Jest rok 2018. Stoję w słabo oświetlonym, przesiąkniętym zapachem kadzideł butiku na Brooklynie, w spodniach do jogi z jakąś niezidentyfikowaną, zaschniętą plamą na kolanie. Maya ma sześć miesięcy i wrzeszczy wniebogłosy na częstotliwości, która z pewnością łamie lokalne przepisy o ciszy, a ja w panice wciskam kasjerowi czterdzieści dolców za sznurek nieoszlifowanych, żółtych koralików. Mój mąż, Dave, stoi na chodniku z dwoma letnimi latte na mleku owsianym i patrzy na mnie przez szybę, jakbym właśnie oficjalnie dołączyła do jakiejś sekty.
Bo w zasadzie tak było. Wstępowałam do Sekty Bursztynowych Naszyjników na Ząbkowanie.
Kiedy od sześciu tygodni nie spałaś dłużej niż trzy godziny z rzędu, a jakaś wygładzona filtrami kobieta z internetu mówi ci, że noszenie skamieniałej żywicy drzewnej w magiczny sposób pochłonie ból twojego niemowlaka, to nie prosisz o recenzowane badania medyczne, tylko rzucasz kartą kredytową w ekran i się modlisz. Byłam TAKA ZMĘCZONA. Kupiłabym nawet żywego borsuka, gdyby ktoś mi powiedział, że leczy ból przy ząbkowaniu. Kasjer wręczył mi ten miniaturowy dziecięcy klejnot w konopnym woreczku, a ja od razu, jeszcze w sklepie, zapięłam go na pulchnej, oślinionej szyi Mai.
Mały spoiler: wcale nie przestała płakać. Prawdę mówiąc, po prostu próbowała zjeść ten naszyjnik, co wywołało u niej odruch wymiotny, przez co zaczęła płakać jeszcze głośniej, a ja miałam ochotę usiąść na krawężniku i wylać morze łez do mojej zimnej kawy.
Dzień, w którym moja pediatra mnie zrugała
Dwa dni później miałyśmy wizytę kontrolną u dr Aris. Zostawiłam naszyjnik na szyi Mai, bo byłam święcie przekonana, że „kwas bursztynowy” potrzebuje po prostu czasu, by wchłonąć się do jej krwiobiegu. Dr Aris, która była ze mną podczas wszystkich moich paranoicznych schiz debiutującej mamy, rzuciła tylko okiem na szyję Mai, westchnęła i delikatnie zapytała, dlaczego założyłam mojemu dziecku narzędzie do duszenia.
Próbowałam wytłumaczyć jej te internetowe mądrości. Naprawdę próbowałam. Wybełkotałam coś o ciepłocie ciała i naturalnym łagodzeniu bólu, a dr Aris obdarzyła mnie tylko spojrzeniem pełnym głębokiego, empatycznego współczucia. Wyjaśniła, że te całe bursztyny to w zasadzie wielki mit i, co gorsza, coś niezwykle niebezpiecznego. Powiedziała, że często widuje na ostrym dyżurze maluchy, które albo zahaczyły tymi koralami o szczebelki łóżeczka podczas snu, albo – o zgrozo – zerwały sznurek i zachłysnęły się luźnymi koralikami.
Czułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Serio, dosłownie mdliło mnie z matczynego poczucia winy. Próbowałam przynieść mojemu dziecku ulgę, a tak naprawdę ubrałam je w coś, co groziło udławieniem, tylko dlatego, że byłam zbyt niewyspana, by trzeźwo myśleć. Aha, dr Aris wspomniała też o niemowlakach z dosłownym zatruciem ołowiem od tych dziwnych, homeopatycznych, magnetycznych bransoletek na ząbkowanie, ponieważ tani metal uwalnia toksyny. To absolutnie przerażające, więc pod żadnym pozorem ich też nie kupujcie.
