Jest wtorek, 9:45 rano, mam na sobie absolutnie najbrzydsze studenckie dresy z dziurą na kolanie mojego męża, Dave'a, siedzę po turecku na zakurzonej podłodze w pokoju gościnnym mojej mamy i gapię się na wielkie, pęknięte plastikowe pudło. Wewnątrz tego pudła znajduje się coś, co – jak kazano mi wierzyć – stanowi mój plan na wcześniejszą emeryturę. Moja mama stoi w drzwiach z kubkiem bezkofeinowej kawy i powtarza mi, żebym nie pozwalała Leo bawić się Dziobakiem Patti, bo przeczytała na Facebooku, że jest warty pięćdziesiąt tysięcy dolców. Tymczasem Dave pisze do mnie z pracy, żebym wywaliła całe to zakurzone pudło z gratami prosto do najbliższego śmietnika, bo zajmuje miejsce, którego potrzebujemy na zimowe ubrania dzieciaków.
A żeby sytuacja była już zupełnie absurdalna, moja dziewiętnastoletnia opiekunka do dzieci powiedziała mi w zeszły weekend, że wszystkie te szalone, kosmicznie drogie aukcje na eBayu ze starymi zabawkami to tak naprawdę skomplikowana przykrywka do prania brudnych pieniędzy. Więc siedzę tu, trzymając fioletowego dziobaka z pogniecioną metką w kształcie serca i próbuję zrozumieć, czy trzymam w rękach ratę kredytu hipotecznego, zagrożenie biologiczne, czy dosłowny dowód rzeczowy w sprawie karnej. Nieważne. Chodzi o to, że spędziłam trzy godziny, całkowicie się na tym fiksując zamiast pracować, a prawda o naszych kolekcjach z lat 90. jest szczerze mówiąc po prostu przygnębiająca.
Trzy osoby i trzy zupełnie różne opinie na temat moich dziecięcych inwestycji
Doskonale pamiętam, jak w 1997 roku zaciągnęłam tatę do sklepu z zabawkami, bo po prostu musiałam kupić te małe, twarde, plastikowe ochraniacze na metki. Pamiętacie je? Zamykały się z trzaskiem na małej, czerwonej metce w kształcie serduszka niczym malutkie, agresywne wnyki na niedźwiedzie. Wszyscy myśleliśmy, że w ten sposób chronimy nasze ogromne bogactwo na przyszłość. Wściekle stukałam w ekran telefonu, próbując coś o tym wygooglować, rozlewając letnią mrożoną kawę na dywan, robiąc literówki – wpisując "babi" zamiast "beanie" i w jakiś sposób lądując na dziwnych międzynarodowych forach, sprawdzając wartość pluszowych misiów. Zupełnie wpadłam do króliczej nory.
A oto straszna, druzgocąca prawda o tych zabawkach, które faktycznie są warte szalone pieniądze. To nie są te, które macie. Po prostu nie. Te wszystkie artykuły twierdzące, że miś Księżnej Diany sfinansuje twoje in vitro albo studia twojego dziecka, opierają się na fałszywych aukcjach na eBayu, gdzie nikt tak naprawdę nie płaci podanej ceny. Przefiltrowałam eBaya po „sprzedanych” przedmiotach – co Dave musiał mi pokazać, bo chyba jestem technologicznie niepełnosprawna – i ten super pożądany miś Princess tak naprawdę sprzedaje się za jakieś pięćdziesiąt dolców. Pięćdziesiąt! Znaczy, wezmę te pięćdziesiąt dolców, w dzisiejszych czasach to pokrywa akurat półtora dnia zakupów spożywczych, ale to nie do końca jest ten złoty deszcz, który obiecywała mi mama.
Bolesna prawda o misiu Księżnej Diany
Zdecydowana większość maskotek kurzących się na twoim strychu jest warta mniej niż dziesięć dolarów. Dziesięć dolarów. Za to nie kupisz nawet porządnego tosta z awokado, a co dopiero czesnego za studia. Te, na których naprawdę zależy kolekcjonerom, to na przykład seria „Original Nine” z 1993 roku, ale TYLKO wtedy, gdy mają metki pierwszej generacji, które ty pewnie oderwałaś, bo byłaś normalnym dzieckiem i chciałaś się bawić swoimi zabawkami.

Potem są jeszcze edycje na wyłączność dla pracowników, i to mnie tak irytuje, że mam ochotę krzyczeć. Te warte tysiące dolarów nigdy nie trafiły do sklepów! Jest taki miś „Chef Robuchon”, którego wyprodukowano w zaledwie około 200 egzemplarzach, albo takie, które rozdawano wyłącznie przedstawicielom handlowym. Więc o ile twój tata nie był dyrektorem w firmie Ty w 1996 roku, twoja kolekcja Teenie Beanies z McDonald's, dla której zmusiłaś rodziców do zjedzenia 400 zestawów Happy Meal, jest warta absolutne nic. Jest też jakiś dziwny błąd produkcyjny, gdzie Słoń Peanut został przypadkowo uszyty z ciemnoniebieskiego materiału zamiast jasnoniebieskiego i podobno taki jest warty z sześćset dolarów. Oczywiście sprawdziłam swojego i jest jasnoniebieski. Jakże by inaczej. Historia mojego życia.
