Był koniec października 2017 roku, a ja stałam na środku sklepu w szarym, melanżowym swetrze ciążowym, który lekko pachniał mrożonym Americano, rozlanym na mnie trzy godziny wcześniej. Byłam w trzydziestym ósmym tygodniu ciąży z Mayą, moje kostki wylewały się z wsuwanych trampek, a ja patrzyłam na alejkę z artykułami dla dzieci z prawdziwą, dosłowną wściekłością.
Wszystko po lewej stronie alejki było granatowe w małe ciężarówki. Wszystko po prawej miało agresywny, radioaktywny odcień magenty. Coś w stylu neonowej fuksji w kolorze gumy balonowej, od której fizycznie bolały mnie oczy, gdy patrzyłam na nią w jarzeniowym świetle marketu. Dave, mój mąż, stał obok mnie z paczką neutralnych, białych body, wyglądając na przerażonego, bo wiedział, że zaraz wpadnę w szał.
„Nie ma mowy” – powiedziała mu, agresywnie celując spuchniętym palcem w wieszak z falbaniastymi rampersami. „Nie będę wychowywać chodzącego stereotypu. Żadnego różu. Ani grama. Idziemy w neutralność płciową. Będą szarości, szałwiowe zielenie i może gustowna musztardowa żółć, jeśli zaszaleję.”
Dave tylko powoli pokiwał głową i włożył białe body do koszyka. Doskonale wie, że nie ma co ze mną dyskutować, zanim nie wypiję drugiej kawy.
Byłam tak bardzo przekonana, że postępuję słusznie – jak na postępową mamę z pokolenia millenialsów przystało. Myślałam, że całkowicie odrzucając estetykę cukierkowego różu, w jakiś sposób niszczę patriarchat, i to prosto z alejki z artykułami dla niemowląt. W każdym razie, krótko mówiąc: byłam totalną idiotką, która nie miała bladego pojęcia, co ją czeka.
Moja katastrofalna próba stworzenia pokoiku z okładki wnętrzarskiego magazynu
I tak na świat przyszła Maya. A ponieważ wyrzekłam się wszystkich ciepłych, tradycyjnych „dziewczęcych” kolorów, urządziliśmy jej pokoik – a dokładniej, Dave go pomalował, podczas gdy ja siedziałam na piłce do jogi i narzekałam – w niesamowicie surowej, nowoczesnej palecie. Śnieżnobiałe ściany. Grafitowy dywan. Wszędzie kontrastowe, czarno-białe grafiki, bo przeczytałam jeden jedyny artykuł na blogu o tym, że noworodki widzą tylko wysoki kontrast, więc postanowiłam, że moje dziecko będzie wizualnym geniuszem.
Wyglądał jak bardzo szykowne, ale i bardzo przygnębiające muzeum sztuki nowoczesnej.
I Maya go po prostu nienawidziła.
W szóstym tygodniu funkcjonowałam na minus dwunastu godzinach snu. Maya nie tylko miała kolki; przypominała malutką, ciągle przebodźcowaną, wibrującą strunę. Krzyczała za każdym razem, gdy próbowaliśmy odłożyć ją na drzemkę. Przemierzałam korytarz, bujając ją, aż strzelało mi w kolanach, patrząc tępym wzrokiem w ścianę i w myślach pisząc własny nekrolog.
Na wizycie kontrolnej w drugim miesiącu życia siedziałam w gabinecie pediatry, dosłownie szlochając w sterylną papierową pelerynkę, podczas gdy Maya zawodziła na stole do badań. Doktor Miller – która jest aniołem i pewnie widziała tysiące płaczących matek takich jak ja – poprosiła, żebym opowiedziała jej o naszej rutynie usypiania i wystroju pokoiku.
Z dumą opisałam mój wysoce kontrastowy, czarno-biały, wizualnie stymulujący pokoik niemowlęcy.
