Była 3:14 nad ranem, a tani syntetyczny splot dywanu w przedpokoju idealnie odciskał się na moich gołych kolanach. Bliźniaczkę A trzymałem pod lewą pachą niczym wysoce niestabilną piłkę do rugby, a Bliźniaczka B zwisała mi przez prawe ramię. Obie wydawały z siebie dźwięk, który mogę opisać jedynie jako skrzyżowanie zepsutego alarmu samochodowego z mewą, której ktoś właśnie kradnie frytkę. Doskonale pamiętam, jak wpatrywałem się w łuszczący się kawałek farby na listwie przypodłogowej i myślałem, z pełną powagą, że oddałbym oszczędności życia za zaledwie cztery minuty absolutnej ciszy.

Zanim dziewczynki pojawiły się na świecie, moje pojęcie o akustyce niemowląt było beznadziejnie, wręcz żenująco teoretyczne. W czasach, gdy miałem jeszcze czas wolny i potrafiłem wypić gorącą herbatę, zanim zrobił się na niej kożuch, moje wyobrażenie o płaczącym dziecku pochodziło wyłącznie z filmów. Gdyby kumpel zaproponował obejrzenie "Becksy" z 1990 roku w piątkowy wieczór, chętnie bym się zgodził, bo kto nie kocha klasycznego Johnny'ego Deppa w skórzanej kurtce? Zakładałem, że łzy dziecka będą czymś w stylu tego filmu – krótkie, mocno dramatyczne i łatwe do opanowania odrobiną kołysania, a może i kojącą kołysanką.

Byłem głupcem.

Moje wyobrażenia a faktyczna głośność

Kiedy spodziewasz się dziecka, ludzie mówią ci, że noworodki płaczą. Mówią to z takim czułym, nostalgicznym uśmiechem, który w ogóle nie oddaje fizycznego odczucia bycia narażonym na wrzask małego człowieka prosto do twojego kanału słuchowego z siłą 110 decybeli. Przeczytałem gorąco polecaną książkę dla rodziców, w której twierdzono, że dzieci płaczą tylko po to, by zakomunikować konkretną potrzebę, co sugerowało pewien rodzaj logicznej, transakcyjnej relacji. Poradnik sugerował, by zachować spokój i racjonalnie ocenić sytuację, co okazało się absolutnie bezużyteczne w obliczu dwójki niemowląt, które wydawały się płakać tylko dlatego, że istnieje grawitacja.

Moja położna środowiskowa (przerażająco skuteczna kobieta z przychodni, którą jednocześnie uwielbiałem i której się bałem) usiadła na mojej kanapie, gdy bliźniaczki miały trzy tygodnie, i wesoło poinformowała mnie o zjawisku "purple crying" (nieutulonego płaczu). To faza – powiedziała – w której idealnie zdrowe dzieci po prostu tracą zmysły przez długie godziny, a jej szczyt przypada na około drugi miesiąc. Rzucała statystykami w stylu: "to normalne, że płaczą nawet do pięciu godzin dziennie". Wykonałem w pamięci szybką matematykę: dwoje dzieci razy pięć godzin... po czym omal nie zapytałem, czy przyniosła w zapasie jakieś butle z tlenem.

Środowisko medyczne zdaje się owijać to wszystko w pocieszającą warstwę danych, ale kiedy jesteś na froncie, masz wrażenie, że wszechświat po prostu się na ciebie uwziął. Medycyna ma też swoją "Regułę Trójek" w odniesieniu do kolki, która mówi, że jeśli twoje dziecko krzyczy przez ponad trzy godziny dziennie, częściej niż trzy dni w tygodniu, przez trzy tygodnie, to możesz nakleić na to medyczną etykietkę. Jakby samo nazwanie mojego cierpienia miało w magiczny sposób zatrzymać dzwonienie w uszach.

Katalog syren alarmowych

Podręczniki uparcie twierdzą, że z czasem nauczysz się rozszyfrowywać specyficzne dźwięki wydawane przez twoje dziecko. Nie wspominają jednak, że przy bliźniakach próbujesz nauczyć się dwóch zupełnie różnych języków obcych w tym samym czasie, i to zazwyczaj w ciemności. Jednak po kilku tygodniach prób i błędów zacząłem dostrzegać pewną mroczną taksonomię w tym hałasie.

The catalogue of warning sirens — Confessions of a smug London dad: Surviving a real cry-baby
  • Zdesperowany ptaszek: To był dźwięk głodu Bliźniaczki B – rytmiczny, desperacki pisk, który przeradzał się we wściekły ryk, jeśli w ciągu trzydziestu sekund nie pojawiłem się z butelką. Zazwyczaj wiązało się to z jej agresywnym wierceniem się na moim obojczyku niczym prosię szukające trufli.
  • Zepsuta syrena: Przeszywający, ostry dźwięk, który zazwyczaj oznaczał wzdęcia. Albo ewentualnie, że szew na skarpetce jest minimalnie przekrzywiony. Trudno było jednoznacznie stwierdzić.
  • Audycja z godziny duchów: To było najgorsze – apokaliptyczne wycie, które przewidywalnie zaczynało się każdego wieczoru o 17:00, dokładnie wtedy, gdy próbowałem ugotować coś w miarę pożywnego.

