Była 6:13 we wtorek, a ja stałam na środku kuchni, miałam na sobie starą bluzę ze studiów mojego męża, Dave'a, z tajemniczą, zaschniętą białą plamą na lewym rękawie – jestem prawie pewna, że to był jogurt sprzed trzech dni. Moja siedmioletnia córka Maya leżała twarzą do dywanu i krzyczała, bo skarpetki „dziwnie się uwijały” w jej butach, a czteroletni Leo z entuzjazmem wylewał wodę z psiej miski prosto na drewnianą podłogę. Trzymałam w dłoni drugą filiżankę kawy i, rzecz jasna, była już letnia. Mój mózg przypominał jajecznicę z niewyspania i strachu, bo wciąż musiałam wymyślić, co zrobić na śniadanie.
Kiedyś święcie wierzyłam, że zrobienie rano, w środku tygodnia, gorącego śniadania od podstaw to kompletny mit. Kłamstwo rozsiewane przez instagramowe influencerki z ich beżowymi domami i idealnie grzecznymi dziećmi, które nie gryzą się nawzajem bez powodu przed 7 rano. Zanim odkryłam absolutną magię tego dziwacznego, wielkiego, puszystego niemieckiego dania, myślałam, że robienie śniadania oznacza stanie nad gorącą kuchenką i agresywne przewracanie kółek z ciasta, podczas gdy moje dzieci za moimi plecami demontują salon.
A potem odkryłam ten genialny trik dla zmęczonych, leniwych mam (takich jak ja) i szczerze mówiąc, moje poranki już nigdy nie były takie same.
Co to w ogóle za dziwactwo?
Dobra, pomijając kompletnie szaloną nazwę, „Dutch baby” (holenderskie niemowlę) wcale nie jest posiłkiem dla dzieci i nawet nie jest z Holandii. Gdzieś czytałam, że nazwa wzięła się z historycznego przekręcenia słowa „Deutsch” (niemiecki) czy coś w tym stylu, ale szczerze mówiąc, mało mnie obchodzi geneza. Liczy się to, że jest to w gruncie rzeczy gigantyczny, puszysty, lekko budyniowy naleśnik, który piecze się w piekarniku, a nie smaży na patelni.
Kiedy Leo miał około sześciu miesięcy, a my próbowaliśmy przeprawić się przez przerażające wody metody BLW (Bobas Lubi Wybór), spędzałam godziny na scrollowaniu Pinteresta w poszukiwaniu idealnego przepisu na placuszki dla niemowląt i ciągle trafiałam na te przepiękne, puszyste, przypominające miski twory. Początkowo myślałam sobie: o rany, to wygląda jak coś o wiele za trudnego dla mnie. Ale potem wczytałam się w instrukcje i dotarło do mnie, że tu dosłownie wrzucasz wszystkie składniki do blendera, wciskasz guzik, wylewasz to na gorącą patelnię i odchodzisz.
W każdym razie chodzi o to, że kompletnie się myliłam, myśląc, że to coś skomplikowanego. To najszybsza, najbardziej leniwa rzecz na świecie, która po prostu uratowała mi poranki.
Dlaczego jestem tak zaciekle i irracjonalnie wierna tej metodzie
Pozwólcie, że przez chwilę ponarzekam na tradycyjne naleśniki (te w stylu amerykańskich pancakes), bo ich nienawidzę. Szczerze znoszę ich robienie. Po pierwsze, ciasto to koszmar. Niby trzeba delikatnie łączyć suche i mokre składniki, żeby go nie przebić, ale moje dzieci zawsze krzyczą z głodu, więc się spieszę i zostaję z dziwnymi, mącznymi grudkami smakującymi jak kreda. Do tego dochodzi problem pierwszego, „ofiarnego” placka – ten, który jako pierwszy ląduje na patelni, zawsze wychodzi jak przypalony, koślawy dysk śmieci, który po prostu zjadasz nad zlewem, płacząc w duchu.
Ale najgorsze jest to przewracanie. Stoisz tam jak zakładnik przy kuchence, dzierżąc szpatułkę i czekając na te głupie małe bąbelki na powierzchni, podczas gdy za tobą wybucha chaos. A jeśli masz dwójkę dzieci, to logistyczna katastrofa. Nie usmażysz ich na tyle dużo naraz, by nakarmić wszystkich jednocześnie, więc musisz podawać je po kolei (co oznacza, że jesz na końcu i sama) albo trzymać je w ciepłym piekarniku, gdzie nieuchronnie zamieniają się w smutne, rozmiękłe gąbki. To kompletnie wadliwy system, który pożera zbyt wiele mojej i tak ograniczonej porannej energii.
