Na lewym ramieniu mojego starego t-shirtu z logo Ramonesów jest taka bardzo specyficzna, lekko żółtawa plama. Kupiłam tę koszulkę w lumpeksie w 2018 roku, w czasach, kiedy miałam jeszcze coś takiego jak „czas wolny” i „wolne środki”, ale plama pojawiła się dokładnie o 3:14 w nocy, w pewien listopadowy wtorek, niedługo po narodzinach Mai. Pamiętam dokładną godzinę, bo świecące na czerwono cyfry na mikrofalówce agresywnie wypalały mi siatkówkę, gdy tak przemierzałam kuchnię w tę i z powrotem, bujając wrzeszczącego, trzykilogramowego ludzika. Miałam na sobie jedną skarpetkę i desperacko próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio piłam wodę zamiast kawy.
Maja była w tej okropnej, pięknej i całkowicie przerażającej fazie noworodkowej, kiedy dzieci nie wydają się jeszcze prawdziwymi ludźmi. Są po prostu takimi głośnymi, małymi kuleczkami pełnymi potrzeb. A ja tak patrzyłam na nią z góry, próbując sprawić, żeby przestała płakać, aż w końcu złapałam swoje odbicie w ciemnym oknie kuchennym. Nachylałam się nad jej malutką twarzyczką, miałam oczy wielkie jak wariatka, a mój głos osiągał częstotliwość psiego gwizdka, gdy piszczałam: „Czeeeeeść! Kto tu jest takim małym pączusiem? Kto ma takie malutkie paluszki?”
I nagle zamarłam. Sama siebie przeraziłam.
Bo zanim miałam dzieci, przysięgałam na wszystko, że nigdy, przenigdy nie będę się tak zachowywać. Miałam być Mądrą Mamą. Miałam całą tę filozofię – opartą głównie na zerowym doświadczeniu – że takie seplenienie do dzieci jest wręcz obraźliwe. Myślałam, że wszyscy wychowujemy zgraję nieświadomych, gaworzących bobasów, które skończą z okropnym słownictwem, bo ich rodzice nie szanują ich na tyle, by używać poprawnej polszczyzny. Mój mąż, Dave, był całkowicie tego samego zdania. Przeczytał kiedyś w jakiejś poczekalni artykuł, w którym radzili, żeby mówić do niemowląt jak do miniaturowych dorosłych, by wcześnie budować ich kompetencje językowe. Więc przez pierwsze trzy tygodnie życia Mai mówiliśmy do niej tak, jakby była młodszą księgową, która nie wyrabia normy w prognozach na trzeci kwartał.
Nie żartuję. Zmieniałam jej pieluchy o 2:00 w nocy, mówiąc rzeczy w stylu: „Matka wymieni teraz twoją zabrudzoną odzież, proszę pomóc w tej transakcji, pozostając w bezruchu”.
O boże. To było takie głupie.
Dziwaczne nocne wyszukiwania w Google
W każdym razie, rzecz w tym, że stojąc w tej kuchni, wyczerpana do granic możliwości, zdałam sobie sprawę, że ten „profesjonalny” ton głosu nie działa. Guzik ją obchodziło moje bogate słownictwo. Chciała po prostu ukojenia. Ale byłam tak głęboko sparanoizowana na punkcie zrujnowania rozwoju jej mózgu, że faktycznie wyciągnęłam telefon jedną wolną ręką, by sprawdzić, czy wydawanie dziwnych dźwięków zahamuje jej inteligencję.
Byłam tak zmęczona, że ledwo trafiałam w literki. Pisałam do Dave'a, który chrapał w drugim pokoju, o naszym nowym dziedzku – tak, przez „dz”, bo zasady ortografii całkowicie mnie opuściły. Otworzyłam przeglądarkę i mój mózg miał całkowite zwarcie. Próbowałam wpisać w wyszukiwarkę „etapy gaworzenia u niemowląt”, ale jednocześnie myślałam o szlaku turystycznym nad potokiem, na który Dave chciał nas zabrać, zwanym Cedar Creek, i dosłownie wpisałam gaworzące bobasy super potok w pole wyszukiwania.
Czego ja w ogóle u licha szukałam? Tajnego rezerwatu przyrody dla niemowląt? Podziemnego stowarzyszenia bobasów, które przesiadują nad strumykiem i odmawiają nauki spółgłosek? Nie mam pojęcia. Brak snu działa dosłownie jak narkotyk.