Wieczorny niepokój ("godzina duchów") to zjawisko, które – jestem o tym przekonany – jest sposobem natury na przetestowanie zdrowia psychicznego rodzica. Nasze mieszkanie pogrążało się w absolutnym chaosie dokładnie wraz z zachodem słońca. Dziewczynki nie były głodne, nie miały mokro, nie były też zmęczone – a raczej były tak katastrofalnie przemęczone, że ich maleńkie układy nerwowe ulegały zwarciu. Bujałem je, śpiewałem strasznie fałszując piosenki Beatlesów, włączałem okap w kuchni, bo ktoś na forum napisał, że biały szum pomaga. Nic nie działało. Przez bite dwie godziny po prostu krzyczały w sufit.

Z kolei mokra pielucha? Ledwie piśnięcie u którejkolwiek z nich. Potrafiły radośnie siedzieć w tym mokrym bagnie przez wiele godzin, w ogóle się tym nie przejmując, podczas gdy lekko chłodny przeciąg z przedpokoju wywoływał u nich załamanie nerwowe o epickich rozmiarach.

Bawełniane rozwiązania na zdesperowane czasy

W tych mrocznych, pierwszych miesiącach kupowałem wszystko, co podpowiadał mi internet. Wydałem krocie na aplikacje do śledzenia pór karmienia i gadżety imitujące bicie serca matki (co brzmiało raczej jak ktoś kopiący w mokre, kartonowe pudło). Ale jedyne rzeczy, które naprawdę zauważalnie zmniejszyły ilość płaczu, okazały się niezwykle proste.

Bliźniaczka A, którą pieszczotliwie nazywałem Głośną, miała tak gwałtowny odruch Moro (wzdrygnięcia), że ciągle się wybudzała i z tego powodu płakała. W końcu odkryliśmy, że musi być owinięta tak ciasno, by przypominała gąsienicę. W tym właśnie celu polegałem bezgranicznie na otulaczu z bawełny organicznej Kianao. Był wystarczająco elastyczny, by mogła oddychać, ale na tyle zwarty, by utrzymać jej wierzgające małe rączki przy ciele. Walczyła z nim przez dokładnie dziesięć sekund, po czym wzdychała ciężko i po prostu odpływała. Szczerze mówiąc, znalezienie odpowiedniego materiału stanowiło dla nas granicę między trzema godzinami snu a jego całkowitym brakiem.

Z drugiej strony wypróbowaliśmy również smoczek z naturalnego kauczuku Kianao, o którym wszystkie blogi milenijnych rodziców pisały, że ratuje życie. Bliźniaczka A uznała go za umiarkowanie akceptowalny, pod warunkiem, że przytrzymywałem go dla niej w jej ustach. Bliźniaczka B spojrzała na niego z czystym obrzydzeniem, wypluła go na drugi koniec łóżeczka i dramatycznie zażądała w zamian mojego małego palca. To pięknie wykonana rzecz, w 100% wolna od plastiku i prawdopodobnie wspaniała dla naszej planety, ale cóż... moja córka woli smak moich nieumytych knykci.

Jeśli obecnie tkwisz po uszy w fazie krzyków, przejrzyj kolekcję do snu Kianao – choćby po to, by zająć czymś myśli podczas nerwowego spacerowania po salonie.

Moje całkowite załamanie nerwowe

Musimy porozmawiać o złości, ponieważ nikt nigdy nie mówi o tym, jak bardzo bywasz wściekły. Teoretycznie nie powinieneś przyznawać, że dźwięk płaczu twojej własnej krwi i kości sprawia, że masz ochotę wybić dziurę w drzwiach, ale brak snu robi potworne rzeczy z ludzkim mózgiem.

My total mental collapse — Confessions of a smug London dad: Surviving a real cry-baby

W szpitalu dali mi broszurę o zamierzonych urazach głowy, co jest przerażającym medycznym określeniem na syndrom potrząsanego dziecka. Pamiętam, jak czytałem ją na oddziale położniczym, czując się całkowicie oderwanym od tego problemu. Myślałem sobie: jakim potworem trzeba być, żeby potrząsać dzieckiem?

Sześć tygodni później, funkcjonując po czterdziestu minutach przerywanego snu, trzymając dziecko o fioletowej od krzyku twarzy, które za nic w świecie nie chciało zasnąć – zrozumiałem. Oczywiście, że tego nie zrobiłem, ale w końcu zrozumiałem ten nagły, oślepiający wyrzut adrenaliny, przez który człowiek na chwilę traci kontakt z rzeczywistością.

