Była 3:14 we wtorek w 2017 roku, a ja pociłam się w szarej koszulce z Davidem Bowiem, na której lewym ramieniu zaschły podejrzane, żółte ślady ulewania, desperacko próbując przypomnieć sobie, co właściwie powinno się kupić, jeśli ten cholerny przedrzeźniacz nie chce śpiewać. Pierścionek z diamentem? Lusterko? Koziołka? O rany, przemierzałam wąski korytarz naszego ciasnego mieszkania, ubrana w te potworne, gigantyczne siateczkowe majtki poporodowe, próbując zmusić mojego ówczesnego noworodka, Leo, do snu, agresywnie szeptając mu tradycyjne rymowanki, bo myślałam, że tak właśnie robią Dobre Matki.
Nie róbcie tego. Jeśli macie zapamiętać tylko jedną rzecz z moich dwunastu lat bycia rodzicem i pisania o rodzicielstwie, proszę, po prostu porzućcie myśl, że w środku nocy musicie odstawiać przed wściekłym niemowlakiem osiemnastowieczny folklor tylko dlatego, że jakaś książka kazała wam stworzyć „kojące, tradycyjne środowisko”.
Byłam tak spięta, że moje ramiona praktycznie dotykały uszu, a Leo wrzeszczał głośniej z każdą zwrotką „Hush Little Baby” (Ciii, maleństwo). Mój mąż Dave wychylił głowę z sypialni, zamrugał na mnie przez swoje umazane okulary i wymamrotał coś bezużytecznego o tym, czy próbowałam włączyć maszynę z białym szumem, po czym wycofał się z powrotem w ciemność, by iść spać. Miałam ochotę rzucić mu w głowę moim letnim kubkiem bezkofeinowej kawy.
Ale zamiast tego, mój wyczerpany mózg w pewnym sensie po prostu pękł. Porzuciłam udawanie Dobrej Matki. Przestałam próbować przypomnieć sobie teksty piosenek z czasów rewolucji i po prostu zaczęłam nucić tę jedną melodię, która wypaliła się na stałe w moich ścieżkach neuronowych od czwartej klasy. Doo-doo-doo dow, dum doo-doo doo-dow...
Dlaczego osiemnastowieczne kołysanki są tak naprawdę przerażające
Zanim porozmawiamy o moim zejściu do poziomu muzyki pop z lat 90., naprawdę musimy zająć się tym, jak bardzo pokręcone są tradycyjne kołysanki. Przysięgam, nikt nie wsłuchuje się w ich tekst, dopóki nie funkcjonuje na czterdziestu pięciu minutach snu i nagle nie uświadamia sobie, że śpiewa czteromiesięcznemu dziecku fabułę horroru. Weźmy na przykład takie „Rock-a-bye Baby”.
Przeanalizujmy samą przerażającą fizykę tej sytuacji. Kto kładzie dziecko do kołyski, a potem targa całą tę drewnianą konstrukcję na sam szczyt drzewa? I po prostu zostawia ją tam na pastwę wiatru? Oczywiście, że gałąź się złamie. To lokalna katastrofa pogodowa, która tylko czeka, by się wydarzyć. W zasadzie śpiewasz swojemu dziecku piosenkę o tym, jak spada na ziemię w pękającym drewnianym pudle, co przecież, wiecie, świetnie redukuje lęki.
Potem mamy „Ring Around the Rosie”, co jest dosłownie wpadającą w ucho melodyjką o dżumie dymieniczej i o tym, że wszyscy padają martwi. I nawet nie zaczynajcie mi mówić o absolutnej finansowej bezczelności „Hush Little Baby”, gdzie rodzic obiecuje kupić przedrzeźniacza, pierścionek z diamentem, lusterko, koziołka, wóz z bykiem i psa imieniem Rover. Kto w tej gospodarce ma takie wolne środki? Ja tylko próbuję uzbierać na pieluchy i może jakieś latte w piątki.
A „Mrugaj, mrugaj gwiazdko ma” (Twinkle Twinkle Little Star) jest po prostu funkcjonalnie nudne.