Ale ta zupełnie odklejona internetowa królicza nora doprowadziła mnie ostatecznie do czegoś, co faktycznie zmieniło wszystko w moim podejściu do macierzyństwa, i było to znacznie prostsze niż sztywne zasady, których Dave i ja próbowaliśmy przestrzegać.
Co tak naprawdę powiedziała moja lekarka
Na następnej wizycie wyznałam dr Aris, że zaczęłam mówić do Mai głosem, którego sama nie poznawałam. Wysokim, śpiewnym, nieco szalonym tonem. Powiedziałam jej, że Dave uważa, że robimy to źle.
Dr Aris lekko się zaśmiała i opowiedziała mi o czymś, co nazywa się mową matczyną (parentese). Okazało się, że miałam trochę racji, ale jednocześnie całkowicie się myliłam. Nie powinno się po prostu wymyślać bezsensownych słów – w sensie, nie gap się na dziecko i nie mów „flim flam blorp”, bo to niczego go nie uczy. Ale ten wysoki, przerysowany ton? Przeciąganie samogłosek? Komiczna mimika twarzy? To jest dokładnie to, o co aż proszą się ich małe mózgi.
Wyjaśniła, że niemowlętom znacznie łatwiej jest usłyszeć wyższe dźwięki. Kiedy naturalnie przechodzimy w ten dziwny, melodyjny głos, działa on jak akustyczny haczyk. Dosłownie przykuwa ich uwagę. Mówiła coś o rozświetlających się ścieżkach neuronowych i odpalających synapsach. Tylko piąte przez dziesiąte rozumiałam medyczne mechanizmy tego zjawiska, bo byłam naładowana kofeiną i skrajnie niewyspana, ale sedno było jasne: mowa matczyna pomaga im w mapowaniu dźwięków ich ojczystego języka.
Używasz prawdziwych słów, ale je przeciągasz. „Spooooójrz na ten kubeeeeek! Widzisz ten czerwoooony kubeeeeek?”
To było tak, jakby ktoś dał mi pozwolenie, żebym przestała być profesorem akademickim i mogła być po prostu mamą. Nie musiałam czytać jej Wall Street Journal. Mogłam po prostu położyć się na podłodze i robić z siebie głupka.
Podłogowa rewolucja
Zanim cztery lata później pojawiło się moje drugie dziecko, Leo, w pełni zaakceptowałam to szaleństwo. Spędzałam z nim godziny na podłodze, po prostu relacjonując mu mój dzień najśmieszniejszym, najbardziej przeciągłym głosem z możliwych.

Naprawdę, jeśli chcecie wiedzieć, jak wyglądał mój salon przez większość 2020 roku, to w zasadzie byłam tam ja, kubek zimnej kawy i Leo tarzający się po tym Kocyku Bambusowym dla Niemowląt Kolorowy Wszechświat. Mam dziwną obsesję na punkcie tego konkretnego koca. Większość rzeczy dla dzieci jest albo w jaskrawych, podstawowych kolorach, albo tak agresywnie beżowa, że wygląda jak oddział leczenia depresji, a ten kocyk ma naprawdę fajne, głębokie, kosmiczne wzory.
Kontrast kosmicznego motywu był dla Leo niesamowity, bo kiedy maluchy są takie maleńkie i tak potrafią skupić się tylko na bardzo kontrastowych rzeczach. Poza tym to bambus, który przysięgam, jest jakimś magicznym materiałem. Leo był potliwym niemowlakiem. Tak po prostu znikąd cały czas lekko wilgotny? Nie wiem, dlaczego nikt ci nie mówi, że niektórym dzieciom jest ciągle gorąco. Ale ten kocyk jakoś go chłodził i przetrwał co najmniej sześć epickich zwrotów mleka. Po praniu stał się autentycznie jeszcze bardziej miękki, co nie zdarza się z żadną inną rzeczą.
Kładłam go na tym wzorze wszechświata i po prostu zawisałam twarzą nad jego buzią, robiąc najbardziej szalone miny. „Czeeeeeeść Leeeeeeoooo. Patrzysz na gwiaaaaaaazdy?”. A on mi odpowiadał radosnym gruchaniem. To była rozmowa. Bardzo dziwna, jednostronna, ale jednak rozmowa.