Co mój lekarz powiedział o starych zabawkach w małych buziach
Więc kiedy dotarło do mnie, że nie zostanę milionerką, pomyślałam: hej, po prostu dam je dzieciom! Darmowe zabawki! Zniosłam garść z nich na dół do Leo, który ma cztery lata i zachowuje się w sumie jak dziki szop pracz, oraz do Mayi, która po prostu siedziała i uroczo wyglądała. Maya miała na sobie swoje Dziecięce Body z Bawełny Organicznej, które szczerze polecam – jest super miękkie i nie powoduje u niej tych dziwnych, czerwonych plam egzemy na ramionach – ale dosłownie ubrudziła je rozgniecionymi jagodami pięć sekund po tym, jak dałam jej Byka Snorta.

Ale potem zobaczyłam, jak Leo próbuje zębami oderwać plastikową metkę i nagle ogarnęła mnie przerażająca matczyna panika. Zadzwoniłam do dr. Arisa, naszego lekarza, który jest niesamowicie cierpliwy wobec moich neurotycznych pytań. Westchnął ciężko i powiedział: „Sarah, proszę cię, nie pozwól swoim dzieciom gryźć trzydziestoletniego plastiku”. Z tego co tak przez mgłę zrozumiałam na temat produkcji w latach 90., przed 1998 rokiem te maskotki były wypchane granulatem z PVC. PVC to ten zły plastik, który rzekomo zawiera ftalany, mogące zaburzać gospodarkę hormonalną, a to zdecydowanie nie jest coś, co chciałabyś marynować w ślinie swojego niemowlaka.
Dr Aris wspomniał, że Amerykańska Akademia Pediatrii jest bardzo restrykcyjna i odradza dawanie zabawek wypełnionych małymi granulkami dzieciom poniżej trzeciego roku życia. Jeśli trzydziestoletni szew puści – a bądźmy szczerzy, puści na pewno, bo moje dziecko dla zabawy rzuca rzeczami w wentylator sufitowy – te maleńkie plastikowe kulki stają się ogromnym zagrożeniem zadławienia. I nawet nie zaczynajcie tematu ostrych, plastikowych ochraniaczy na metki, które na nie zakładaliśmy, a które są w zasadzie bronią idealnie pasującą do dziecięcego gardła. Miałam przerażającą wizję lądowania na SOR-ze, bo Leo zainhalował toksyczną kulkę PVC z 1995 roku.
Jeśli desperacko szukacie czegoś bezpiecznego do gryzienia dla waszych ząbkujących potworków, pewnie najlepiej będzie całkowicie odpuścić sobie stare znaleziska ze strychu i sprawdzić naszą kolekcję nowoczesnych, naprawdę bezpiecznych gryzaków.
Czekajcie, to co w ogóle sprawia, że mają jakąś wartość?
Po tym jak dotarło do mnie ryzyko zadławienia, agresywnie skonfiskowałam dzieciom wszystkie zabawki z lat 90., co skończyło się gigantycznym wybuchem histerii. Żeby przerwać te krzyki, dałam Leo nasz Gryzak Panda, który jest autentycznie moją absolutnie ulubioną rzeczą, jaką posiadamy. Skatował go gryzieniem niemiłosiernie, zamiast znęcać się nad moimi starymi pamiątkami. Ma takie małe, wypukłe bambusowe kształty, które zdają się idealnie docierać do jego opuchniętych tylnych dziąseł, a poza tym mogę po prostu wrzucić go do zmywarki, gdy nieuchronnie wpadnie do psiej miski z wodą. Do tego jest zrobiony z silikonu spożywczego, więc nie muszę leżeć bezsennie o trzeciej nad ranem, wpisując w Google: „co się stanie, jeśli dziecko połknie plastik PVC z lat 90.”.
Trzymamy też w torbie na pieluchy Gryzak Wiewiórka jako koło ratunkowe, bo nie daj Boże wyszlibyśmy z domu bez czegoś, co mógłby zniszczyć. Ma kształt kółeczka, więc szczerze mówiąc, może go sam trzymać, zamiast rzucać nim w moją głowę, kiedy prowadzę.