Zamiast próbować być tym opanowanym, niezłomnym ojcem, za jakiego się uważałem, w końcu nauczyłem się, że kiedy dzwonienie w uszach staje się zbyt głośne, muszę po prostu odłożyć tego mojego wrzeszczącego ziemniaczka do łóżeczka, wyjść do ciemnego przedpokoju, zjeść czerstwe ciastko zbożowe i poczekać, aż obraz przed oczami przestanie mi wibrować, zanim tam wrócę. Płacz im nie zaszkodzi, ale twoje skrajne wycieńczenie już zdecydowanie tak.

Magia ludzkiego ciepła

Ostatecznie rzeczą, która nas uratowała, nie był żaden harmonogram czy perfekcyjnie opanowana rutyna zasypiania. Było to po prostu noszenie ich na własnej klatce piersiowej.

Nasz lekarz (który zawsze wydawał się niezwykle wyluzowany w obliczu mojego powolnego popadania w obłęd) zasugerował więcej kontaktu skóra do skóry, aby ustabilizować ich oddech. Praktycznie więc zamieszkałem w lnianym nosidełku Kianao. Okazuje się, że przytulenie płaczącego dziecka do ciepłej, lekko owłosionej klatki piersiowej podczas bezcelowego spacerowania po okolicy to jedyna prawdziwa magiczna sztuczka w rodzicielstwie.

Spędziłem absurdalnie dużo czasu o świcie, spacerując ulicami Londynu, pachnąc lekko skwaśniałym mlekiem i desperacją, byle tylko utrzymać rytmiczne tempo, żeby Bliźniaczka B się nie obudziła i nie zaczęła całego cyklu od nowa. Świeże powietrze nie pozwalało mi zasnąć, kołysanie trzymało ją w stanie nieświadomości, a len jakimś cudem sprawiał, że oboje nie spociliśmy się na śmierć.

Patrząc wstecz, uświadamiam sobie, że cała faza noworodkowa to tak naprawdę bycie zakładnikiem we własnym domu, na co sam dobrowolnie się zapisujesz. Nie da się tak naprawdę "naprawić" płaczącego dziecka; po prostu musisz z nim przetrwać, dopóki jego malutki mózg nie rozwinie się na tyle, by zdać sobie sprawę, że odczuwanie głodu nie oznacza natychmiastowej śmierci.

Zanim więc całkowicie stracisz zmysły, rozważ zakup oddychającego nosidełka, aby ulżyć swoim ramionom, bo czeka cię naprawdę sporo spacerowania w kółko.

Desperackie pytania o północy

Czy to kolka, czy moje dziecko jest po prostu wściekłe?
Szczerze mówiąc, to bardzo cienka granica. Jeśli krzyczy godzinami każdego wieczoru, a twój lekarz wykluczył gorączkę czy dziwną wysypkę, to prawdopodobnie kolka. Albo maluch jest po prostu zbulwersowany nagłą eksmisją z bezpiecznego łona matki. Tak czy inaczej, płacz zazwyczaj słabnie w okolicy trzeciego lub czwartego miesiąca, chociaż kiedy jesteś w samym środku tego koszmaru, wydaje się to całą wiecznością.

Czy je rozpuszczę, biorąc je na ręce za każdym razem, gdy płacze?
Moja teściowa z pewnością tak uważała. Ale nie, nie możesz go rozpuścić. W tym wieku dzieci to w zasadzie jedynie układ pokarmowy z napadami niepokoju. Branie ich na ręce wysyła im jedynie komunikat, że są bezpieczne. Nie wychowujesz małego tyrana, po prostu minimalizujesz szkody.

Kiedy kończy się zjawisko "godziny duchów"?
U nas znacznie to osłabło w okolicach czwartego miesiąca. W pewien wtorek wybiła 17:00, a one zamiast wrzeszczeć, po prostu... wpatrywały się w lampę. Sam się o mało co nie popłakałem. To zjawisko po prostu zanika w miarę dojrzewania ich układu nerwowego.

Czy powinienem głośno puszczać biały szum?
Tak, ale nie rykiem na cały regulator tuż przy ich maleńkich uszach. Ja zwykle włączałem urządzenie szumiące na drugim końcu pokoju z głośnością, która przypominała ulewę we wnętrzu silnika odrzutowego. Pomaga to zagłuszyć szczekanie psa i dźwięk twoich własnych, ciężkich westchnień pełnych rezygnacji.

Czy to normalne, że absolutnie nienawidzę tej fazy?
Jeśli nie nienawidzisz jej przez co najmniej 40% czasu, to szczerze mówiąc, ci nie ufam. Jest to całkowicie możliwe: kochać swoje dziecko z przytłaczającą, przerażającą intensywnością, a jednocześnie marzyć o tym, by po prostu usiąść samotnie w jakiejś cichej, sterylnej poczekalni.