Doktor Miller delikatnie odłożyła długopis. „Sarah” – powiedziała – „wysoki, czarno-biały kontrast jest fantastyczny do rozbudzania mózgu podczas leżenia na brzuszku. Ale próba uśpienia dziecka w pokoju pełnym ostrych, wysoce kontrastowych linii przypomina próbę zaśnięcia w klubie nocnym.”
O Boże. Byłam bramkarzem w tym klubie.
Doktor Miller wyjaśniła, że niemowlęta mają niesamowicie wrażliwe przetwarzanie sensoryczne. Zasugerowała złagodzenie wystroju pokoju. Mówiła o stonowanych kolorach, ciepłych odcieniach, zgaszonych różach. Powiedziała, że nie bez powodu szpitale i oddziały intensywnej terapii noworodków często używają bardzo miękkich, pudrowych odcieni różu – okazuje się, że patrzenie na ciepłe, przygaszone pastele może faktycznie pomóc obniżyć tętno dziecka i ustabilizować jego układ nerwowy.
Nie znam się na dokładnej medycznej stronie tego zjawiska – chodzi o coś z percepcją kolorów i ścieżkami neuronowymi – ale szczerze mówiąc, gdyby doktor Miller kazała mi pomalować twarz jak klaun i śpiewać musicalowe hity, żeby uśpić Mayę, zrobiłabym to.
Nocne wpadanie w internetową czarną dziurę o 3 nad ranem
Tej nocy, gdy Dave próbował ukołysać Mayę po raz siedemnasty, siedziałam na kanapie z telefonem świecącym w ciemności i zaciekle studiowałam psychologię kolorów.
Dowiedziałam się, że całe to gadanie „różowy jest dla dziewczynek” to tak naprawdę chwyt marketingowy domów towarowych z lat 40. Wcześniej różowy był uważany za „silny” kolor przeznaczony dla chłopców, co jest czystym szaleństwem, jak o tym pomyśleć. A potem wpadłam w potężną króliczą norę na Wikipedii, czytając o pewnym naukowcu z lat 70., który odkrył, że pomalowanie cel więziennych na określony odcień różu zmniejszyło agresywne zachowania.
Z braku snu byłam już w takim stanie, że dosłownie googlowałam dokładny kod koloru niemowlęcego różu – wiecie, próbowałam sprawdzić, czy #FFB7CE to ten konkretny kod hex, który w końcu sprawi, że moje dziecko przestanie krzyczeć. Kiedy jadę na rezerwach energii, mój mózg po prostu czepia się najdziwniejszych szczegółów.
Zdałam sobie sprawę, że przenosiłam swoją własną, dziwną traumę z dzieciństwa w latach 90. – kiedy to wszystko narzucane dziewczynkom było błyszczące, w kolorze wściekłego różu i mocno ograniczające – na zwykły kolor. Kolor, który tak się składa, że jest po prostu uniwersalnie ciepły i kojący. Byłam tak zajęta walką ze stereotypami płciowymi, że odmówiłam własnemu dziecku uspokajającego wizualnie otoczenia.
Kocyk, który zmienił moje podejście
Następnego dnia zrezygnowałam z mojej beżowo-grafitowej krucjaty. Zamówiłam kilka rzeczy, by nieco ocieplić pokoik, w tym ten Kocyk dla niemowlaka z organicznej bawełny w różowe kaktusy od Kianao.

Pamiętam dzień, w którym przyszła paczka. Miałam na sobie legginsy z plamą po jogurcie na kolanie. Rozerwałam opakowanie i po prostu... dotknęłam go. To nie był ten okropny, krzykliwy, neonowy, balonowy róż prosto ze sklepowej alejki. Był to niezwykle miękki, przygaszony, przydymiony odcień z uroczymi, maleńkimi niebieskimi i zielonymi kaktusami.
Przewiesiłam go przez fotel bujany w jej pokoju. I wiecie co? Pokoik od razu przestał przypominać salę przesłuchań. Zrobiło się ciepło. Zrobiło się bezpiecznie.