Ale wracając do pluszaków. Jeśli naprawdę chcecie wiedzieć, czy macie coś wartościowego, musicie po prostu szukać błędów fabrycznych. Błędy w pisowni na metce, pomylone kolory, zły kraj pochodzenia na dolnej wszywce. Spędziłam godzinę, mrużąc oczy nad mikroskopijną czcionką na metce, próbując dojrzeć, czy jest tam napisane „Suface Wash” zamiast „Surface Wash”, bo najwyraźniej taka literówka sprawia, że zabawka jest warta dodatkowe dwadzieścia dolców. Ale tak serio? Zanim pieczołowicie skatalogujecie każdy błąd na metkach, odsiecie internetowych naciągaczy i znajdziecie uczciwego kupca, wyjdzie na to, że zarabiacie jakieś cztery dolary na godzinę za wasz włożony w to wysiłek.
Dave miał rację. Nienawidzę, kiedy Dave ma rację. To po prostu małe, zakurzone woreczki z groszkiem, zajmujące miejsce w szafie. Koniec końców spakowałam większość z nich z powrotem do plastikowego pudła, z wyjątkiem kilku, które postawiłam na wysokiej półce w pokoju Mayi wyłącznie dla ozdoby. Bo nawet jeśli nie są warte pięćdziesiąt tysięcy dolarów, nie potrafię zmusić się do wyrzucenia Dziobaka Patti. Po prostu trzymajcie je z dala od małych buziaków waszych dzieci. Jeśli i tak zamierzacie pozwolić starszym dzieciom się nimi bawić, musicie oderwać z nich wszystkie te ostre, plastikowe ochraniacze na metki, a szczerze powiedziawszy, po prostu kupcie im coś nowego, co nie zbiera roztoczy od czasów administracji Clintona.
Zanim pójdziecie przekopywać strych swoich rodziców i ryzykować wdychanie kurzu z dziesięcioleci tylko po to, by odkryć, że wcale nie jesteście w sekrecie bogaci, może po prostu kupcie dziecku coś, co faktycznie pasuje do obecnego stulecia. Odkryj pełną kolekcję bezpiecznych, nowoczesnych akcesoriów dziecięcych od Kianao właśnie tutaj.
Moje dość chaotyczne odpowiedzi na wasze pytania o stare zabawki
Czy mogę po prostu uprać moje stare maskotki Beanie Babies w pralce, żeby były bezpieczne dla dziecka?
O rany, błagam, nie róbcie tego! Spróbowałam wyprać zdublowanego Kraba Claude'a i pralka dosłownie zniszczyła serduszkową metkę, całkowicie zrujnowała fakturę materiału, i jestem prawie pewna, że osłabiła wewnętrzne szwy. Poza tym, pranie wcale nie zmienia faktu, że granulat w środku nadal stanowi ogromne ryzyko zadławienia dla dzieci poniżej trzeciego roku życia. Mój lekarz wyraził się jasno: żadna ilość delikatnego proszku do prania nie sprawi, że plastik PVC z lat 90. będzie bezpieczny do gryzienia przez niemowlaka.
Gdzie tak naprawdę mogę sprzedać te, które są warte parę dolców?
Szczerze mówiąc, eBay to chaotyczny koszmar pełen ludzi próbujących się nawzajem oszukać albo prać pieniądze. Jeśli faktycznie macie jakiś unikalny egzemplarz w stanie idealnym (taki, którym naprawdę nigdy, przenigdy się nie bawiłyście), znacznie lepiej będzie skorzystać z legalnej strony skupującej zabawki albo ze specjalistycznej grupy dla kolekcjonerów na Facebooku. Po prostu przygotujcie się psychicznie na to, że zaoferują wam 4 dolce za misia, który według was był wart 400.
Czy zabawki Teenie Beanies z McDonald's są cokolwiek warte?
Dosłownie nic. Tak mi przykro. Dave kazał mi wyrzucić foliówkę z zakupów po brzegi wypchaną jakimiś czterdziestoma takimi zabawkami w oryginalnych opakowaniach. Miliony ludzi chomikowały te maskotki w przekonaniu, że będą rzadkością, co paradoksalnie sprawiło, że są one najmniej rzadkimi zabawkami na planecie. Możesz teraz kupić na eBayu całe nierozpakowane zestawy w cenie jednej kawy na mieście.
Mój maluch właśnie ugryzł starego pluszaka i wyleciała z niego granulka, co robić?
Natychmiast mu go zabierzcie i zamiećcie podłogę tak, jakby od tego zależało wasze życie! Te malutkie plastikowe kuleczki niosą ze sobą ogromne ryzyko zachłyśnięcia. Jeśli podejrzewacie, że dziecko mogło jedną połknąć lub zainhalować, natychmiast dzwońcie do lekarza lub jedźcie na ostry dyżur. To jest dokładnie ten powód, dla którego dr Aris powiedział mi, żebym trzymała się nowoczesnych, jednoczęściowych silikonowych gryzaków zamiast pozwalać dzieciom na zabawę starymi skarbami ze strychu.





Udostępnij:
Co warto wiedzieć przed zakupem drogich ubranek do spania Mori Baby
Oglądanie filmów w stylu Baby Driver, gdy masz w domu prawdziwe dzieci