Siedzę właśnie na podłodze w salonie, masując obolałą piętę, bo niefortunnie nadepnęłam na zbłąkany drewniany klocek, niosąc przy tym kosz na pranie wielkości małego samochodu. Mój najmłodszy, dziewięciomiesięczny syn, siedzi na środku dywanu, chichocząc jak mały czarny charakter, z gracją Godzilli depcząc ruiny wieży, którą przez ostatnie dziesięć minut skrupulatnie dla niego budowałam. Myślałam, że czeka nas słodka, spokojna chwila edukacyjnej zabawy, zanim będę musiała spakować tuzin zamówień, ale nie. Dziś wybieramy demolkę.

To sprowadza mnie do największego kłamstwa na temat zabawek dla dzieci, jakim karmi nas internet. Spędź na Instagramie więcej niż pięć minut, a zobaczysz te nieziemsko spokojne, ubrane w beże matki, siedzące ze swoimi niemowlętami i w ciszy wznoszące architektoniczne cuda z naturalnego drewna. Dziecko wyciąga rączkę, kładzie na szczycie ostatni element i się uśmiecha. To absolutna fikcja.

Mit głosi, że kupujesz te zabawki, żeby twoje dziecko mogło budować. Brudna, głośna i brutalna prawda jest taka, że kupujesz je po to, by twoje maluchy mogły je doszczętnie zniszczyć. I szczerze mówiąc, uświadomienie sobie tego faktu zmieniło całe moje podejście do przetrwania dnia z trójką dzieci poniżej piątego roku życia.

Ku przestrodze: historia mojego najstarszego dziecka

Będę z wami całkowicie szczera. Gdy mój najstarszy syn, Leo, miał prawie rok, o mało nie nabawiłam się wrzodów żołądka ze stresu przez to, jak bawił się zabawkami. Kupiłam mu ten drogi, estetyczny zestaw ciężkich drewnianych klocków, bo gdzieś przeczytałam, że to najlepsze na świecie narzędzie wspierające rozwój. Usiadłam na naszym starym dywanie, zbudowałam mały mostek i czekałam, aż objawi się jego geniusz.

Wziął klocek do rączki, przyjrzał mu się i z całej siły cisnął nim przez pokój, robiąc wgniecenie w ścianie. Potem podczołgał się do psiej miski z wodą i próbował utopić w niej resztę zestawu. Kochaniutki, nie wykazywał absolutnie najmniejszego zainteresowania budowaniem.

Wpadłam w totalną panikę. Spędziłam tamtej nocy trzy godziny w internecie, wyszukując informacje o opóźnieniach motoryki małej i wmówiłam sobie, że moje dziecko ma nieodwracalne zaległości rozwojowe, bo niczego nie układało. Następnego dnia wpadła moja mama, która wychowała naszą czwórkę na tanich płatkach i zabawie wężem ogrodowym. Popatrzyła, jak próbuję zmusić Leo do połączenia dwóch elementów, i po prostu wybuchnęła śmiechem. Stwierdziła, że oczekuję od niemowlaka roboty budowlanej i że powinnam trochę wyluzować.

Miała rację, chociaż wtedy tylko przewróciłam na to oczami. Nakładamy na siebie ogromną presję, by natychmiast widzieć te idealne z obrazka efekty zabawek, które kupujemy dzieciom. Całkowicie zapominamy przy tym, że niemowlęta to w zasadzie małe, dzikie laboratoria badawcze – zanim zaczną przejmować się architekturą, muszą przetestować grawitację.

Co o tym wszystkim myśli nasza pani pediatra

Na ostatniej wizycie kontrolnej najmłodszego poruszyłam temat tego całego etapu rzucania i niszczenia, głównie dlatego, że miałam już dość unikania latających obiektów podczas drukowania etykiet kurierskich. Nasza pediatra to wspaniała, nieco zmęczona życiem kobieta, która zawsze mówi prosto z mostu. Kazała mi przestać oczekiwać od malutkiego dziecka zręczności neurochirurga.

What my pediatrician actually said about the whole thing — The Big Myth About Childrens Stacking Blocks

Według niej, chęć burzenia wszystkiego wokół ma swoje naukowe uzasadnienie i jest silnie powiązana z rozwojem ich małych rączek. Z tego, co zrozumiałam z jej wyjaśnień, wygląda to mniej więcej tak:

  • Chwyt całą dłonią: Przez pierwszych kilka miesięcy dzieci łapią przedmioty całą piąstką, co pani doktor nazwała chwytem dłoniowym. Fizycznie nie posiadają jeszcze odpowiedniego sprzętu, by delikatnie podnieść mały przedmiot. Łapią więc to, co mają przed sobą i pakują prosto do buzi.
  • Sztuka odpuszczania: Podobno umiejętność celowego wypuszczenia przedmiotu z rączki to ogromny kamień milowy, nazywany świadomym puszczeniem. Zanim dziecko cokolwiek ułoży, musi najpierw zorientować się, jak otworzyć dłoń na zawołanie. Zazwyczaj następuje to w okolicach pierwszego roku życia, co tłumaczy, dlaczego Leo po prostu rzucał rzeczami – on ćwiczył ich wypuszczanie!
  • Kontrolowanie siły: Wspomniała o czymś takim jak stopniowanie siły, co chyba po prostu oznacza naukę odkładania rzeczy bez niszczenia ich w stylu Hulka. Maluch potrzebuje naprawdę dużo czasu, by zrozumieć, jak delikatnie położyć jeden przedmiot na drugim, nie przewracając przy tym całej konstrukcji.

Zasadniczo powiedziała, że jeśli 15-miesięczne dziecko potrafi położyć na sobie dwa klocki, to radzi sobie świetnie. Dwa klocki! A ja zalewałam się zimnym potem, bo mój niemowlak nie budował Taj Mahal. Burzenie wież, które buduję, uczy ich zasady przyczyny i skutku, co jest po prostu eleganckim sposobem na powiedzenie, że lubią głośne dźwięki i zmuszanie mnie do układania wszystkiego od nowa.

Rzeczy, które teraz faktycznie wpuszczam do mojego domu

Mieszkając tutaj, na wiejskich terenach Teksasu, nie mam tego luksusu, by wyskoczyć do modnego butiku, kiedy potrzebuję prezentu lub nowej zabawki, która zajęłaby czymś dzieci. Zamawiam prawie wszystko przez internet i jestem niesamowicie wybredna, jeśli chodzi o to, co zajmuje przestrzeń w moim domu. Przy trójce dzieci bałagan mnoży się jak króliki, więc cokolwiek kupuję, musi naprawdę zapracować na swoje miejsce.

Stuff I actually let in my house now — The Big Myth About Childrens Stacking Blocks

Po incydencie z wgnieceniem w ścianie z udziałem Leo, całkowicie zmieniłam swoją strategię. Zrozumiałam, że twarde, ostre krawędzie drewna w połączeniu z chwiejnym, ząbkującym niemowlakiem to po prostu przepis na ukruszony ząb i zrujnowane popołudnie.

Właśnie wtedy natknęłam się na silikonowe alternatywy i nie przesadzam, mówiąc, że uratowało to moje zdrowie psychiczne. Kianao ma taki Miękki zestaw klocków dla niemowląt, który jest szczerze mówiąc jedną z niewielu zabawek, z których naprawdę korzystała cała trójka moich dzieci. Są wykonane z miękkiego, sprężystego silikonu spożywczego. Kiedy mój dziewięciomiesięczny synek rzuca jednym z nich w moją głowę, gdy akurat piję kawę, klocek po prostu się odbija. Bez wstrząśnienia mózgu, bez płaczu.

Oto dlaczego naprawdę je uwielbiam: Po pierwsze, kiedy się je ściśnie, lekko piszczą, co dla niemowlaka jest prześmieszne. Po drugie, mają wypukłe tekstury po bokach – zwierzątka, cyfry, małe kształty owoców – co jest niesamowitą ulgą przy ząbkowaniu. Mój najmłodszy potrafi po prostu usiąść i memłać bok klocka z cyfrą cztery przez dwadzieścia minut bez przerwy. A ponieważ przeraża mnie wizja toksycznych farb (jestem prawie pewna, że w latach dziewięćdziesiątych zjadłam czysty ołów ze skrzyni z zabawkami mojej babci, ale teraz jesteśmy mądrzejsi), fakt, że nie zawierają BPA ani formaldehydu, daje mi ogromny spokój ducha. Co więcej, za te trzydzieści parę dolców kosztują mniej niż jedne impulsywne zakupy w markecie, a żeby je umyć, wystarczy dosłownie wrzucić je do wanny.

Żeby być z wami w pełni szczerą, próbowałam też kilku innych rzeczy, które były tylko... okej. Na przykład moja mama kupiła nam Drewniany stojak edukacyjny, z którego zwisały piękne, małe jednorożce wykonane na szydełku. Jest przepiękny. Szydełkowa robota zachwyca, a drewniana rama w kształcie litery A wygląda, jakby wycięto ją prosto z wnętrzarskiego magazynu. Ale muszę być szczera – moje średnie dziecko, które jest absolutnym wulkanem energii, w wieku około sześciu miesięcy uznało, że drewniana rama to drążek do podciągania. To zabawka przeznaczona na etap leżenia i patrzenia w górę, w tych pierwszych miesiącach jest fantastyczna do zachęcania dzieci do wyciągania rączek i chwytania. Ale w sekundzie, w której zaczynają próbować akrobacji, trzeba ją spakować do pudełka. Jest urocza dla noworodka, ale nie posłuży przez wiele lat, tak jak sterta miękkich klocków, które mogą żuć aż do przedszkola.

