„Musisz odłożyć tę kawę” – powiedział mój mąż Dave we wtorek dokładnie o 7:14. Miał na sobie tylko jedną skarpetkę i wyglądał, jakby zobaczył prawdziwego ducha w naszych hortensjach. Trzymał naszego siedmioletniego syna, Leo, który wręcz wibrował z tą specyficzną, przerażającą, dziką energią, jaka wstępuje w dzieci, gdy znajdą jakieś dzikie zwierzę. A Leo trzymał coś, co wyglądało jak mokry, szary wacik z dziobem.
„To mały g” – wyszeptał głośno Leo, bo przechodzi właśnie przez ten niewiarygodnie męczący etap skracania przypadkowych słów, żeby brzmieć fajnie. Mniejsza z tym, chodzi o to, że trzymał małego gołębia. A może wcale nie? Przez ułamek sekundy, patrząc na jego dziwny, różowawy, nagi brzuszek, pomyślałam, że to jakaś maleńka, zdeformowana świnka, ale nie, to coś zdecydowanie miało pióra. W pewnym sensie.
Mój mózg natychmiast przypomniał sobie tę wielką, wszechobecną zasadę, której uczyli nas w latach 90.: ptasia mama poczuje twój ludzki smród i porzuci swoje dziecko na zawsze. Do tego doszedł fakt, że na pewno wszyscy zaraz złapiemy ptasią grypę, bo przecież gołębie to w zasadzie latające szczury, prawda? Już w myślach kalkulowałam, ile będzie kosztować wizyta całej rodziny na ostrym dyżurze w celu podania profilaktycznych zastrzyków na wściekliznę, co w przypadku ptaków nawet nie ma sensu, ale właśnie tak działa mój mózg, zanim wypiję poranną kawę.
Ten cały mit o ludzkim zapachu to wierutna bzdura
Czego więc dowiedziałam się, agresywnie i w panice googlując wszystko na telefonie jedną ręką, podczas gdy stopą próbowałam odciągnąć psa od Leo? Kwestia zapachu? To totalne kłamstwo. Taka całkowita mistyfikacja naszych rodziców, żeby powstrzymać nas przed podnoszeniem obrzydliwych rzeczy z ziemi.
Z tego, co powiedział mi internet, ptaki mają w rzeczywistości dość kiepski węch. Nie zamierzają porzucić swojego dziecka tylko dlatego, że dotknęły go lepkie, umazane syropem klonowym palce twojego dziecka. Ja sama ledwo czuję, kiedy moja czteroletnia Maya ma katastrofalną awarię pieluchy, dopóki dosłownie nie wezmę jej na ręce, więc naprawdę myślisz, że ptaka obchodzi, czy przez chwilę przeniosłeś jego dziecko z kałuży? Nie. Jeśli ptak ma już większość piór i po prostu podskakuje dookoła, wyglądając głupio, to prawdopodobnie podlot, który uczy się latać, a rodzice siedzą na drzewie i cię oceniają. Powinno się je po prostu zostawić w spokoju.
Ale Dave był przekonany, że ten maluch jest całkowitą sierotą, a do tego zarazi nas jakąś wiktoriańską dżumą. Co w sumie ma sens, w końcu jedzą śmieci na dworcach kolejowych. Jednak Palomacy – ta niesamowita strona o ratowaniu gołębi, którą znalazłam, gdy Dave nerwowo przemierzał kuchnię – twierdzi, że właściwie stanowią one niemal zerowe ryzyko przeniesienia chorób odzwierzęcych na ludzi. Mój lekarz wspomniał kiedyś, że mamy znacznie większe szanse na złapanie przerażającego wirusa żołądkowego od psa liżącego twarze dzieci niż od dzikiego ptaka. To była spora ulga, chociaż i tak kazałam Leo myć ręce przez pięć minut bez przerwy.
Tworzenie małego oddziału szpitalnego w mojej kuchni
Ponieważ ten ptak był w niektórych miejscach całkowicie łysy i drżał, nie mogliśmy po prostu odłożyć go na mokrą trawę. Zasada w przypadku znalezienia małego gołębia, który naprawdę potrzebuje pomocy, sprowadza się do włożenia go do ciemnego pudełka, trzymania w cieple i zostawienia w świętym spokoju, dopóki nie skonsultujesz się z profesjonalistą.

