tym, jak te koraliki zahaczyły się o róg łóżeczka. Musiałam jej go niezręcznie oddać i udać, że Dave kategorycznie sprzeciwia się jakiejkolwiek biżuterii dla niemowląt. Było to super niekomfortowe, ale trudno, przeżyję.
Sytuacja ze śliną całkowicie wymknęła się spod kontroli
Nikt mnie nie ostrzegał o tej niewyobrażalnej ilości płynu, która wylewała się z buzi tego dziecka. Leo produkował wystarczająco dużo śliny, by wypełnić mały basenik dla dzieci. Przemakały jego koszulki, jego śpiworki, moje bluzki, koszulki Dave'a. Ale najgorsza z tego wszystkiego była wysypka od śliny. Z powodu stale mokrej brody i szyi, na jego skórze pojawiła się zaogniona, czerwona, boleśnie wyglądająca wysypka, przez którą czuł się jeszcze gorzej.
Spędzałam połowę dnia tylko na wycieraniu mu buzi pieluchami tetrowymi w nadziei, że uda mi się utrzymać go w suchości. Ostatecznie musieliśmy ustalić ścisły "mundurek", w skład którego wchodziły śliniaczki z organicznej bawełny, i zmienialiśmy je jakieś sześć razy dziennie. Jeśli nie macie dobrych, chłonnych śliniaków, kupcie je od razu. Wasza pralka was znienawidzi, ale szyja waszego dziecka będzie wam wdzięczna.
A kiedy te małe żyletki już naprawdę się przebiły, zasady gry znowu się zmieniły, bo nagle musiałam wymyślić, jak mam mu je myć. Stowarzyszenie stomatologiczne twierdzi, że powinno się szczotkować zęby dwa razy dziennie z minimalną ilością pasty z fluorem, gdy tylko pojawi się pierwszy ząb. W teorii brzmi to super, dopóki nie spróbujesz wepchnąć szczoteczki do pyszczka wierzgającego, rozwścieczonego borsuka. Robiliśmy, co w naszej mocy. W większości przypadków tylko zlizywał pastę z włosia i zaciskał mocno buzię, ale moja lekarka powiedziała, że jakikolwiek kontakt z fluorem jest lepszy niż żaden.
Jesteście gotowi, żeby przestać robić ze swoich własnych palców zabawkę do żucia? Przejrzyjcie pełną kolekcję niezbędników dla niemowląt Kianao, zanim zaatakuje kolejny ząb.
Odpowiadam na wasze spanikowane pytania, zadawane o północy
Skąd mam wiedzieć, czy maluchowi naprawdę idą zęby, czy po prostu zachowuje się jak typowe niemowlę?
Szczerze? Czasami nie wiesz, dopóki nie usłyszysz tego cichego *stuknięcia* o łyżeczkę. Ale u Leo największymi wskazówkami były niekończące się rzeki śliny, nagła obsesja na punkcie agresywnego gryzienia mnie w ramię podczas noszenia, i dziąsła wyglądające na bardzo opuchnięte i czerwone z samego przodu. Jeśli maluchy tylko marudzą, ale nie próbują odgryźć własnych pięści, mogą być po prostu zmęczone albo przechodzą przez skok rozwojowy.
Czy to całe ząbkowanie może powodować szalenie wysoką gorączkę?
Zarzekałam się, że tak, ale moja lekarka powiedziała mi wprost, że jestem w błędzie. Może to delikatnie podnieść temperaturę do około 37,2, a nawet 37,8 stopni przez sam obrzęk. Ale jeśli wasze dziecko osiąga 38 stopni lub więcej, oznacza to, że złapało jakiegoś wirusa. Nie róbcie tego co ja i nie ignorujcie gorączki wynoszącej blisko 39 stopni, myśląc, że to po prostu wyrzynający się siekacz.
Dlaczego nie powinnam zamrażać ich zabawek na kość?
Ponieważ ich dziąsła są już i tak w stanie zapalnym i są bardzo wrażliwe, a wręczenie im twardej jak skała bryły lodu może poważnie uszkodzić tkankę i doprowadzić do odmrożeń na ich ustach. Po prostu włóżcie silikonowe gryzaki lub wilgotną myjkę do zwykłej lodówki na dwadzieścia minut. Zrobią się wystarczająco chłodne, aby złagodzić ból, bez powodowania urazów mechanicznych w ich buzi.
Kiedy powinnam zabrać malucha do dentysty?
Oficjalna zasada, którą usłyszałam, brzmi: w okolicach pierwszych urodzin lub w ciągu sześciu miesięcy od pojawienia się pierwszego zęba (w zależności od tego, co nastąpi wcześniej). Zaciągnęłam Leo, kiedy miał około jedenaście miesięcy. Wrzeszczał przez cały czas, dentysta zaglądał mu do buzi przez równe cztery sekundy, powiedział "wygląda dobrze" i skasował mnie za wizytę. Chodzi w tym głównie o to, żeby przyzwyczaić malucha do nowego środowiska, więc nie stresujcie się, jeśli okaże się to całkowitą katastrofą.
Czy te żele znieczulające są bezpieczne, jeśli jestem już naprawdę zdesperowana?
Proszę, nie używajcie ich. Amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA) wydała ogromne ostrzeżenia przeciwko stosowaniu żeli z benzokainą lub lidokainą u dzieci poniżej drugiego roku życia. Mogą one wywołać super rzadki, ale przerażający stan, w którym poziom tlenu we krwi niebezpiecznie spada. To całkowicie nie jest warte ryzyka, biorąc pod uwagę, że zamiast tego, możecie po prostu podać dziecku schłodzony kawałek owocu w siateczkowym gryzaku lub bezpieczną silikonową zabawkę.





Udostępnij:
Dlaczego popularne figurki Baby Three to prawdziwy koszmar rodziców
Dlaczego huśtawka dla niemowląt to wybawienie (i prawdziwe źródło stresu)