Ta jedna mama z parku, która zepsuła mi wtorek
Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto musi popsuć nastrój. Kiedy Maja miała około dziesięciu miesięcy, byłyśmy w parku i huśtałam ją na huśtawce. Odstawiałam ten mój cały teatrzyk. „Juuuupiiii! Ale lecisz wyyysokoooooo!”
Kobieta obok mnie, huśtająca malucha ubranego w coś, co wyglądało jak miniaturowy lniany garnitur, pochyliła się i powiedziała bardzo głośno: „W naszym domu nie używamy języka zdrobnień. Uważamy, że opóźnia to procesy poznawcze”.
Przysięgam na boga, o mało co nie wystrzeliłam mojej mrożonej kawy prosto w piaskownicę. Po pierwsze, kto w ogóle tak mówi na placu zabaw we wtorek rano? Po drugie, co to w ogóle znaczy? Musiałam wykorzystać wszystkie pokłady samokontroli, żeby nie zapytać jej, czy jej maluch właśnie pisze pracę dyplomową z ekonomii geopolitycznej w przerwach między zjadaniem piasku.
Sama arogancja trendów wychowawczych milenialsów i pokolenia Z sprawia czasami, że chce mi się po prostu krzyczeć. Mamy tak ogromny dostęp do informacji, że wmówiliśmy sobie, że każda pojedyncza interakcja z naszymi dziećmi musi być zoptymalizowana pod kątem maksymalnej wydajności intelektualnej. Zamieniliśmy rodzicielstwo w sport wyczynowy, gdzie jeśli nie tłumaczysz niemowlakowi dokładnych praw fizyki działających na huśtawkę, ponosisz porażkę.
Moja ciocia z Grecji podczas odwiedzin zawsze nazywała dwójkę moich dzieci swoimi małymi babi, ściskając je za policzki i mówiąc do nich w tej pędzącej z prędkością karabinu maszynowego, piskliwej mieszance grecko-angielskiego bełkotu. I wiecie co? Uwielbiały to. Uśmiechały się. Czuły się bezpiecznie. Bo komunikacja to nie tylko transfer danych. To budowanie więzi.
A tak w ogóle, każdy, kto próbuje wam sprzedać fiszki edukacyjne dla niemowląt, najzwyczajniej w świecie kłamie i chce wyciągnąć od was kasę.
Faza ząbkowania i próby rozmawiania
Oczywiście o wiele trudniej jest prowadzić te małe „nianine” rozmowy, gdy twoje dziecko krzyczy, bo zęby wyrzynają mu się przez czaszkę. Kiedy Leo skończył pięć miesięcy, gaworzenie się skończyło i zaczęło się ślinienie.

Żuł po prostu własne pięści, moje ramię, legowisko psa – dosłownie wszystko. W końcu kupiliśmy Silikonowy Gryzak Uspokajający Wiewiórka. Będę z wami całkowicie szczera, jego design jest trochę od czapy. Na przykład, dlaczego wiewiórka trzymająca żołądź? Jest w porządku, działa, ale zawsze uważałam, że ma trochę dziwny kształt. Biorąc to pod uwagę, Leo z dziką rozkoszą znęcał się nad ogonem tej wiewiórki.
Siedziałam tam, trzymając to małe silikonowe kółeczko, podczas gdy on je żuł, i po prostu cicho do niego mówiłam. „Ooooch, boliczkoooo? Czy ząąąąąbki rosną?” Silikon łatwo było zetrzeć – co jest mega ważne, bo sama ilość śliny podczas ząbkowania jest przerażająca – ale szczerze mówiąc, to właśnie mój głos, to dziwne, rytmiczne, piskliwe zniekształcanie słów sprawiło, że uspokoił się na tyle, by w ogóle zacząć używać gryzaka.
Znalezienie tego, co naprawdę działa
Patrząc z perspektywy czasu na to, jak bardzo sztywni w swoich zasadach byliśmy z Dave'em na samym początku, szczerze robi mi się smutno. Przegapiliśmy czystą radość z brzmienia po prostu głupiutko przy naszym pierwszym dziecku, bo byliśmy tak przerażeni, że zrobimy to źle. Myśleliśmy, że musimy być idealnymi, dorosłymi wzorcami językowymi.