Dosłownie byłam w trakcie wciskania Mayi w jej body niemowlęce z bawełny organicznej z falbankami, kiedy to wszystko się wydarzyło. Szczerze mówiąc, uwielbiam to body, ponieważ zakładki na ramionach oznaczają, że mogę je ściągnąć przez nogi, gdy zdarzy się „wypadek”, zamiast przeciągać je przez jej wielką głowę, a bawełna organiczna jest niewiarygodnie miękka. Poza tym, te małe rękawki z falbankami są niesamowicie urocze i sprawiają, że wyglądam, jakbym naprawdę starała się ją ładnie ubrać. Tak czy inaczej, zostawiłam ją półubraną na korytarzu, żeby móc wygrzebać pudełko po butach z pojemnika na recykling.
Trzeba trzymać je w cieple, ponieważ najwyraźniej małe ptaki nie potrafią kontrolować własnej temperatury ciała, co sprawia, że są dokładnie jak noworodki, tylko o wiele brzydsze. Chwyciłam termofor, owinęłam go ręcznikiem i włożyłam do pudełka. Biegałam w takim pośpiechu, że potknęłam się o zestaw miękkich klocków dla niemowląt Mayi, który zostawiła na dywanie. Co prawda to świetne klocki, unoszą się w wannie i ona lubi je żuć, ale uwierzcie mi, i tak potwornie bolą, gdy się na nie nadepnie w panice, próbując nie upuścić pudełka po butach z trzęsącym się pisklęciem.
Swoją drogą, Maya wrzeszczała w tle, bo właśnie ząbkuje i wyrzynają się jej trzonowce. Ostatecznie wcisnęłam jej w ręce jej silikonowy gryzak w kształcie pandy, żeby tylko zyskać trzy minuty ciszy. Ten gryzak to w zasadzie jedyna rzecz, która w tym momencie utrzymuje nasz dom w funkcjonowaniu – ma mały, płaski uchwyt w kształcie bambusa, za który może naprawdę dobrze chwycić podczas furiackiego gryzienia, a ponieważ jest z silikonu, po prostu wrzucam go do zmywarki, kiedy (co nieuniknione) upuszcza go na podłogę.
Proszę, odsuńcie się od okruszków chleba
To jest ta część, która całkowicie rozwaliła mi mózg. Kiedy znajdziesz małego ptaka, twoim absolutnie pierwszym instynktem jest jego nakarmienie.

Chcesz wykopać dżdżownicę albo namoczyć chleb w mleku, prawda? Nie rób tego. Jeśli nakarmisz zimnego, odwodnionego małego ptaka, zabijesz go. A jeśli podasz małemu gołębiowi robaki, też go zabijesz, ponieważ gołębie to ścisli roślinożercy. Nie jedzą robaków. A chleb nie ma żadnej wartości odżywczej. Ale najdziwniejsza część – i nadal nie mogę tego przeboleć – to sposób, w jaki jedzą.
Rodzice gołębi karmią swoje młode czymś, co nazywa się ptasim mleczkiem. Brzmi to jak przepłacony napój owsiany, który można kupić w hipsterskiej kawiarni, ale w rzeczywistości jest to zreurgitowana (zwrócona) substancja z wola w gardle rodzica. Obrzydliwe, prawda? A małe gołębie nie otwierają dziobków i nie czekają, aż wrzuci im się robaka, tak jak robią to rudziki. Robią coś, co nazywa się „nurkowaniem”, gdzie wpychają cały swój dziób do gardła rodzica, aby wypić to wymiotne mleko.
Pani z ratownictwa dzikich zwierząt, do której ostatecznie się dodzwoniłam, powiedziała, że cokolwiek robię, mam nie wlewać mu wody do dzioba. Bardzo łatwo o zachłyśnięcie. Jeśli woda dostanie się do ich płuc, dostają zapalenia płuc i umierają. Więc mój wielki plan użycia jednej ze starych strzykawek po syropie przeciwbólowym Mayi, by podać mu wodę, był naprawdę fatalnym pomysłem. To po prostu... o Boże, nowy poziom niepokoju odblokowany. Ledwo utrzymuję przy życiu moje rośliny doniczkowe, a teraz jeszcze wiem, jak łatwo można utopić ptaka.
Jeśli zmagasz się z chaosem rodzicielstwa, a jednocześnie próbujesz ogarnąć naturę i dzikie zwierzęta, może zechcesz sprawdzić kilka łagodniejszych rzeczy dla twoich własnych, ludzkich dzieci. Zajrzyj do kolekcji ubranek niemowlęcych z bawełny organicznej, by znaleźć rzeczy, z którymi o wiele łatwiej sobie poradzić niż z dziką przyrodą.