Co mój lekarz szczerze powiedział o mojej playliście
W każdym razie, rzecz w tym, że nagle odkryłam, iż podskakuję na korytarzu, wyśpiewując na całe gardło Mariah Carey, ponieważ jej arcydzieło z 1996 roku to w zasadzie ścieżka dźwiękowa mojego dzieciństwa. I nagle Leo przestał płakać. Tak po prostu, natychmiast. Tylko gapił się na mnie w ciemności, podczas gdy ja wyciągałam te absurdalnie wysokie tony i mówiłam mu, że on naprawdę zawsze będzie moim maleństwem (always be my baby).
Wspomniałam o tym mojemu lekarzowi, doktorowi Millerowi, który zawsze nosi te agresywnie jaskrawe, śmieszne skarpetki i zazwyczaj wygląda, jakby nie spał od 2014 roku. Przyznałam, że porzuciłam muzykę klasyczną i uspokajam dziecko wyłącznie utworami R&B z lat 90. Zamiast mnie oceniać, bardzo się podekscytował. Powiedział, że niemowlęta, szczerze mówiąc, nie dbają o treść tekstów piosenek, ale głęboko zależy im na twoim nastawieniu i twoim "vibe". No dobra, nie powiedział "vibe", użył jakiegoś medycznego terminu w stylu „koregulacja”.
Zasadniczo wyjaśnił, że mój układ nerwowy i układ nerwowy dziecka są jak sparowane połączenie Bluetooth. Kiedy stresowałam się, próbując przypomnieć sobie teksty starych kołysanek, mój poziom kortyzolu skakał, co sprawiało, że dziecko panikowało, bo czuło mój strach. Ale kiedy śpiewałam piosenkę, którą szczerze lubiłam, podświadomie się relaksowałam. Moje ramiona opadały. Mój oddech się pogłębiał.
Wymamrotał też coś o tętnie, zauważając, że tempo około 80 uderzeń na minutę idealnie naśladuje tętno spoczynkowe dorosłego człowieka, co jest szalone, bo zgadnijcie, jaka piosenka ma dokładnie 80 uderzeń na minutę? TAK. Mariah. Powiedział też coś o korze słuchowej, czyli – jak się domyślam – tej części mózgu, która przetwarza dźwięk, i o tym, jak słuchanie dziwnych, skomplikowanych wokaliz – jak te wysokotonowe doo-doo-doo – naprawdę stymuluje ich rozwój mózgu i kładzie podwaliny pod późniejszą naukę języka. Ale szczerze mówiąc, funkcjonowałam wtedy po dwóch godzinach snu, więc mogę mocno parafrazować tutejszą wiedzę medyczną.
Era przetrwania ząbkowania
Cały ten muzyczny trik z uspokajaniem stał się jeszcze ważniejszy kilka lat później, kiedy urodziła się moja córka Maya i uznała, że ząbkowanie to sport ekstremalny. Jeśli nigdy nie mieliście do czynienia z ząbkującym niemowlakiem, po prostu wyobraźcie sobie małego, wściekłego wampira, który ciągle się ślini i chce żuć twój własny obojczyk.

Znowu robiliśmy te nocne spacery po korytarzu o 3 nad ranem, ja nuciłam Mariah i próbowałam przetrwać, kiedy Dave autentycznie zrobił coś przydatnego i wręczył mi ten ręcznie robiony drewniano-silikonowy gryzak, który kupił. Zazwyczaj zakupy dla dzieci Dave'a są dość dyskusyjne (kiedyś kupił zabawkę muzyczną, która była tak głośna, że „przypadkowo” wpadła mi do zlewu), ale to było wybawienie. Szczerze myślałam, że to po prostu kolejny element estetycznego, modnego dziecięcego sprzętu, bo wyglądał tak ładnie, ale Maya miała na jego punkcie obsesję.