Gofry są jeszcze gorsze, bo czyszczenie tej przeklętej kratki w gofrownicy to prawdziwa kara za grzechy.
Ale w przypadku wielkiego pieczonego naleśnika (Dutch baby), omija cię cały ten cyrk. Po prostu wrzucasz jajka, mleko i mąkę do blendera, miksujesz na gładko, wylewasz na potwornie gorącą patelnię i... odchodzisz. Możesz iść rozdzielić bijące się o plastikowego dinozaura rodzeństwo, napić się kawy albo gapić się tępo w okno, kwestionując swoje życiowe wybory. Dwadzieścia minut później wyciągasz z piekarnika niesamowitą, spektakularną, puszystą złotą chmurę, kroisz ją jak pizzę i wszyscy jedzą dokładnie w tym samym czasie.
Wielki eksperyment z mlekiem i jajkami
Kiedy wprowadzaliśmy stałe pokarmy u Leo, byłam kłębkiem nerwów w kwestii alergii pokarmowych. Pamiętam, jak siedziałam w oświetlonym świetlówkami gabinecie naszej pani doktor, pot spływał mi po koszulce, a dr Aris zupełnie na luzie oświadczyła mi, że powinnam szybko i często wprowadzać wysoce alergizujące produkty, takie jak jajka, nabiał i pszenica. Wyjaśniła, że zbyt długie czekanie może w rzeczywistości zwiększyć ryzyko alergii. Brzmiało to dla mnie całkowicie przerażająco i wbrew logice, ale to ona ma dyplom medyczny, więc tylko przytaknęłam.

Kazano mi oczywiście wprowadzać je pojedynczo, tak dla bezpieczeństwa. Kiedy jednak Leo pomyślnie i bez żadnej wysypki czy duszności spróbował (i przyswoił) osobno mleko, jajka i pszenicę, ten gigantyczny naleśnik stał się moim stałym trikiem na regularne przemycanie tych składników. Ponieważ w cieście nie ma chemicznych spulchniaczy, takich jak soda oczyszczona czy proszek do pieczenia, ma ono niesamowicie miękką, gąbczastą, wręcz budyniową konsystencję, co było absolutnie idealne dla jego małych dziąseł, jeszcze zanim wyrosły mu ząbki.
A skoro o wyrzynających się zębach mowa, o rany... ząbkowanie było w naszym domu torturą szczególną. Gdy Leo zaczął ząbkować, z radosnego w miarę niemowlaka zmienił się w nieszczęśliwego, zalanego śliną gremlina, który próbował ogryzać krawędzie naszego drewnianego stolika kawowego. Desperacko szukałam czegoś, co by go ukoiło, i ostatecznie przetestowaliśmy Gryzak Bubble Tea od Kianao. Nie przesadzam, kiedy mówię, że ten zabawny, silikonowy kawałek w kształcie kubka z bubble tea ocalił moje zdrowie psychiczne. Jest w 100% wykonany z silikonu spożywczego, więc nie musiałam martwić się o jakieś toksyczne świństwa. Po prostu wrzucałam go do lodówki na 20 minut, zanim mu go dałam. Zimna powierzchnia na jego zaczerwienionych dziąsłach natychmiast uciszała płacz, dając mi rano dokładnie tyle spokoju, bym mogła spokojnie zmiksować ciasto na naleśniki bez rwania sobie włosów z głowy.
Niejasno naukowa część, której prawdopodobnie do końca nie rozumiem
Jeśli kiedykolwiek przeglądałaś w sieci przepisy na te naleśniki (Dutch baby), pewnie zauważyłaś, że w każdym powtarza się kilka konkretnych zasad. Zwykle jestem fatalna w przestrzeganiu zasad pieczenia, ale te mają naprawdę kluczowe znaczenie, jeśli chcesz, żeby naleśnik urósł jak wielka, jadalna miska, a nie leżał płasko i smutno na dnie naczynia.
