Była 3:14 w nocy, wtorek w listopadzie, a w mieszkaniu było przeraźliwie zimno. Stałam na środku naszego ciasnego przedpokoju ubrana w ohydną, neonowopomarańczową koszulkę dresową mojego męża Dave'a z czasów liceum – tę, która na zawsze przesiąkła zapachem starych chusteczek do suszarki i rozpaczy – ponieważ Leo przed chwilą ulał z siłą gejzeru na moją ostatnią czystą bluzkę do karmienia. Leo miał wtedy cztery miesiące i był całkowicie rozbudzony. Nie płakał. Po prostu nie spał. I gapił się na mnie.

Dave, który zazwyczaj jest bardzo pomocny, ale czasem zupełnie nie czyta sytuacji, włączył na głośniku w przedpokoju swoją „nocną playlistę relaksacyjną”, żeby pomóc nam przetrwać regres snu. Leciał Peter Frampton. A dokładnie ta jedna piosenka. I kiedy tak przerzucałam moje dziewięciokilogramowe, niemrugające dziecko z lewego biodra na prawe, a plecy bolały mnie w miejscach, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia, zaczęłam od niewyspania mieć muzyczne halucynacje. No bo Peter Frampton na pewno nie miał ząbkującego niemowlaka wyrywającego mu włosy z głowy, kiedy pisał te słowa. Ale kiedy Leo agresywnie szczypał mnie w nos i wpatrywał się we mnie swoimi wielkimi jak spodki oczami w słabym, bursztynowym świetle lampki nocnej, dotarło do mnie coś przerażającego.

To było to. To była jego własna wersja czułości.

Niemowlęta to w zasadzie maleńcy, pijani mlekiem kosmici, którzy nie mają absolutnie żadnych manier i nie potrafią mówić. Nie dadzą ci laurki ani nie powiedzą „kocham cię”, bo przecież nie mają nawet zębów. Zamiast tego wysyłają ci te dziwaczne, czasem wręcz bolesne fizycznie sygnały, które musisz jakoś rozszyfrować, jadąc na oparach po trzech godzinach przerywanego snu i letniej kawie. Dosłownie śpiewałam pod nosem Ooh, baby, I love your way jak jakąś obłąkaną kołysankę, krążąc po pokoju i próbując wmówić sobie, że jego kategoryczna odmowa spania bez bycia fizycznie przyssanym do mojego ciała to tak naprawdę komplement. Urojenia? Całkiem możliwe.

Złowieszczy pojedynek na spojrzenia

Okej, pomówmy o tym gapieniu się. Gdyby dorosły człowiek patrzył na ciebie tak, jak patrzy na ciebie noworodek, od razu wezwałabyś policję. To jest intensywne. Bez mrugania. Masz wrażenie, że patrzą ci prosto w duszę i oceniają twój niechlujny kok na czubku głowy i wszystkie życiowe wybory.

Kiedy urodziła się Maya, moja starsza córka, to wpatrywanie się przyprawiało mnie o ciarki. Wspomniałam o tym naszej pediatrze, dr Miller, na bilansie dwumiesięcznym, bo byłam przekonana, że moje dziecko się zepsuło albo, nie wiem, próbuje zapamiętać moją twarz w jakimś niecnym celu. Dr Miller tylko się roześmiała i powiedziała, że to intensywne wpatrywanie się ma podłoże biologiczne. Chodzi o to, że w ich mózgach tworzą się ścieżki neuronowe odpowiedzialne za rozpoznawanie twarzy i poczucie bezpieczeństwa. Mówiąc wprost, gapią się na ciebie, ponieważ twoja twarz to cały ich świat i patrzenie na nią daje im poczucie bezpieczeństwa. Dave raz wygooglował tekst Baby, I love your way, gdy tak krążyliśmy po przedpokoju, i zażartował, że wers „Widzę zachód słońca w twoich oczach” opowiada po prostu o dziecku, które próbuje utrzymać swojego rodzica w stanie wiecznej bezsenności. Uważa, że jest przekomiczny. To wyczerpujące.

W każdym razie chodzi o to, że to gapienie się to miłość. Trochę przerażająca miłość, ale jednak miłość. I szczerze mówiąc, to jedyne potwierdzenie twoich starań, jakie dostajesz w tych pierwszych miesiącach, zanim nauczą się uśmiechać. Musisz po prostu siedzieć pokryta różnymi płynami ustrojowymi i pozwalać im gapić się na siebie, aż ich małe mózgi przyporządkują cię do kategorii „Bezpieczny Człowiek, Który Daje Mleko”.

Aha, i tak, kiedy drą się wniebogłosy, jakbyś umierała, w sekundę po tym, jak tylko wyjdziesz do łazienki, to po prostu włącza się zjawisko stałości obiektu, co oznacza, że wiedzą, że istniejesz i chcą, żebyś wróciła. No cóż, wszyscy to znamy.