Jeśli jesteś teraz w samym środku tego wszystkiego, otoczona dziecięcymi gadżetami i zastanawiasz się, czy rujnujesz swoje dziecko, mówiąc do niego wysokim głosem, odpuść to sobie. Daj się temu ponieść. Przeciągaj samogłoski. Otwieraj bardzo szeroko oczy. Brzmij jak kompletna wariatka. Twoje dziecko nie chce idealnie wyartykułowanego wykładu o kondycji świata. Chce po prostu ciebie.
A jeśli szukasz rzeczy, które poważnie wytrzymują realia posiadania dziecka – ulewania, czas na podłodze, niekończące się pranie – nie mogę się nachwalić opcji z materiałów organicznych. Mieliśmy też Kocyk z Bawełny Organicznej Wesoły Pingwin, który był po prostu fantastyczny, żeby wrzucić go do wózka. Możesz przejrzeć wszystkie organiczne kocyki Kianao w ich kolekcji, żeby znaleźć coś, co nie będzie wyglądać koszmarnie w twoim salonie.
Ale jakiegokolwiek kocyka używasz i jakiekolwiek dziwne słowa wypowiadasz, po prostu do nich mów. To nie musi mieć sensu dla nikogo poza wami dwojgiem.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym, jak poruszać się po niesamowicie dziwnym świecie dziecięcej komunikacji i rozwoju, sprawdź pełny przewodnik Kianao na temat wczesnych etapów rozwoju niemowląt.
Kłopotliwe pytania, które zadają wszyscy (i moje szczere odpowiedzi)
Czy muszę przez cały dzień brzmieć jak postać z kreskówki?
O boże, nie. Twoje gardło dosłownie by krwawiło. Używałam tego całego piskliwego gadania tylko wtedy, gdy byłam z nimi twarzą w twarz podczas przewijania lub zabawy na podłodze. Jeśli po prostu chodziłam po domu, robiąc pranie, mówiłam moim normalnym głosem. Nie musisz być „włączona” 24/7. To wyczerpujące i niemożliwe.
A co, jeśli czuję się niewiarygodnie głupio, robiąc to?
Będziesz się tak czuć. Przez pierwsze dwa tygodnie będziesz się czuć jak kompletna idiotka, zwłaszcza jeśli twój partner jest w pokoju i cię obserwuje. Ale potem twoje dziecko się uśmiechnie – takim szczerym, bezzębnym uśmiechem od ucha do ucha – w reakcji na twój dziwny głos, i całkowicie przestaniesz przejmować się swoją godnością. Godność i tak umiera w chwili, gdy przynosisz noworodka do domu.
Czy jest różnica między gaworzeniem a prawdziwymi słowami?
Według mojej lekarki, tak. Gaworzenie to po prostu bawienie się swoimi strunami głosowymi. To te wszystkie „ba-ba-ba” i „da-da-da”. To nie znaczy, że wołają cię „Tata”. Przykro mi to mówić Dave'owi, który myślał, że czteromiesięczny Leo jest geniuszem. W gruncie rzeczy oni po prostu gazują silnik, żeby zobaczyć, jak działa ta maszyna.
A co, jeśli moje dziecko po prostu patrzy na mnie, jakbym zwariowała?
Maja robiła to cały czas. Odstawiałam te moje całe śpiewy i tańce, a ona po prostu obdarzała mnie tym pustym, niewzruszonym spojrzeniem, które sprawiało, że czułam się, jakbym była oceniana przez malutkiego, upitego mlekiem ducha. Wszystko gra. One to wszystko chłoną. Ich mózgi przetwarzają dźwięki, nawet jeśli ich twarze wyglądają całkowicie apatycznie.
Czy mój mąż też musi to robić?
Dave'owi zajęło o wiele więcej czasu oswojenie się z tym niż mnie. Czuł się śmiesznie. Ale ostatecznie znalazł swoją własną wersję – nie była tak piskliwa jak moja, ale naturalnie zaczął spowalniać słowa i przerysowywać mimikę twarzy. Mężczyźni z natury mają niższe głosy, więc ich mowa matczyna (a raczej ojcowska) brzmi inaczej, ale dopóki nawiązują kontakt wzrokowy i się angażują, dziecko dostaje dokładnie to, czego potrzebuje.





Udostępnij:
Jak przetrwać modę: Szklane cacka a żywiołowe bliźniaki
Wyszukiwanie Goo Goo Babies Uma Musume o 3 w nocy a prawdziwe życie