Wydaje mi się, że ma to jakiś związek z różnicą temperatur między rozgrzaną patelnią a ciastem, która tworzy gigantyczny bąbel pary zmuszający masę do gwałtownego rośnięcia w piekarniku. Sama nie wiem, nie jestem fizykiem. Ale wiem, że trzeba użyć mleka i jajek w temperaturze pokojowej i koszmarnie wręcz rozgrzać żeliwną patelnię w piekarniku, zanim wleje się ciasto. Szczerze mówiąc, Dave ma absolutną obsesję na punkcie swoich żeliwnych patelni i traktuje je lepiej niż mnie, więc zawsze mamy jakąś pod ręką. I cokolwiek robisz, pod żadnym pozorem nie otwieraj drzwiczek piekarnika w trakcie pieczenia. Podobno ucieczka pary powoduje natychmiastowe oklapnięcie całości – i uwierz mi, przekonałam się o tym na własnej skórze, gdy spróbowałam nakręcić estetyczne wideo na Instagrama w połowie pieczenia i zrujnowałam nam śniadanie.
Jak to naprawdę robię (gdy jestem na wpół śpiąca)
Nie mam czasu na skomplikowane odmierzanie składników, więc mój przepis jest niesamowicie prosty. Zazwyczaj rzucam do blendera trzy jajka, około trzy czwarte szklanki mleka i trzy czwarte szklanki mąki. Czasami dodaję odrobinę ekstraktu z wanilii, gdy mam ochotę zaszaleć, albo garść szpinaku, jeśli robię na obiad wytrawnego „potwornego naleśnika”, żeby podstępem wcisnąć dzieciom warzywa.

Gdy piekarnik nagrzewa się do 200 stopni (400 st. F), po prostu wkładam do niego pustą, żeliwną patelnię, żeby zrobiła się dymiąco gorąca. Kiedy jest gotowa, wrzucam tam absurdalną ilość masła, pozwalam mu się topić przez jakieś trzydzieści sekund, po czym wlewam prosto z blendera zmiksowane ciasto, trzaskam drzwiczkami i modlę się do śniadaniowych bogów.
Podczas gdy piecze się to przez 20 minut, muszę znaleźć sposób, by odwrócić uwagę dzieciaków, żeby nie siedziały przed piekarnikiem i nie marudziły. Ostatnio świetnie sprawdza się nam Miękki zestaw klocków dla niemowląt. Będę z wami całkowicie szczera – to tylko miękkie, gumowe klocki. Nie ma w nich nic magicznego ani zmieniającego życie. Maya próbuje układać z nich wieże, a Leo głównie rzuca nimi w psa lub próbuje je gryźć. Są za to niesamowicie miękkie i wolne od BPA, co oznacza, że kiedy Leo nieuchronnie w końcu rzuca jednym z nich i trafia mnie prosto w czoło, absolutnie nic mnie nie boli. Więc, same rozumiecie, spełniają swoją funkcję w naszym chaotycznym ekosystemie.
Potrzebujesz więcej akcesoriów, by zająć dzieci podczas prób gotowania? Sprawdź pełną kolekcję zrównoważonych, nietoksycznych zabawek i ubrań Kianao, by uczynić swoje rodzicielskie życie choć odrobinę mniej wyczerpującym.
Modyfikacje dla najmłodszych
Jeśli planujesz podzielić się tym daniem z niemowlakiem poniżej pierwszego roku życia, trzeba wprowadzić małą modyfikację. Dr Aris przypomniała mi, że Amerykańska Akademia Pediatrii (AAP) stanowczo odradza podawanie cukru i zaleca ograniczenie soli dzieciom poniżej 12 miesiąca życia, co na początku strasznie mnie stresowało. Ale całe piękno tego dania polega na tym, że możesz po prostu całkowicie pominąć cukier i sól, a to w ogóle nie zaburzy struktury i plackowi nic nie będzie.
Kiedy Maya była młodsza, podczas jedzenia była chodzącą katastrofą. Każdy pojedynczy posiłek kończył się dokładnie wtarty w jej włosy, fałdki na szyi i ubrania. Kiedyś na czas jedzenia rozbierałam ją do samej pieluszki, ale zimą to było trochę wredne. Na śniadania zaczęłam więc ubierać ją w Bawełniane body z falbankami z bawełny organicznej. Gdy założyła je po raz pierwszy, podałam naleśnika z szaleńczo brudzącym musem jagodowo-malinowym, a ona natychmiast wytarła swoje lepkie, fioletowe rączki o przód ubranka. Myślałam, że właśnie na starcie zrujnowałam ten piękny, delikatny kawałek organicznej bawełny. Ale po prostu wrzuciłam je do pralki na zimny program i z uwagi na to, że jest wykonane z bardzo wysokiej jakości, wstępnie dekatyzowanej bawełny organicznej, plamy zeszły w okamgnieniu, a body zachowało swój idealny kształt. Do tego elastyczne, zakładowe ramiona sprawiały, że podczas zdejmowania mogłam ściągnąć ubranko dołem przez tułów, a nie przez głowę, co przy umazanym jagodami maluchu dosłownie ratuje życie.