Zejście do parteru, prosto w okruszki

Więc jak mamy im pokazać, że też ich kochamy? Przez bardzo długi czas moim instynktem było po prostu nieustanne noszenie ich na rękach, co jest super, dopóki nie musisz na przykład zrobić sobie kanapki albo zachować resztek zdrowia psychicznego. Dr Miller powiedziała mi kiedyś, że najprostszym sposobem na pokazanie dziecku, że przy nim jesteś, wcale nie jest kupowanie tony gadżetów, ale po prostu fizyczne zniżenie się do jego poziomu.

Getting down on the floor where all the crumbs are — Oh Baby I Love Your Way: How Infants Actually Show Affection

Z Leo spędziłam wręcz zawstydzającą ilość czasu leżąc plackiem na dywanie w salonie. Mieliśmy Drewniany Stojak Edukacyjny z Motywami Roślinnymi, który na początku kupiłam tylko dlatego, że ładnie wyglądał i pasował do naszej kanapy (co jest najgłupszym powodem na kupowanie wyprawki, ale padłam ofiarą Instagrama). Okazało się, że to nasz najlepszy nabytek. Konstrukcja jest drewniana i wiszą na niej takie małe materiałowe księżyce oraz listki zrobione na szydełku.

Kładłam się na podłodze obok niego – ignorując psią sierść i zbłąkane płatki śniadaniowe, które Maya na pewno wcisnęła pod dywan – i po prostu patrzyłam z nim w górę na małe, musztardowe listki. Byliśmy twarzą w twarz. Bez telefonów, bez wielozadaniowości. Tylko on i ja pod tym malutkim drewnianym baldachimem. A kiedy już zejdziesz na dół, dokładnie na linię ich wzroku, robią ten uroczy, ekscytujący taniec całym ciałkiem. Rozpoznają, że właśnie wkroczyłaś do ich małego, specyficznego wszechświata. To niezwykle budujące uczucie, pod warunkiem, że potrafisz zignorować błagający o litość odcinek lędźwiowy, gdy przychodzi pora, by znów wstać.

Przestań próbować od razu wszystko naprawiać i po prostu pomęczcie się razem

To była dla mnie najtrudniejsza lekcja przy Mayi i wciąż miałam z tym problem, gdy na świecie pojawił się Leo. Kiedy twoje dziecko płacze, wszystkie ewolucyjne dzwonki alarmowe w twojej głowie krzyczą: NAPRAW TO NATYCHMIAST. Wpadasz ze smoczkiem, chwytasz rożek, zaczynasz tę gorączkową rutynę szuszenia, lulania i bujania, jakbyś próbowała rozbroić bombę przed detonacją.

Ale czasem wcale nie płaczą, bo potrzebują nowej pieluchy albo butelki. Czasem są po prostu przebodźcowane, zmęczone albo sfrustrowane, bo bycie niemowlakiem jest pewnie szczerze mówiąc przerażające. Terapeutka w naszej grupie wsparcia dla mam powiedziała nam kiedyś, że zamiast od razu „zatykać” dziecko smoczkiem, powinnyśmy spróbować uprawomocnić jego uczucia, mimo że nie ma pojęcia, co do niego mówimy. Kiedy zrobiłam to po raz pierwszy, czułam się jak kompletna idiotka. Maya urządziła awanturę w środku alejki w supermarkecie, a ja, zamiast wciskać jej pierś do buzi albo uciekać ze sklepu, po prostu przytuliłam ją mocno do klatki piersiowej i mruknęłam: „Wiem, te świetlówki są okropne, ja też mam dość, to jest do bani”.

Wcale nie sprawiło to magicznie, że przestała płakać, ale moje ciśnienie spadło. Przestałam panikować. A ponieważ byłam spokojniejsza, ona w końcu też się wyciszyła. Nie musisz być oddziałem taktycznym SWAT za każdym razem, gdy marudzą. Czasami trzeba po prostu wspólnie zaakceptować ten chaos.

A skoro mowa o rzeczach, które tylko po części pomagają w nieszczęściach: ząbkowanie. Kiedy wyżynał się pierwszy ząbek Leo, w przypływie paniki kupiłam Ręcznie Robiony Drewniano-Silikonowy Gryzak od Kianao. Słuchajcie, to jest naprawdę świetny gryzak. Drewno jest surowe, silikonowe kuleczki są bezpieczne, a miętowy kolor jest prześliczny. Maya jako maluch szczerze uwielbiała żuć takie rzeczy. Ale Leo? Leo uznał, że ten konkretny gryzak wcale nie jest do masowania dziąseł, ale jest znakomitym pociskiem do rzucania w głowę naszego golden retrievera ze swojego krzesełka do karmienia. Dzieci są całkowicie irracjonalne. Nadal nosiłam go w torbie do wózka, bo od czasu do czasu raczył potrzymać go w rączce, ale głównie stał się on po prostu bardzo estetyczną zabawką dla psa. Prawda jest taka, że kupowanie jakiegokolwiek gadżetu dla dziecka to czysta loteria.