Radzenie sobie z poczuciem winy przez rodzinne pamiątki
Bursztyny poszły w odstawkę, ale to nie rozwiązało szerszego problemu niemowlęcej biżuterii, która w mojej rodzinie jest zaskakująco dużym polem minowym. Ciotka Dave'a podarowała Mai na chrzciny piękną, tradycyjną złotą bransoletkę dla dzieci. Była oszałamiająca, z ciężkiego, 14-karatowego złota i ewidentnie miała stać się rodzinną pamiątką.

Z kolei moja własna mama dała nam ten malutki naszyjnik z pierwszą literką imienia, który sama nosiłam jako niemowlak w latach dziewięćdziesiątych. W teorii to urocze, ale gdy przyjrzysz się zapięciu, wygląda tak, jakby miało pęknąć, gdybyś tylko mocniej na nie chuchnęła.
Czułam się potwornie winna, trzymając te piękne przedmioty w ich welurowych pudełeczkach. Złota bransoletka była w miarę gładka, ale dr Aris wprost powiedziała mi, że dopóki dzieci nie skończą jakichś trzech lat, jakakolwiek biżuteria powinna być noszona wyłącznie „od wielkiego dzwonu”, i to pod twoim czujnym okiem. Wiadomo, szczere złoto jest o tyle lepsze, że nie wchodzi w reakcje ze skórą i nie wywoła paskudnej wysypki, tak jak robi to tani nikiel, ale fizyczne zagrożenia wciąż pozostają. Jeśli jest za luźna – spadnie i wyląduje w buzi. Jeśli za ciasna – odetnie krążenie w tych małych nadgarstkach. Nie da się wygrać w tę grę.
Mniejsza z tym. Rzecz w tym, że założyłyśmy Mai tę złotą bransoletkę na całe cztery minuty podczas rodzinnej sesji zdjęciowej. Od razu zaczęła ją gryźć jak metalową psią kość, ja wpadłam w panikę, zdjęłam ją, i teraz bransoletka mieszka w ognioodpornym sejfie w naszej szafie. Wybacz, ciociu Mario.
Jeśli naprawdę chcesz, żeby twoje dziecko wyglądało odświętnie na jakimś wydarzeniu, to zamiast wciskać je w ciężkie dodatki, które i tak będziesz musiała zdjąć dziesięć minut później, po prostu załóż mu ubranie, które zrobi robotę za ciebie. Na pierwsze urodziny Mai całkowicie zrezygnowaliśmy z biżuterii i po prostu ubraliśmy ją w Niemowlęce Body z Bawełny Organicznej z Falbankami od Kianao. Ma te przepiękne małe falbanki, dzięki którym wygląda niesamowicie elegancko, a tak naprawdę to tylko superelastyczna bawełna organiczna. Dzięki temu mogła zanurkować twarzą w swoim urodzinowym torcie i tarzać się po podłodze, a ja nie musiałam się martwić, że zahaczy naszyjnikiem o róg stołu.
Co tak naprawdę działa na ząbkowanie
Kiedy już pogodziłam się z tym, że magiczna biżuteria nas nie uratuje, musiałam znaleźć coś faktycznie bezpiecznego do gryzienia dla moich dzieci. Zanim trzy lata później pojawił się Leo, całkowicie porzuciłam już fazę eko-mamy z butików i szukałam wyłącznie rzeczy dużych, niezniszczalnych i łatwych do umycia.
Jeśli masz w domu ząbkującego potwora, który chce gryźć wszystko, co znajdzie się w zasięgu wzroku, musisz po prostu wyrzucić te ryzykowne naszyjniki z koralików, wsunąć do jego buzi zimny kawałek silikonu i starać się pamiętać, że ten etap w końcu mija, zanim całkowicie oszalejesz.
W przypadku Leo naszą absolutną deską ratunku był Gryzak Panda. Nie da się opisać, jak bardzo ten mały silikonowy miś uratował moje zdrowie psychiczne. Jest zupełnie płaski, więc jego niezdarne, czteromiesięczne rączki z łatwością go chwytały, a on potrafił przez wiele godzin wręcz obsesyjnie żuć uszy pandy. Zazwyczaj zostawiałam go na noc w lodówce obok mojej mrożonej kawy, więc rano, gdy budził się marudny i opuchnięty, mogłam po prostu wręczyć mu ten cudownie zimny gryzak wolny od BPA. A co w tym wszystkim najlepsze? Możesz go po prostu wrzucić do zmywarki. Żadnych dziwnych sznureczków, żadnego ryzyka zadławienia, tylko czysta ulga.
