Mój telefon zawibrował po raz czwarty przed 9:00 rano, a ja o mało co nie upuściłam ulewającej tetrowej pieluchy prosto do kubka ze świeżą kawą. To była kolejna wiadomość na czacie grupowym od mojej kuzynki, błagająca całą naszą rodzinę o kupowanie głosów dla jej siedmiomiesięcznego malucha w jakimś wielkim konkursie internetowym. Kocham tego brzdąca z całego serca, ale między prowadzeniem sklepu na Etsy, utrzymywaniem przy życiu trójki dzieci poniżej piątego roku życia, a próbą ogarnięcia góry maleńkich ubranek, które zdają się samoistnie mnożyć w koszu na pranie, po prostu nie mam czasu ani budżetu, żeby wydawać kilkadziesiąt złotych dziennie na to, by mój siostrzeniec mógł zostać królem internetowych bobasów.

Zignorowałam wiadomość, ale potem zalogowałam się na Facebooka i zobaczyłam trzy inne mamy z mojej lokalnej grupy parentingowej, które udostępniały dokładnie ten sam link. Oczywiście, jako zmęczona, nieco cyniczna była nauczycielka, zaczęłam węszyć, podczas gdy mój najmłodszy był uwięziony w swoim krzesełku do karmienia z garścią rozgniecionych bananów. To, czego dowiedziałam się o całym tym oszustwie na „Dziecko Roku”, sprawiło, że miałam ochotę całkowicie odciąć się od sieci i wrzucić mój router prosto do oceanu.

Ten haker w piwnicy to kompletny mit

Wyjaśnijmy to sobie od razu, ponieważ największym mitem krążącym po naszej lokalnej grupie mam jest to, że cały ten konkurs to po prostu robota jakiegoś hakera z piwnicy, który próbuje ukraść dane waszych kart kredytowych, żeby kupować sobie płaskie telewizory. Dziewczyny, chciałabym, żeby to było takie proste – kartę kredytową zawsze można po prostu zastrzec i po sprawie. Prawda jest znacznie bardziej zawiła, całkowicie legalna i, szczerze mówiąc, o wiele bardziej przerażająca, gdy usiądziesz i uświadomisz sobie, co tak naprawdę dobrowolnie oddajesz.

Widzicie, ten konkurs nie kradnie waszych pieniędzy nielegalnie; prosi, byście oddały je same pod przykrywką plebiscytu popularności. Owszem, pieniądze z zakupu dodatkowych głosów rzekomo trafiają na konto fundacji Baby2Baby, która rozdaje pieluchy i mleko modyfikowane potrzebującym – co samo w sobie jest wspaniałe – ale to zupełnie nie o to tutaj chodzi. Prawdziwym problemem nie jest to, dokąd trafiają pieniądze, ale to, z czego rezygnujecie, aby wziąć udział w grze typu „zapłać, żeby wygrać”. Grze, w której do kolejnego etapu przechodzą po prostu te dzieci, których rodzice mają ogromne zasięgi w mediach społecznościowych albo bogatych wujków.

Drobny druczek, który odebrał mi apetyt

Moja babcia zawsze powtarzała, że jeśli nie płacisz za produkt, to ty jesteś produktem, i miała rację we wszystkim – no, może poza tym, jak upiec dobrą pieczeń. Kiedy bierzecie udział w tych masowych internetowych konkursach fotograficznych, musicie zaznaczyć małe okienko, akceptując ich regulamin. Nikt tego absolutnie nie czyta, bo wszystkie po prostu staramy się przetrwać do drzemki naszych maluchów.

The fine print that made me lose my appetite — Is the Baby of the Year Scam Actually Stealing Your Data?

Tym razem jednak go przeczytałam i będę z wami szczera – to istne szaleństwo. Firma zajmująca się zapleczem konkursu w zasadzie otrzymuje licencję na wykorzystanie zdjęć, imienia waszego dziecka oraz informacji, które podajecie. Praktycznie rzecz biorąc, zrzekacie się praw do cyfrowego wizerunku własnego dziecka, żeby oni mogli go wykorzystać do dowolnych celów marketingowych w przyszłości.