Szukasz rzeczy, które faktycznie mogą pomóc ci przetrwać pierwszy rok? Sprawdź naszą kolekcję organicznych akcesoriów dla niemowląt, zanim zupełnie postradasz zmysły.

Dotyk to ich prawdziwy język

Jest mnóstwo badań naukowych o oksytocynie i kontakcie skóra do skóry, z których rozumiem najwyżej połowę, ale ich sedno jest takie, że bycie fizycznie przyklejonym do ciebie sprawia, że ich mózg uwalnia hormony szczęścia. Dr Miller ciągle wałkowała korzyści płynące z chustonoszenia i masażu niemowląt.

Touch is their actual language — Oh Baby I Love Your Way: How Infants Actually Show Affection

Raz spróbowałam tego masażu dla niemowląt po obejrzeniu filmiku na YouTubie o drugiej w nocy. Przyniosłam specjalny organiczny olejek, przygasiłam światło, włączyłam delikatną muzykę. Zaczęłam delikatnie pocierać małe nóżki Leo, myśląc, że właśnie przeżywamy wspaniały moment budowania więzi, a on natychmiast zafundował mi wypadek pieluchowy prosto na moje ręce i dywan. Tyle w temacie domowego spa.

To, co u nas naprawdę się sprawdziło, to zwykła, leniwa bliskość. Gdy tylko siadam na kanapie, od razu jestem wzywana do akcji. One po prostu chcą na tobie leżeć. Kiedy Leo miał najgorszy regres snu, jedynym sposobem, by odłożyć go spać do łóżeczka, było oszukanie go, że nadal go trzymam. Używałam do tego naszego Kocyka z Bawełny Organicznej we Wzór Gruszek. To aż śmieszne, jak bardzo uwielbiam ten konkretny kocyk. To bawełna organiczna, jasne, ale najważniejsze jest to, że ma wręcz idealną wagę. Nosiłam go wokół szyi jak gigantyczny, uświniony szalik przez kilka godzin, żeby przesiąkł moim zapachem, a kiedy w końcu, u kresu sił, opuszczałam jego śpiące ciałko do dostawki, kładłam kocyk mocno na nim (bezpiecznie podwinięty, spokojnie internetowi mędrcy), żeby wciąż czuł mój zapach i ciężar czegoś, co go trzyma.

Tani chwyt, ale działał przez jakieś 40% czasu, co w niemowlęcej matematyce oznacza ogromne zwycięstwo.

Zaufaj własnemu wyczerpanemu instynktowi zamiast radom z internetu

To moment, w którym muszę się przyznać, ile czasu spędziłam, płacząc nad parentingowymi blogami w środku nocy. Wpisujesz w Google jedną rzecz na temat więzi z niemowlakiem i nagle lądujesz na forum, gdzie niejaka EarthMama77 uświadamia cię, że jeśli nie śpisz z dzieckiem w jednym łóżku do trzeciego roku życia, to trwale niszczysz mu psychikę.

Mam poważne stany lękowe. Myśl o współspaniu czy dzieleniu łóżka przerażała mnie do szpiku kości. Nie dałabym rady. Leżałabym sztywno wpatrując się w sufit, z absolutnym przekonaniem, że zaraz się przewrócę i zgniotę moje dziecko. Ale czytając te blogi, czułam się tak, jakbym odrzucała jego miłość, kładąc je w jego własnym łóżeczku.

Skończyło się na tym, że miałam w gabinecie lekarskim absolutne załamanie nerwowe na tym punkcie. Dr Miller podała mi chusteczkę i stanowczo powiedziała, żebym przestała czytać w internecie. Przypomniała, że Amerykańska Akademia Pediatryczna zdecydowanie zaleca dzielenie sypialni, ale bez dzielenia łóżka przez pierwsze 6 do 12 miesięcy, żeby zmniejszyć ryzyko SIDS. Takie były porady medyczne. Mój lęk nie oznaczał, że jestem złą, niezaangażowaną matką; to był mój instynkt, który podpowiadał, co jest bezpieczne dla mojego własnego mózgu i mojego własnego dziecka. Bliskość nie wymaga narażania na niebezpieczeństwo. Możesz okazać dziecku miłość, kładąc je bezpiecznie w łóżeczku tuż przy swojej twarzy, gdzie możesz zwiesić rękę przez szczebelki i pozwolić mu trzymać cię za mały palec, aż ręka całkowicie ci zdrętwieje.