Uwielbiała kontrast między twardym, surowym kółkiem z drewna bukowego a miękkimi, kolorowymi silikonowymi koralikami. Po prostu trzymałam ją, śpiewałam moje dziwne covery popu z lat 90. i pozwalałam jej to żuć, podczas gdy moje ramię w końcu mogło odpocząć. Gryzak był całkowicie nietoksyczny i mogłam po prostu zetrzeć z niego ślinę wilgotną szmatką, a to dokładnie ten poziom sprzątania, do którego jestem zdolna o 4 nad ranem. Do tego wyglądał naprawdę uroczo na zdjęciach, co, powiedzmy sobie szczerze, ma chociaż minimalne znaczenie, gdy całe twoje życie jest umazane jedzeniem dla niemowląt.
Jeśli też zmagacie się z małym wampirem i wolicie rzucić okiem na drewniane gryzaki Kianao, zanim stracicie kończynę, gorąco polecam zapoznać się z ich kolekcją.
Nie wszystko działa i to jest w porządku
Oczywiście, nie każda próba stworzenia idealnego, kojącego środowiska kończy się sukcesem. Mieliśmy też ten tęczowy stojak edukacyjny, który Dave dumnie złożył w salonie, bo przeczytał na jakimś blogu o rozwoju w duchu Montessori i dużej motoryce.
Nie zrozumcie mnie źle, to piękna drewniana konstrukcja w kształcie litery A, która o niebo przewyższa tego neonowego, plastikowego, świecącego potwora, jakiego kupiła nam moja teściowa – potwora, który emitował przerażający, elektroniczny śmiech klauna za każdym razem, gdy ktoś obok niego przeszedł. Ale jako magiczne narzędzie rozwojowe? Było po prostu okej. Leo leżał pod nim, gapił się tępo w małego materiałowego słonika przez może cztery minuty, a potem natychmiast przewracał się na bok i zaczynał krzyczeć, żeby wziąć go na ręce. Konstrukcja ta służyła głównie za bardzo estetyczną przeszkodę, przez którą musiałam robić wielkie kroki niosąc moją letnią kawę. Ale hej, przynajmniej nie gryzła się z moimi dywanami.
Zaraz, czy te teksty są w głębi duszy upiorne?
Wracając do muzyki. Śpiewałam tę piosenkę Mai pewnego popołudnia, kiedy agresywnie żuła ten uroczy, miętowy gryzak Wiewiórka, który mieliśmy. Poważnie się wtedy zatrzymałam i wsłuchałam w to, co właściwie śpiewam. „Chłopcze, czy nie wiesz, że mi nie uciekniesz” (Boy, don't you know you can't escape me).

Okej, szczerze mówiąc, niektórzy internetowi krytycy popkultury zauważyli, że jeśli przeczytasz tekst bez tej skocznej melodii, brzmi on trochę psychopatycznie. Graniczy z byciem nadopiekuńczym helikopterowym rodzicem. W sensie, tak, kocham was, dzieciaki, z całych sił, ale błagam, zdesperowana czekam, aż w końcu mi uciekniecie, wprowadzicie się do własnych mieszkań i zaczniecie sami płacić za ubezpieczenie samochodu.
Ale w kontekście niemowlęctwa? Kiedy one dosłownie nie mogą bez ciebie przetrwać? To w pewnym sensie idealne. To ostateczna obietnica bezpiecznego przywiązania. Jesteś moim dzieckiem. Po prostu bądź moim małym dzidziusiem i idź spać, żeby mamusia mogła obejrzeć jeden odcinek bezmyślnego reality show przed padnięciem na kanapę.
Dlaczego pop z lat 90. bije na głowę tradycyjne kołysanki
Jeśli nadal podchodzicie sceptycznie do zamiany Mozarta na Mariah, pozwólcie, że wyjaśnię wam, dlaczego ta era muzyki jest obiektywnie najlepsza do przetrwania czwartego trymestru:
- Naprawdę znacie wszystkie słowa. Nie wymaga to absolutnie żadnego wysiłku umysłowego. Nie musicie przypominać sobie po omacku w ciemności, co to jest ten stołek z rymowanki, ani dlaczego siedzi na nim pająk.
