Przerażająco radosne syntezatorowe intro dobiega z iPada w kuchni, a ja mam dokładnie cztery sekundy, zanim moje dwuletnie bliźniaczki rozpoczną zamieszki na pełną skalę. Jest 6:15 rano w deszczowy wtorek w Londynie – ten rodzaj szarej, złośliwej mżawki, który oznacza, że dzisiaj nie wychodzimy z domu. Jeśli jeszcze raz usłyszę tę konkretną piosenkę o podwodnej rodzinie, chyba naprawdę pójdę i utopię się w Tamizie. W ślepej panice rzucam się do laptopa, wciskam skrót do drukowania i modlę się, żeby bezprzewodowa drukarka znowu losowo nie rozłączyła się z siecią. Maszyna jęczy, klika i wypluwa lekko rozpikselowaną kolorowankę z Baby Sharkiem. Przesuwam ją po lepkiej kuchennej wyspie jak rozpaczliwy traktat pokojowy.
Wielki deficyt żółtej kredki
Przez pierwsze trzy minuty po przekazaniu papieru w mojej kuchni panuje absolutna cisza. Jeśli nie macie dwuletnich bliźniaczek, nie jesteście w stanie pojąć fizycznego ciężaru cichego pokoju. To niezwykle podejrzane, jak cisza przed burzą albo moment tuż przed tym, jak ktoś zwymiotuje na kanapę.
Bliźniaczka A, która podchodzi do wszystkich projektów artystycznych z maniakalną intensywnością mocno nakręconego kofeiną abstrakcyjnego ekspresjonisty, natychmiast łamie jedyną żółtą kredkę na pół i zaczyna agresywnie dźgać papier. Trzyma wosk jak malutki sztylet. Ona nie chce po prostu pokolorować rekina; ona chce fizycznie ukarać papier, na którym został wydrukowany. Ilość żółtego woskowego pyłu gromadzącego się na mojej stosunkowo czystej podłodze jest porażająca, tworząc rodzaj toksycznego, śliskiego żwirku, który nieuniknienie rozniosę na skarpetkach po całym domu.
Bliźniaczka B jest zupełnie inna. Jest metodyczna. Całkowicie ignoruje kolorowanki z Baby Sharkiem, które właśnie w panice wydrukowałem, i zamiast tego skupia swoją energię na powolnym wcieraniu różowego ogryzka w drewniany stół, tuż obok kartki. Kiedy próbuję delikatnie przesunąć jej rączkę na wydrukowane linie, patrzy na mnie z taką dawką chłodnej pogardy, która, jak dotąd sądziłem, zarezerwowana była wyłącznie dla nastolatek i francuskich kelnerów.
Do 7:30 żółta kredka wyczerpała się całkowicie. Zniknęła. Rozpadła się na atomy. Bliźniaczki są teraz zmuszone używać fioletowej, co prowadzi do drobnej potyczki o to, komu przypadnie najciemniejszy odcień. Koniec następuje dopiero wtedy, gdy fizycznie je rozdzielam i wręczam im dwa zupełnie różne zwierzęta morskie do zmasakrowania.
Co położna środowiskowa tak naprawdę mruczała o motoryce
Gdzieś przeczytałem – a może nasza położna środowiskowa wymamrotała to do swojej letniej herbaty podczas ostatniej wizyty – że ten specyficzny rodzaj chaotycznej przemocy z użyciem kredek jest dla nich w rzeczywistości dobry. Ciągle stukała w swój podkład i wspominała o „chwycie szczypcowym”. Z tego, co jestem w stanie zrozumieć przez moją nieustanną mgłę niewyspania, oznacza to po prostu, że muszą wymyślić, jak chwytać rzeczy kciukiem i palcem wskazującym, by w końcu móc same jeść i obsługiwać zamek błyskawiczny (chociaż biorąc pod uwagę, że moje dzieci obecnie traktują kurtki jak średniowieczne narzędzia tortur, opanowanie zamka wydaje się dość optymistyczne).
Podobno wręczenie maluchowi kolorowanki z Baby Sharkiem i pozwolenie mu na rąbanie po niej wzmacnia mikroskopijne mięśnie w dłoniach. Jestem prawie pewien, że położna sugerowała również, iż powtarzalny ruch kolorowania uspokaja ich ośrodkowy układ nerwowy. Brzmi to jak genialna wiedza medyczna, chociaż patrząc na Bliźniaczkę A, która siłą tarcia prawie wypala dziurę w Dziadku Rekinie, jej układ nerwowy wydaje się być daleki od uspokojonego. Ale szczerze mówiąc, każda aktywność, która opóźnia rzucenie we mnie ciężkimi drewnianymi puzzlami, jest w moim słowniku po prostu kamieniem milowym w rozwoju.
Papierowe pobojowisko i tragedia z pudełkiem po butach
Do południa moje domowe biuro wygląda jak zakład recyklingu. Wyprodukowaliśmy wystarczająco dużo kiepsko pokolorowanego życia morskiego, by wytapetować łazienkę na dole. Oczywiście nie można ich po prostu wyrzucić do kosza, ponieważ dwulatki posiadają przerażający, nadprzyrodzony szósty zmysł, który podpowiada im, kiedy ich „sztuka” zostaje wyrzucona.