Jeśli aktualnie toniecie w plastiku – w działających na baterie zabawkach, które świecą i śpiewają irytujące piosenki o 3 nad ranem – gorąco zachęcam do przejrzenia naszej kolekcji ekologicznych zabawek dla dzieci w poszukiwaniu rzeczy, od których nie będą krwawić wam uszy.

Akceptacja chaosu zamiast walki z nim

Myślę, że najtrudniejszą częścią macierzyństwa było dla mnie pożegnanie się z obrazem tego, jak to wszystko miało wyglądać w mojej głowie. Myślałam, że czas zabawy oznacza ciche siedzenie na czystym dywanie i delikatne sortowanie przedmiotów kolorami, podczas gdy w tle gra muzyka klasyczna.

Zamiast tego zabawa w moim domu to wszechobecna psia sierść, plamy z ulewania i moje próby dokończenia zimnej kawy, podczas gdy ja wiwatuję, bo mój maluch właśnie po raz piętnasty dzisiaj przewrócił wieżę z silikonowych klocków.

Jeśli chcecie, żeby wasze pociechy segregowały kolory, to życzę powodzenia. Ja szczerze mówiąc po prostu wrzucam je wszystkie do płóciennego kosza i nazywam to zwycięstwem. Prawda jest taka, że nie ma magicznej zabawki, która zamieni wasze dziecko w małego geniusza. Są tylko narzędzia, które pomagają im badać świat, a obecnie ten świat składa się z wkładania różnych rzeczy do buzi i rzucania nimi o podłogę, żeby sprawdzić, co się stanie.

Więc zamiast panikować z powodu opóźnień motoryki małej i kupować każdy estetyczny kawałek drewna dostępny na rynku, może po prostu usiądźcie na podłodze, pozwólcie im żuć silikonowy klocek i same zbudujcie wieżę, by mogły ją z satysfakcją zburzyć. Poddanie się tej destrukcji jest niesamowicie wyzwalające.

Jeśli jesteście gotowe przestać unikać ciężkich, drewnianych pocisków i chcecie czegoś, co można bez problemu umyć w zlewie, sprawdźcie miękkie akcesoria do zabawy dla dzieci, które na pewno nie zniszczą waszych ścian.

Pytania, które ciągle od was słyszę

Kiedy twoje dzieci tak szczerze zaczęły budować wieże?

Szczerze? Dopiero kiedy zbliżały się do drugich urodzin. Do około 18. miesiąca mój najstarszy syn potrafił może zbalansować na sobie dwie rzeczy, bił sobie brawo, a potem natychmiast kopał w nie z całej siły. Nie pozwólcie, by internet wmówił wam, że wasz roczniak jest w tyle tylko dlatego, że woli zjadać swoje zabawki, zamiast je układać.

Czy miękkie, silikonowe klocki są naprawdę lepsze od drewnianych?

Przez pierwsze półtora roku – absolutnie tak. Drewno jest świetne później, kiedy dzieci są starsze i budują małe forty, ale gdy ząbkują, ślinią się, rzucają wszystkim i niepewnie stoją na nóżkach, twarde drewno jest po prostu niebezpieczne. Miękkie zabawki to wybawienie dla moich nerwów i podłóg.

Jakim cudem utrzymujesz w czystości te gąbczaste klocki?

To moja ulubiona część. Dosłownie wrzucam je do siateczkowego worka na pranie i myję w zmywarce na górnej półce, albo wrzucam do miski z ciepłą wodą i płynem w zlewie. Jeśli spróbujecie zrobić to z drewnem, spuchnie i się zniszczy. Silikon jest praktycznie niezniszczalny.

Co zrobić, jeśli moje dziecko chce tylko wszystko burzyć?

Pozwól mu! Nasza pediatra sprawiła, że poczułam się z tym o wiele lepiej. Burzenie rzeczy to ich sposób na naukę przyczyny i skutku. Dowiadują się, że ich działania mają wpływ na otaczający świat. Ty jesteś teraz budowlańcem, a oni ekipą wyburzeniową. Dokładnie tak to powinno wyglądać.

Czy te rzeczy stwarzają ryzyko zadławienia?

Ze wszystkim, co się kupuje, trzeba być ostrożnym, ale klocki, które mam od Kianao, są po prostu zbyt duże, by w całości zmieścić się w buzi dziecka. Zawsze sprawdzajcie rozmiar – jeśli zabawka mieści się w rolce po papierze toaletowym, jest zbyt mała dla dziecka poniżej trzeciego roku życia. Miękkie silikonowe klocki, których używamy, są masywne i całkowicie bezpieczne przy intensywnym żuciu.