- Bit świetnie nadaje się do bujania. Tempo 80 uderzeń na minutę oznacza, że możecie wykonywać ten zdesperowany, rytmiczny rodzicielski taniec-kołysanie bez poczucia, że robicie ostre kardio.
- Przypomina wam, że jesteście ludźmi. Kiedy toniecie w pieluchach i plamach po ulewaniu, śpiewanie piosenki, która przypomina wam potańcówki w szkole podstawowej lub jazdę zapiaszczoną Hondą Civic waszej przyjaciółki, to taka malutka lina łącząca was z waszą prawdziwą tożsamością.
Jeśli dzisiejszego wieczoru zdesperowani przemierzacie pokój wzdłuż i wszerz, zastanawiając się, jak zmusić swoje dziecko do zamknięcia oczu, może po prostu porzućcie poezję, weźcie coś, co będzie mogło pożuć i zanućcie piosenkę, przy której wasze własne ramiona opadną choć odrobinę w dół.
Gotowi ulepszyć swoją dziecięcą rutynę o rzeczy, które szczerze mówiąc dobrze wyglądają i działają? Przejrzyjcie kolekcję organicznych gryzaków i zabawek Kianao, abyście mogli przetrwać kolejny regres snu w wielkim stylu.
Kilka chaotycznych pytań wynikających z braku snu, które mogą wam przyjść do głowy
Dlaczego dzieci wydają się tak bardzo lubić muzykę pop?
Szczerze mówiąc, z mojego doświadczenia i tego, co niejasno wyjaśnił mi mój lekarz, niekoniecznie kochają samą muzykę, kochają to, jak ta muzyka sprawia, że TY się czujesz. Jeśli śpiewasz piosenkę, którą lubisz, naturalnie się relaksujesz. Twoje tętno zwalnia, oddech staje się głębszy, a twoje dziecko to w zasadzie taka mała gąbka stresu, która pochłania twoją zrelaksowaną energię.
Czy muszę naprawdę dobrze śpiewać, żeby to zadziałało?
O rany, absolutnie nie. Kiedy próbuję wyciągać te wysokie tony Mariah, brzmię jak umierający kot. Twoje dziecko dosłownie nie dba o tonację czy klucz. Liczy się tylko znajomy rytm twojego głosu. Możesz nie mieć za grosz słuchu muzycznego, a twoje dziecko i tak będzie myślało, że grasz wyprzedaną stadionową trasę koncertową w jego sypialni.
A co jeśli moje dziecko po prostu nienawidzi Mariah Carey?
Po pierwsze, bardzo niegrzecznie z jego strony. Ale mówiąc poważnie, po prostu wybierzcie dowolną piosenkę, która ma miarowy, średnio-wolny bit. Moja przyjaciółka Sarah przysięga, że u niej sprawdza się hip-hop z lat 90., a inna znajoma mama nuciła swoim bliźniakom motyw z Parku Jurajskiego, żeby zasnęły. Po prostu wybierzcie piosenkę, którą znacie na pamięć, i która nie sprawia, że wpadacie w panikę.
Czy śpiewanie piosenek pop stworzy złe skojarzenia ze snem?
Słuchajcie, ludzie w internecie powiedzą wam, że jeśli źle kichniecie, to na zawsze zrujnujecie nawyki senne waszego dziecka. Ja śpiewałam pop z lat 90. obojgu moim dzieciom, żeby pomóc im przetrwać najgorsze fazy noworodkowe i ząbkowanie, a teraz mają cztery i siedem lat i świetnie śpią same. Róbcie po prostu to, co musicie, by przetrwać noc tu i teraz, a o „nawykach” pomyślicie później, gdy wypijecie pełen kubek kawy.





Udostępnij:
Ciążowa sukienka na baby shower: jak opanować kryzys w czasie rzeczywistym
Plotki o dziecku Lydii Plath: Prawda i rola rodzeństwa