Jeśli porzucasz ryzykowne akcesoria i po prostu szukasz faktycznie bezpiecznych gadżetów do ząbkowania, sprawdź kolekcję organicznych akcesoriów niemowlęcych od Kianao.
Dodam, że nie każda zabawka sprawdzi się idealnie przy ząbkowaniu. Kupiłam też Leosiowi Zestaw Miękkich Klocków dla Niemowląt, myśląc, że będzie mógł je podgryzać, bo są z miękkiej gumy. Szczerze? Do ząbkowania nadawały się tak sobie, bo były trochę zbyt masywne, by mógł zmieścić je w buzi, kiedy był jeszcze naprawdę malutki. Ostatecznie jednak stały się jego absolutnie ulubionymi zabawkami do kąpieli, bo unoszą się na wodzie i sikają wodą, więc nieważne – wciąż używamy ich w wannie każdego wieczoru.
Zagrożenie płynące z mojej własnej biżuterii
Oto coś, przed czym nikt cię nie ostrzega: nawet jeśli zdecydujesz, że nie będziesz zakładać biżuterii swojemu dziecku, musisz całkowicie przemyśleć to, co *ty* nosisz.

Na co dzień nosiłam wielkie, cienkie złote kolczyki koła. To był mój znak rozpoznawczy. Pewnego popołudnia, kiedy Leo miał około ośmiu miesięcy, niosłam go na biodrze, próbując jednocześnie otworzyć drzwi wejściowe. Był w tej fazie chwytania i szczypania wszystkiego, a jego małe paluszki idealnie zahaczyły o moje prawe koło. Zanim zdążyłam w ogóle zareagować, szarpnął się do tyłu w stronę przechodzącego psa, ciągnąc za sobą kolczyk.
O Boże, jaki to był ból. Dosłownie krzyknęłam. Nie rozerwał mi całkowicie płatka ucha, ale krew się lała, a ja musiałam usiąść na podłodze w przedpokoju i wypić całą szklankę wody, by przestać się trząść. Kiedy Dave wrócił do domu, zastał mnie, jak przykładałam do ucha torebkę mrożonego groszku, podczas gdy Leo radośnie walił drewnianą łyżką w podłogę.
Po tym incydencie całkowicie zrezygnowałam z wiszącej biżuterii. Przerzuciłam się na malutkie wkrętki i przestałam nosić jakiekolwiek naszyjniki, dopóki w zasadzie nie poszedł do przedszkola. Niemowlęta są niewiarygodnie silne, a ich odruch chwytania to nie żarty. Jeśli masz długi łańcuszek lub wiszące kolczyki, na pewno je znajdą i za nie pociągną.
Debata o przekłuwaniu uszu
Nie mogę mówić o biżuterii niemowlęcej, nie wspominając o przekłuwaniu uszu, bo to kolejny temat, w którym każdy ma skrajnie mocną opinię. W niektórych kulturach przekłuwa się dzieciom uszy jeszcze przed wyjściem ze szpitala. W innych czeka się, aż będą nastolatkami.
Zapytałam o to dr Aris, ponieważ rodzina Dave'a wciąż dopytywała, kiedy Maya dostanie małe złote wkrętki. Moja pediatra stwierdziła wprost, że jeśli już mielibyśmy to zrobić, musielibyśmy poczekać do jej pierwszej tury szczepień przeciwko tężcowi (około 2. do 6. miesiąca życia) i musielibyśmy rygorystycznie dbać o ich higienę, ponieważ układ odpornościowy niemowląt jest niezwykle delikatny. Najważniejsza zasada jest taka, żeby używać kolczyków zakręcanych, które dosłownie wkręca się na sztyft, dzięki czemu nie można ich zdjąć i połknąć, a do tego nie kłują dziecka za uchem podczas snu.