Pokochaj leniwe poranki
Słuchajcie, macierzyństwo i bez tego jest trudne, nie zmuszajcie się więc do odgrywania roli domowego kucharza na zawołanie o 6:30 rano. Dajcie sobie przyzwolenie na obranie najprostszej możliwej drogi do gorącego posiłku. Zmiksujcie ciasto, wylejcie na patelnię i zajmijcie się sobą. Zasługujecie na to, by chociaż raz wypić kawę, kiedy jest jeszcze naprawdę gorąca.
Zanim zmierzysz się z kolejnym chaotycznym porankiem, upewnij się, że masz odpowiednie "narzędzia". Zgarnij wygodne, łatwe w praniu organiczne ubranka i łagodzące gryzaki od Kianao, żeby Twoje poranki przebiegały choć odrobinę gładziej.
Pytania, które pewnie właśnie chodzą Ci po głowie
Czy mogę zrobić ciasto wcześniej?
O rany, TAK. Szczerze mówiąc, wtedy wychodzi nawet lepiej. Zazwyczaj wrzucam wszystkie składniki do blendera wieczorem, gdy dzieci w końcu usną, miksuję i wkładam po prostu cały dzbanek blendera do lodówki. Mąka ma szansę nasiąknąć czy coś, a rano wystarczy, że tylko lekko zblenduję całość, żeby pobudzić masę. Zostawiam na blacie przez dziesięć minut, żeby nie było lodowate, i wlewam na patelnię. To najlepszy trik na leniwy, matczyny poranek.
Jakie mleko sprawdzi się najlepiej?
Pełnotłuste mleko krowie zdecydowanie da najbardziej spektakularny, budyniowy wypiek ze względu na zawartość tłuszczu i białka. Kiedy jednak Leo przechodził krótką fazę problemów brzuszkowych po nabiale, spróbowałam mleka owsianego i migdałowego. Rośnięcie placka było co prawda nieco mniej imponujące i smakował on ciut mniej bogato, ale nadal w pełni sprawdził się jako posiłek, a dzieci i tak wciągnęły go nosem.
Czy można zamrozić resztki?
Zakładając, że szczerze mówiąc zostaną ci jakieś resztki (nam rzadko zostają) – tak, można. Po prostu kroję to, co zostało na trójkąty, wrzucam do torebki strunowej i przedzielam małymi kawałkami papieru do pieczenia, żeby nie zbiły się w wielką, zamrożoną bryłę. Potem siup do zamrażarki. Kiedy jestem zdesperowana, podgrzewam taki kawałek w mikrofali przez 30 sekund i wręczam płaczącemu dziecku.
Czy nie jest to zagrożenie zadławieniem dla niemowląt?
Moja pediatra powiedziała mi, że taka miękka, gąbczasta konsystencja jest wręcz idealna na pierwsze pokarmy, o ile zostanie odpowiednio pokrojona. Kiedy Leo dopiero zaczynał swoją przygodę z jedzeniem, kroiłam naleśnik na długie, grube paski wielkości mniej więcej dwóch dorosłych palców, by mógł łatwo chwycić je w piąstkę i ogryzać końce. Upewnij się tylko, że nie podajesz go maluchom z całymi borówkami lub ogromnymi grudkami lepkiego masła orzechowego – na to przyjdzie czas, kiedy będą starsze.
Co, jeśli mój naleśnik nie wyrośnie?
Słuchaj, to zdarza się najlepszym. Jeśli wyjdzie płaski, znaczy to po prostu, że patelnia była za mało rozgrzana, mleko za zimne albo podglądałaś przez uchylone drzwiczki. Ale oto wielki sekret: wciąż smakuje dokładnie tak samo. Polej go syropem klonowym, nazwij ubitą wersją naleśnika i absolutnie nikt nie będzie narzekał.





Udostępnij:
Droga dawna ja: Co chciałabym wiedzieć o wychowaniu szczęśliwych holenderskich maluchów
Nocna spirala w Google: Kamienie milowe rozwoju dziecka