Wiem, że brzmię nieco paranoicznie, ale historia mojego najstarszego syna to dla mnie ostateczna przestroga. Kiedy się urodził, byłam tą naiwną świeżo upieczoną mamą, wrzucającą milion publicznych zdjęć, jak kąpie się w wanience, śpi, je groszek – do wyboru, do koloru. Rok później przyjaciółka wysłała mi screena z dziwnego konta na Instagramie, które wykorzystywało zdjęcia mojego własnego dziecka, by sprzedawać jakieś podejrzane żelki na odporność dla maluchów. Zablokowanie tych fałszywych profili zajęło mi pół roku walki z platformami społecznościowymi, a nadal mam koszmary na myśl o tym, gdzie jeszcze te zdjęcia mogły trafić.

Co naprawdę powiedział mój lekarz o tych niewinnych zdjęciach

Kiedy zabrałam moje średnie dziecko na wizytę kontrolną w czwartym miesiącu życia, żaliłam się naszemu pediatrze, doktorowi Evansowi, na całą tę aferę z kradzieżą zdjęć. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że po prostu przytaknie i zajrzy mojemu synkowi w uszy. Zamiast tego przysunął sobie stołek i zafundował mi przerażające zderzenie z rzeczywistością w kwestii cyfrowej prywatności, po którym miałam ochotę usunąć absolutnie każdy ślad mojej obecności w internecie.

Nie do końca rozumiem naukowe podstawy działania tych wszystkich algorytmów, ale w dużym skrócie wyjaśnił mi, że robienie tysięcy zdjęć twarzy dziecka i umieszczanie ich w publicznych bazach danych pozwala sztucznej inteligencji na mapowanie ich rysów. Rzucał pojęciami takimi jak „cyfrowe porwanie” czy „eksploracja danych z rozpoznawaniem twarzy” i chociaż nie potrafiłabym wam wyjaśnić technicznej różnicy między nimi, jestem prawie pewna, że miał na myśli to: obcy ludzie mogą pobrać wizerunek waszego dziecka, postarzyć go za pomocą AI i przypisać do fałszywych tożsamości w celu np. wyłudzeń kredytowych – i to zanim wasz maluch zdąży w ogóle pójść do przedszkola.

To było co najmniej otrzeźwiające. Cyfrowy ślad waszego dziecka zaczyna się w sekundzie, w której publikujecie zdjęcie z USG. A oddanie ich wizerunku za iluzoryczną szansę jeden na milion na okładkę magazynu, zupełnie nie współgra z moim macierzyńskim pragmatyzmem i zdrowym rozsądkiem.

Rzeczy, których tak naprawdę potrzebujesz zamiast punktów w internecie

Słuchajcie, doskonale rozumiem pokusę pochwalenia się dzieckiem, bo kiedy maluch w końcu uczy się uśmiechać zamiast tylko puszczać bączki, czujesz się, jakbyś stworzyła najgenialniejszego człowieka na ziemi. Ale wcale nie musimy wystawiać ich na cyfrową arenę, żeby udowodnić światu, że są wspaniałe. Jeśli mam zamiar wydawać moje ciężko zarobione pieniądze na dzieci, to wolę je przeznaczyć na rzeczy, które bezpośrednio dotykają ich skóry i chociaż odrobinę ułatwiają mi życie.

Stuff you honestly need instead of internet points — Is the Baby of the Year Scam Actually Stealing Your Data?

Będę z wami całkowicie szczera, mój najstarszy syn praktycznie ukradł ten Kocyk dla dziecka z bawełny organicznej w misie polarne w sekundzie, w której wyjęłam go z pudełka dla mojego najmłodszego. Kosztuje około dwustu złotych, przez co mój mąż aż zakrztusił się herbatą, ale dziewczyny, ta rzecz jest niezniszczalna. Kocyk jest dwuwarstwowy, odpowiednio ciężki, by dawać przyjemne otulenie, a jednocześnie na tyle przewiewny, że moje potliwe małe urwisy nie budzą się całe mokre. Misie polarne są urocze, ale nie w tym krzykliwym, neonowo-kreskówkowym stylu, od którego boli mnie głowa. Poza tym, z każdą kolejną przeprawą przez pralkę kocyk staje się coraz bardziej miękki.