Ostatecznie zdecydowaliśmy się poczekać. Zwyczajnie nie zniosłabym tego stresu, by do i tak już przytłaczającej listy codziennych obowiązków dodać „czyszczenie zainfekowanych płatków uszu”. Poza tym Maya miała ten okropny zwyczaj agresywnego pocierania bokiem głowy o materacyk w łóżeczku, gdy była zmęczona, a ja od razu wyobrażałam sobie, jak kolczyki haczą o prześcieradło.
Rodzicielstwo to w zasadzie nieskończona seria ocen ryzyka, przy których nie masz pojęcia, co robisz, ciągle w siebie wątpisz i po prostu próbujesz utrzymać wszystkich przy życiu do pory snu.
Zanim przejdziemy do tego, jak mój niesamowicie roztrzepany mózg spróbuje odpowiedzieć na wasze najczęstsze pytania – jeśli szukacie rzeczy, które wasze dziecko może bezpiecznie wziąć do buzi, nie przyprawiając was o zawał serca, przejrzyjcie gryzaki od Kianao i oszczędźcie sobie nerwów.
Moje chaotyczne odpowiedzi na wasze pytania o biżuterię
Czy moje dziecko może nosić naszyjnik chociaż do szybkiego zdjęcia?
Wiadomo, tak, pod warunkiem, że dosłownie trzymasz aparat i cały czas patrzysz prosto na nie. Tak zrobiliśmy w przypadku złotej bransoletki Mai. Ale w sekundę po opuszczeniu aparatu, zdejmij to z dziecka. Poruszają się tak szybko i wystarczy tylko jedna sekunda, żebyś odwróciła się po nawilżaną chusteczkę, a one w tym czasie pociągną za łańcuszek i go zerwą. To po prostu niewarte tych zimnych potów ze strachu.
Co jeśli moje dziecko połknie koralik z zerwanego naszyjnika?
Jeżeli połknie plastikowy lub drewniany koralik, czeka cię po prostu dokładne sprawdzanie każdej kupy przez kilka najbliższych dni, żeby upewnić się, że z niego wyszedł. Wciąż jednak musisz od razu skontaktować się z pediatrą. Jeśli połknie cokolwiek magnetycznego, albo baterię, JEDŹ NA OSTRY DYŻUR W TEJ CHWILI. Nie do końca rozumiem to od strony medycznej, ale dr Aris powiedziała, że magnesy mogą przyciągać się nawzajem przez ścianki jelit i spowodować dosłowną martwicę tkanek. To stan ogromnego zagrożenia życia. Po prostu trzymajcie maluchy z dala od magnetycznej biżuterii, kropka.
Jak grzecznie powiedzieć teściowej, że nie będziemy używać jej pamiątkowej biżuterii?
Zwal winę na lekarza. Zawsze zwalaj winę na pediatrę. Ja wprost powiedziała ciotce Dave'a: „O rany, tak bardzo uwielbiamy tę bransoletkę, ale dr Aris jest niesamowicie surowa i zapowiedziała, że na jej rączkach nie może znaleźć się absolutnie nic, dopóki nie podrośnie!”. Ludzie będą z tobą dyskutować, ale rzadko kłócą się z autorytetem surowego lekarza. Potem możesz włożyć biżuterię do ładnej gablotki w pokoju dziecięcym, żeby widzieli, że prezent jest doceniony, choć nienoszony.
Czy silikonowe naszyjniki na ząbkowanie są bezpieczne, jeśli to ja je noszę?
Te masywne silikonowe naszyjniki noszone przez mamy, żeby dzieci mogły je podgryzać, są na pewno bezpieczniejsze, niż gdyby to maluch miał je na sobie, ale szczerze? Jak dla mnie, były strasznie irytujące. Leo ciągle szarpał mnie za szyję, przez co bolała mnie głowa. Wolałam po prostu dać mu osobny, niezależny silikonowy gryzak, którym mógł manewrować do woli, nie dusząc mnie przy okazji.





Udostępnij:
Inwazja noworodka: Jak przetrwać i nie zwariować
Dlaczego szukanie bajki o Baby Johnie wywołało u mnie panikę