Mgliście przypominam sobie pewien blog dla rodziców, który sugerował, że można zamienić stos pomazanych kartek w zabawy edukacyjne, więc naiwnie podjąłem kilka brudzących prób plastycznych:
- Najpierw spróbowałem przykleić rekiny do starego kartonu po paczce z Amazona i pociąć go na masywne elementy puzzli, które natychmiast zgubiły pod kanapą, a potem płakały o nie przez dwadzieścia minut.
- Następnie spróbowałem przykleić kartki do ściany na różnych wysokościach, żeby musiały się wyciągać i kucać, wskazując postacie, z nadzieją, że je to zmęczy przed drzemką. One po prostu odkleiły taśmę i próbowały ją zjeść.
- W końcu wepchnąłem wycięte rekiny do pustego pudełka po butach, żeby stworzyć coś w rodzaju przygnębiającej podwodnej dioramy.
Przy pudełku po butach spędziliśmy najwięcej czasu. Szczerze mówiąc, utrzymało to ich uwagę przez bite cztery minuty, zanim Bliźniaczka B uznała, że najlepszym sposobem na interakcję z dioramą jest usiąść bezpośrednio na niej, miażdżąc Mamę Rekin w płaskiego, smutnego naleśnika.
Ubrania, które przetrwały woskową apokalipsę
Podczas całej tej niezwykle brudzącej gehenny dziewczynki miały na sobie body niemowlęce z bawełny organicznej, które są obecnie jedynym elementem niemowlęcej garderoby, po który w ogóle chce mi się jeszcze sięgać do kosza z czystym praniem. Większość ubranek dla dzieci wygląda, jakby została zaprojektowana przez inżyniera, który nigdy w życiu nie spotkał wijącego się niemowlaka – dlaczego mają tak dużo malutkich, irytujących zatrzasków w okolicach kroku?
Ale te po prostu działają. Rozciągają się przez ich wielkie, ciężkie głowy, nie wywołując klaustrofobicznej histerii, a organiczna bawełna nie zaostrza tajemniczej egzemy na łokciach Bliźniaczki B. Cudownym zrządzeniem losu przetrwały dzisiejszy ciężki ostrzał kredkami. Praliśmy te body chyba z tysiąc razy, zazwyczaj całe zapaćkane zgniecionym bananem albo nieznanego pochodzenia brudem z placu zabaw, a i tak nie straciły swojego kształtu. Szczerze mówiąc, to więcej, niż mogę powiedzieć o sobie, odkąd zostałem ojcem.
Jeśli wy również chcecie uniknąć ubierania swojego dziecka w drapiące syntetyczne koszmary, które kurczą się w sekundę, gdy tylko na nie spojrzysz, może warto przejrzeć organiczne ubranka dla niemowląt marki Kianao, zanim całkowicie wyprzedadzą się te ładne, ziemiste kolory.
Ból ząbkowania i gumowe barykady
Około 14:00 nastrój w salonie drastycznie się zmienił. Agresywne kolorowanie ustało. Zaczęło się ślinienie. Bliźniaczka A całkowicie porzuciła swojego małego rekina i zaczęła gryźć róg stołu jadalnianego, co jest pewnym znakiem, że zęby trzonowe szykują się do ataku.

Szybko zamieniłem dębową krawędź stołu na bambusowo-silikonowy gryzak dla niemowląt Panda. Nasz pediatra raz wykonał niewyraźny gest w stronę mojej wyczerpanej twarzy i zasugerował podawanie zimnych rzeczy na opuchliznę podczas ząbkowania, więc zazwyczaj wrzucam tę pandę do lodówki, tuż obok mojego awaryjnego zapasu czekolady. Jest wykonana z silikonu spożywczego i ma te małe teksturowane wypustki, które córka agresywnie gryzie, rzucając mi mordercze spojrzenia zaszklonymi oczami. To naprawdę działa i ratuje nas przed sięganiem po syrop przeciwbólowy tak wcześnie po południu. Trzyma gryzak w jednej ręce, a drugą od niechcenia rozsmarowuje niebieską kredkę.
W międzyczasie Bliźniaczka B głośno odmawiała kolorowania, dopóki wydrukowana kartka nie przylegała idealnie płasko do stołu. Żeby zapobiec zawijaniu się brzegów, chwyciłem nasz zestaw miękkich klocków dla niemowląt i użyłem ich jako ciężkich przycisków do papieru na rogach. Są całkowicie w porządku jako klocki – są wykonane z miękkiej gumy, więc kiedy w ciemności nieuchronnie na któryś nadepnę, niosąc kubek wody, nie ląduję na SOR-ze. Ale szczerze mówiąc, moje córki używają ich głównie jako pocisków do rzucania w psa. Mimo to sprawdziły się doskonale jako urządzenia zapobiegające zwijaniu papieru do drukarki, więc uznaję to za sukces.