Pozostawienie tego prawdziwym profesjonalistom
Trzymaliśmy pudełko w najciemniejszym, najcichszym kącie pralni. Żadnego podglądania. Żadnego głaskania. Dzikie zwierzęta są nami przerażone, a głaskanie ich wcale ich nie uspokaja, sprawia tylko, że ich maleńkie serduszka mało nie wyskoczą z piersi.
Około dwie godziny później Dave zawiózł pudełko po butach do licencjonowanego ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt na przedmieściach. Specjalistka z ośrodka powiedziała mu, że używają specjalnej podgrzewanej mieszanki, która musi mieć dokładnie 39 stopni Celsjusza, a karmią je za pomocą takich dziwnych strzykawek pokrytych gumą, żeby maluch mógł w nią „zanurkować”. Tak się cieszę, że nie próbowałam zrobić tego na własną rękę w mojej kuchni. Nawet nie potrafię podgrzać owsianki dla Leo w mikrofalówce do odpowiedniej temperatury bez jego płaczu, że jest za gorąca.
W każdym razie, gołąb przeżył. Leo wciąż mówi o swoim „małym g” i pyta, czy każdy gołąb, którego widzimy w parku, to on. Zawsze odpowiadam, że tak, bo dlaczego by nie. Ale teraz upewniam się też, że zawsze zabieramy ze sobą mnóstwo środka do dezynfekcji rąk i chusteczek, kiedy wychodzimy na zewnątrz. Bo chociaż gołębie nie są takimi roznosicielami zarazy, jak myśleliśmy, dzieci nadal bywają ohydne.
Jeśli przeżyłaś własne dziwne spotkanie z dziką przyrodą i musisz wrócić do zwykłych matczynych spraw, zawsze możesz odkryć więcej bezpiecznych, nietoksycznych akcesoriów w kolekcji zabawek na ząbkowanie.
Kłopotliwe pytania, które miałam w związku z ratowaniem gołębia
Jaka jest pierwsza rzecz, którą powinnam zrobić, gdy znajdę małego gołębia?
Przede wszystkim, powstrzymaj dzieci przed dotykaniem go. Potem po prostu na niego spójrz. Jeśli ma pióra i podskakuje dookoła, zostaw go w spokoju, po prostu uczy się latać. Jeśli jest różowy, łysy, ranny lub krwawi, ostrożnie włóż go do ciemnego kartonowego pudełka z ręcznikiem i źródłem delikatnego ciepła (np. ciepłą skarpetą z ryżem). Następnie idź umyć ręce i zadzwoń do ośrodka ratownictwa dzikich zwierząt.
Czy mogę podać ptakowi trochę wody z zakraplacza?
Nie! Nie rób tego. Pani z ośrodka rehabilitacji powiedziała mi, że niesamowicie łatwo jest przypadkowo wlać im wodę do tchawicy zamiast do żołądka, co powoduje ich utopienie lub wywołuje śmiertelne zapalenie płuc. Po prostu trzymaj je w cieple. Zziębnięty ptak i tak niczego nie strawi.
Co to do cholery jest wole?
To taka dziwna kieszeń z przodu ich piersi, gdzie przechowują jedzenie przed trawieniem. Kiedy pracownicy ośrodków je karmią, muszą sprawdzić wole, żeby upewnić się, że w dotyku przypomina miękki woreczek z fasolą. Jeśli będzie zbyt pełne, jedzenie zaczyna w środku gnić. Nazywa się to „kwaśnym wolem” i jest śmiertelnie niebezpieczne. Ponownie – właśnie dlatego nie próbujemy karmić ich na własną rękę.
Czy ptasia mama porzuci malucha, jeśli poczuje mój zapach?
Nie, to gigantyczny mit. Ptaki mają okropny węch. Jeśli maluch jest zdrowy i po prostu wypadł z gniazda, możesz śmiało odłożyć go z powrotem, o ile możesz do niego dosięgnąć. Matki nie obchodzi to, że go dotknęłaś, ona po prostu chce odzyskać swoje dziecko.
Czy mogę po prostu zatrzymać go jako zwierzaka domowego?
Absolutnie nie. Po pierwsze, w wielu miejscach przetrzymywanie rodzimych dzikich zwierząt jest nielegalne. Po drugie, czy naprawdę chcesz mieszać fałszywe mleko z wymiotów o temperaturze 39 stopni co cztery godziny? Zadzwoń do profesjonalnego ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt. Oni naprawdę wiedzą, co robią.





Udostępnij:
Dlaczego puszczaliśmy Baby Pluto na cały regulator, by przetrwać czwarty trymestr
Dlaczego przygarnięcie miniświnki może być drogą przez mękę