Bo taka jest właśnie rzeczywistość słów o wielkiej miłości do dzieci, prawda? Nie ma w tym nic romantycznego. To pozwolenie, by ramię drętwiało ci przez czterdzieści pięć minut, by poczuły się bezpiecznie. To pachnienie kwaśnym mlekiem i rezygnacja ze swojej cielesnej autonomii. To obrywanie w czoło drewnianym gryzakiem i zwykłe westchnięcie.

Przestajecie być uroczą, romantyczną parą, a stajecie się oddziałem przetrwania taktycznego. Dave i ja przez pierwsze sześć miesięcy życia Leo ledwie rozmawialiśmy ze sobą za pomocą pełnych zdań; porozumiewaliśmy się, chrząkając i wymachując gorączkowo rękami nad przewijakiem. Obniżyliśmy nasze oczekiwania tak bardzo, że sięgnęły dna. Dom przypominał strefę klęski żywiołowej, przez trzy dni w tygodniu jedliśmy na kolację mrożone gofry, ale nasze dzieci były kochane. I one o tym wiedziały. Pokazywały nam to, wyciągając swoje pulchne ramiona, gdy wchodziliśmy do pokoju i patrząc na nas tak, jakbyśmy byli jedynymi dwoma ludźmi na Ziemi.

To jest po prostu bałagan, wyczerpanie i od czasu do czasu obrzydlistwo. Ale uwierz mi, gdy w końcu patrzą na ciebie i uśmiechają się tym pierwszym szczerym, świadomym i bezzębnym uśmiechem? Totalnie cię to rozwala. W najlepszym możliwym znaczeniu.

Jesteś gotowa przetrwać tę piękną i wyczerpującą podróż z produktami, które naprawdę mają sens? Poznaj naszą pełną kolekcję zrównoważonych zabawek i akcesoriów dla niemowląt, zanim skończy się kolejna drzemka.

Szczere i bezkompromisowe FAQ o miłości niemowląt

Czy to normalne, że mojego noworodka zdaje się w ogóle nie obchodzić, czy jestem w pokoju?
O rany, tak. Noworodki to w zasadzie małe ziemniaczki z problemami trawiennymi. Przez pierwsze kilka tygodni i tak ledwo widzą czubek własnego nosa. Nie są jeszcze rozwinięte na tyle, by okazywać preferencje. O ile tylko je karmisz i w miarę utrzymujesz w czystości, świetnie ci idzie. Rozpoznawanie i rozpaczliwe trzymanie się kurczowo twojej nogi przyjdzie później, zazwyczaj w okolicach 4-6 miesiąca, a wtedy będziesz błagać o powrót czasów bycia „ziemniaczkiem”.

Dlaczego moje dziecko drze się tylko na mnie, a nie na mojego partnera?
Ponieważ to ty jesteś jego bezpieczną przystanią. Brzmi to jak kara, wiem. Dave potrafił ukołysać Mayę do snu w pięć minut, ale w sekundę po moim wejściu do pokoju totalnie traciła zmysły. Moja lekarka wyjaśniła mi, że maluchy trzymają emocje na wodzy przez cały dzień, a kiedy widzą swoją główną „figurę przywiązania”, po prostu wyrzucają z siebie cały ten emocjonalny bagaż. Jesteś w zasadzie ich emocjonalnym śmietnikiem. Gratulacje!

Czy rozpuszczę dziecko od ciągłego noszenia na rękach?
W pierwszym roku życia jest to dosłownie niemożliwe. Dr Miller ciągle wbijała mi to do głowy. Nie możesz rozpieścić dziecka, które jeszcze nawet nie wie, że jest kimś osobnym od ciebie. Noś je. Wrzucaj do chusty. Pozwól im spać na twojej klatce piersiowej, podczas gdy będziesz pożerać kolejne odcinki kiepskich reality show. Pranie nie zając, nie ucieknie. One bardzo potrzebują takiej fizycznej regulacji.

Jak nawiązać więź z dzieckiem, jeśli nie znoszę siedzenia na podłodze?
Słuchaj, kiedy wstaję, w moich kolanach strzela jak z folii bąbelkowej, więc doskonale cię rozumiem. Nie musisz leżeć na podłodze 24/7. Więź to po prostu kontakt wzrokowy i poświęcenie stu procent uwagi. Posadź malucha w leżaczku na kafelkach w łazience podczas kąpieli pod prysznicem i po prostu do niego mów. Relacjonuj to, co akurat robisz. „Mamusia myje włosy tym bardzo drogim szamponem, bo to jedyna radość, jaka jej pozostała”. Niemowlaki uwielbiają dźwięk twojego głosu. Angażowanie ich w twoją prozaiczną rutynę to właśnie okazywanie im miłości.