A teraz coś o produkcie takim jak to Niemowlęce body bez rękawów z bawełny organicznej. Słuchajcie, powiem wam wprost – jest po prostu w porządku. Robi to, co ma robić. Jest niesamowicie miękkie, ponieważ zostało uszyte z bawełny organicznej z certyfikatem GOTS, co jest fantastyczne, zwłaszcza przy nagłych nawrotach egzemy u mojego średniaka. Ale ma tylko pięć procent elastanu, co oznacza, że jeśli macie tak pulchnego bobasa jak mój, wciskanie jego małych rączek w te otwory na ramiona (podczas gdy on wyrywa się jak dziki kot) to istny trening na siłowni. Kiedy już je założycie, jest super i wygląda uroczo, ale sam proces ubierania to już dyscyplina olimpijska.

Jeśli szukacie czegoś nieziemsko miękkiego, co nie wymaga zapasów z dzieckiem, to Bambusowy kocyk niemowlęcy we wzór kosmosu będzie o wiele lepszym wyborem, zwłaszcza na letnie upały. Posiada mieszankę 70% bambusa i 30% bawełny organicznej, dzięki czemu w dotyku sprawia wrażenie delikatnie chłodnego – co w moim odczuciu graniczy z prawdziwymi czarami. Moje dzieci ciągają go po błocie, ja go piorę, a on nadal wygląda jak rozgwieżdżone nocne niebo, a nie brudna szmata.

Jeżeli próbujecie zorientować się, co tak naprawdę przyda się w waszym pokoju dziecięcym, zamiast stresować się zasięgami w internecie, zajrzyjcie do naszej kolekcji kocyków z bawełny organicznej, gdy tylko znajdziecie dla siebie wolną chwilę.

Jak radzę sobie z cyfrową presją, nie tracąc przy tym zmysłów

Radzenie sobie z członkami rodziny, którzy desperacko chcą publikować zdjęcia waszego dziecka na swoich profilach, to bardzo delikatna sprawa. Szczególnie, gdy jest to babcia z dobrymi intencjami, która właśnie nauczyła się używać hashtagów. Kiedy tonę w wiadomościach, w których ktoś namawia mnie do zgłoszenia dziecka na bobasa roku lub błaga o zdjęcie, którym będzie mógł podzielić się z pięciuset znajomymi na Facebooku, staram się opierać na kilku – może trochę chaotycznych, ale dobrze działających – strategiach.

  • Mocno zrzucam winę na lekarza: Nie mam absolutnie żadnych skrupułów, żeby zrzucić to na doktora Evansa. Mówię ciociom, że nasz pediatra wyraźnie ostrzegł nas przed udostępnianiem zdjęć w sieci ze względu na ryzyko kradzieży tożsamości. To zazwyczaj zamyka dyskusję znacznie szybciej, niż gdybym po prostu powiedziała, że nie chcę tego robić.
  • Usuwam dane ze zdjęć: Próba rozszyfrowania metadanych, podczas gdy maluch krzyczy o sok, jest koszmarna. Ale wyłączenie usług lokalizacyjnych w aparacie w telefonie przed zrobieniem zdjęcia sprawia, że nawet jeśli zdjęcie trafi do sieci, nikt nie będzie wiedział, w którym konkretnie parku siedzieliście.
  • Używam prywatnej aplikacji do zdjęć: Kupiliśmy wreszcie dziadkom taką cyfrową ramkę na zdjęcia i daliśmy im dostęp do prywatnej aplikacji, do której wrzucam wszystkie te urocze, zabałaganione, w połowie rozebrane fotki z kąpieli, które pod żadnym pozorem nie powinny znaleźć się w otwartym internecie.