Fakty o oceanie, o które nikt nie prosił
Do 16:00 z czystej nudy spróbowałem nauczyć je prawdziwej biologii morskiej, podczas gdy one wściekle bazgrały po zdjęciu Babci Rekin.
Próbowałem im wytłumaczyć, że prawdziwe małe rekiny nazywane są szczeniętami i że rekiny tak naprawdę nie mają kości. Powiedziałem im, że rekiny są zbudowane z chrząstki, czyli z tego miękkiego, wiotkiego czegoś w nosie tatusia. To był błąd taktyczny, ponieważ skończyło się to tym, że dwie bardzo lepkie, pokryte woskiem rączki natychmiast złapały mnie za twarz i próbowały zatrąbić moim nosem jak klaksonem rowerowym.
Przeczytałem też gdzieś na stronie NHS, a może na Wikipedii o 3 w nocy, że rekinom w ciągu życia wyrasta do 40 000 zębów. Biorąc pod uwagę, ile marudzenia i nieprzespanych nocy musimy znosić tylko przy pierwszych dwudziestu ludzkich zębach, sama koncepcja stworzenia wypychającego 40 000 zębów sprawia, że mam ochotę położyć się na kuchennej podłodze i cichutko zapłakać w ścierkę do naczyń.
Białe flagi i woskowe kredki
Jest 18:00. Salon wygląda jak po eksplozji w fabryce wosku. Mam bliżej nieokreślony kolor kredki na stałe wbity pod paznokcie, a na moim udzie znajduje się bardzo wyraźny odcisk rekina od siedzenia na zbłąkanej kartce papieru.
Ale wbrew wszelkim przeciwnościom losu, od pięciu godzin bliźniaczki nie poprosiły o iPada, nikt dzisiaj nikogo nie ugryzł i jakoś przetrwaliśmy ten deszczowy dzień w domu, nie tracąc przy tym całkowicie zmysłów.
Zanim i wy poddacie się niekończącym się, doprowadzającym do szału pętlom muzyki dla maluchów w kolejny deszczowy dzień, zaopatrzcie się w odpowiedni sprzęt, aby przetrwać domowy chaos. Zajrzyjcie do kolekcji Kianao po rzeczy, które mogą naprawdę pomóc wam dotrwać do pory snu.
Rzeczy, które prawdopodobnie googlujecie o 3 nad ranem
Czy kolorowanki naprawdę rozwijają mózg mojego dziecka?
Według każdego pracownika służby zdrowia, który kiedykolwiek widział moje dzieci zawzięcie bazgrzące, tak. Rzekomo buduje to koordynację ręka-oko i orientację przestrzenną, chociaż w większości uczy je po prostu, że jeśli nacisną wystarczająco mocno, papier się rozedrze. Robimy przy tym mnóstwo bałaganu, ale zajmuje je to na jakiś czas, co jest doskonałe dla mojego mózgu, jeśli już nie dla ich.
W jakim wieku mogą zacząć używać kredek?
Dałem moim córkom te grube kredki blokowe około 15. miesiąca życia, głównie dlatego, że ciągle próbowały zjeść moje długopisy. Na początku trzeba pilnować ich jak oka w głowie, ponieważ wszystko ląduje prosto w buzi, ale kiedy zdadzą sobie sprawę, że wosk zostawia ślad na stole, zazwyczaj przestają go jeść i zamiast tego zaczynają wandalizm.
Jak zmyć stopioną kredkę z body?
Jeśli do tego dojdziecie, proszę, napiszcie do mnie. Ja zazwyczaj po prostu wrzucam ich organiczne bawełniane body do ciepłego prania z wręcz nieodpowiedzialną ilością odplamiacza i liczę na cud. Te z Kianao jakoś przeżywają to maltretowanie, ale złożyłem już w ofierze bogom kredek wiele słabszych ubranek.
Czy to normalne, że chcą używać tylko jednego koloru?
Bliźniaczka A używała tylko żółtego przez trzy bite tygodnie. Wszystko było żółte. Rekiny, pies, ściany. Nasz pediatra zaśmiał się i powiedział, że to całkowicie normalne zachowanie malucha – popaść w obsesję na punkcie jednej rzeczy, aż do momentu, w którym ty oszalejesz. Więc tak, pozwólcie im mieć ten żółty.
Skąd mam wiedzieć, czy płacz wynika z nudów, czy z ząbkowania?
Jeśli rzucają kredkami w twoją głowę, są znudzone. Jeśli płaczą, jednocześnie żując kredki, to zęby. Zwracajcie uwagę na ślinę – to zawsze kwestia śliny. Wciśnijcie im w rączkę zimny silikonowy gryzak i włączcie piosenkę o rekinach. Tu chodzi o przetrwanie, a nie o perfekcję.





Udostępnij:
Dlaczego historia medyczna Baby Shamili wpędziła mnie w spiralę niepokoju o 3 w nocy
Cała prawda o długich niemowlęcych płaszczykach z kożuszkiem na zimę