Szczerze mówiąc, waszego malucha naprawdę nie obchodzi, czy wygra okładkę w czasopiśmie, czy nagrodę pieniężną, której i tak nie zobaczy, dopóki nie skończy osiemnastu lat. Dziecko po prostu potrzebuje was, czystej pieluchy i może jeszcze pięciu minut w spokoju na przeżuwanie waszych kluczyków do samochodu. Ochrona jego prywatności teraz to ogromny prezent, za który nawet nie będzie wiedziało, że ma wam w przyszłości podziękować.

Jesteście gotowe skupić się na tych namacalnych, naturalnych rzeczach, które realnie dadzą waszemu dziecku poczucie komfortu? Poświęćcie sekundę i zapoznajcie się z naszą ofertą niezbędników niemowlęcych z bawełny organicznej i zainwestujcie w świetnej jakości pamiątkowe rzeczy, które posłużą wam na lata.

Odpowiedzi na wasze późnonocne paniczne pytania

Czy ten konkurs to rzeczywiście legalne oszustwo?
Cóż, z prawnego punktu widzenia, nie, to nie jest oszustwo w tym sensie, że biorą wasze pieniądze i uciekają. Oni naprawdę przekazują fundusze na cele charytatywne i rzeczywiście wyłaniają zwycięzcę. Ale szczerze mówiąc, dla mnie to po prostu śmierdzi naciąganiem. Żeruje na naszej rodzicielskiej dumie i zamienia nasze dzieci w małe, zbierające fundusze billboardy dla firmy, która może potem gromadzić ich zdjęcia.

Co stanie się ze zdjęciami mojego dziecka, jeśli wzięłam udział?
Jeśli już je przesłałaś, weź głęboki oddech, bo panika w niczym tu nie pomoże. Drobny druczek zazwyczaj mówi, że mają oni licencję na korzystanie z obrazów, ale możesz spróbować wysłać do firmy e-mail z oficjalną prośbą o usunięcie twoich danych. Nie jestem prawnikiem i nie mam pojęcia, czy faktycznie posłuchają, ale warto wysłać wiadomość, żeby mieć to przynajmniej na piśmie.

Jak powiedzieć rodzinie, by przestała głosować lub udostępniać linki?
Ja zazwyczaj piszę na czacie rodzinnym krótką i bezpośrednią wiadomość w stylu: „Hej wszystkim, robimy krok w tył, jeśli chodzi o publiczne udostępnianie wizerunku dzieci, ze względu na pewne dziwne kwestie związane z prywatnością, o których czytaliśmy. Dlatego bardzo was prosimy, nie udostępniajcie ich zdjęć i nie zgłaszajcie ich do żadnych konkursów”. Ktoś na pewno się obrazi, ale z pewnością mu przejdzie do najbliższych świąt.

Czy obcy ludzie naprawdę mogą ukraść tożsamość mojego dziecka ze zdjęcia?
Właśnie to mój lekarz próbował wbić do mojego wykończonego mózgu. To nie jest tylko samo zdjęcie; to zdjęcie w połączeniu z ich imieniem, wiekiem i rodzinnym miastem, które pewnie masz podane w swoim profilu. Wszystkie te małe kawałki układanki sprawiają, że komuś, kto ma za dużo wolnego czasu, niesamowicie łatwo jest uzbierać przerażającą ilość informacji.

Jaki jest bezpieczniejszy sposób dokumentowania ich etapów rozwoju?
Po kradzieży zdjęć mojego najstarszego syna postawiłam na starą szkołę. Wywołuję fizyczne zdjęcia w drogerii i wklejam je do zwykłego albumu. Jeśli zależy wam, by pozostać przy rozwiązaniach cyfrowych, to upewnienie się, że wasze konta są prywatne i akceptowanie tylko tych obserwatorów, których naprawdę znacie w prawdziwym życiu, jest dobrym początkiem. Chociaż szczerze mówiąc, nic w sieci nie jest tak naprawdę w stu procentach bezpieczne.