Zaczęłam owijać Mayę tym kocykiem z organicznej bawełny na jej ostatnie wieczorne karmienie. Stało się to naszym sygnałem do wyciszenia. Materiał był super przewiewny, ale jednocześnie miał idealną, średnią grubość. Naprawdę uważam, że połączenie łagodniejszego otoczenia wizualnego z organiczną fakturą coś w niej zmieniło – a może to po prostu obniżyło *moje* ciśnienie krwi i wyczuła moją spokojniejszą energię. Kto wie.
Wiem tylko, że w dziesiątym tygodniu w końcu zaczęła drzemać. Czasami sama dosłownie narzucałam ten kaktusowy kocyk na własne ramiona, pijąc rano moją letnią kawę, bo pachniał nią i sprawiał, że czułam się choć odrobinę mniej jak zombie.
Kiedy drugie dziecko dziedziczy ubranka
Trzy lata później urodził się Leo.
Jeśli macie drugie dziecko, wiecie, że wszystkie te sztywne, neurotyczne zasady, których trzymaliście się przy pierwszym, idą całkowicie w zapomnienie. Pierwsze dziecko dostaje starannie dobraną, minimalistyczną garderobę. Drugie dostaje to, co akurat jest czyste i leży na samej górze w koszu na pranie.
Więc Leo nosił mnóstwo starych rzeczy po Mayi. Spał pod różowym kocykiem w kaktusy. Nosił jej mięciutkie, pudrowe pajacyki.
Pewnego popołudnia wpadła do nas moja teściowa, zobaczyła śpiącego Leo w pajacyku w kolorze zgaszonego różu i spojrzała na nas z głęboką dezorientacją. „Och” – powiedziała, zaglądając do kosza Mojżesza. „Ubraliście go w... dziewczęce kolory”.
Byłam w samym środku sprzątania salonu i właśnie wdepnęłam bosą stopą w staroświecką agrafkę dla dzieci, którą uparła się nam dać (nawet nie pytajcie, dlaczego uznała, że trzymanie ostrych agrafek z 1985 roku to dobry pomysł – bolało jak diabli). Wyciągnęłam agrafkę z pięty, spojrzałam jej prosto w oczy i powiedziałam: „To tylko kolor, Linda. Utrzymuje jego tętno na niższym poziomie”.
Dave uważał, że to wszystko było przezabawne. Uwielbiał ubierać Leo w te stare pajacyki. Kiedy byłam w sklepie, próbując przypomnieć sobie, jakie kupujemy mleko, Dave wysyłał mi SMS-a: „spakowałaś n-róż do torby na pieluchy?”. Zaczął skracać „niemowlęcy róż” do „n-róż”, bo po prostu poddaliśmy się pastelowemu przejęciu władzy.
Akcesoria, które pokochaliśmy (i te, które były tylko okej)
Ponieważ w pełni zaakceptowałam kojącą moc pastelowych odcieni, zaczęłam kupować ich więcej. Niektóre okazały się wielkim hitem. Innymi, mówiąc szczerze, dzieci w ogóle się nie przejęły.

Kupiłam na przykład ten naprawdę piękny Kocyk dla niemowlaka z organicznej bawełny w dwuwarstwowy wzór z gąskami. Ma on niezwykle delikatny, klasyczny różowy odcień. Używaliśmy go non stop podczas spacerów z wózkiem w parku. Jest fantastyczny, bo to organiczna bawełna z certyfikatem GOTS, co oznaczało, że kiedy Leo nieuchronnie na niego ulał, mogłam go po prostu wrzucić do prania, a on po wyjęciu jakimś cudem stawał się jeszcze miększy. Był moją niezawodną tarczą ochronną w stylu: „zarzucę to na fotelik, żeby obcy ludzie w markecie nie dotykali mojego dziecka”.
Ale z drugiej strony były rzeczy do ząbkowania.
Kupiłam tę Grzechotkę-gryzak z jelonkiem, która miała małe drewniane kółko i zrobionego na szydełku jelonka w uroczym różowym śliniaczku. Wizualnie? Przepiękna. Na półce w pokoiku dziecięcym wyglądała jak milion dolarów. Naturalne drewno bukowe, w 100% bawełniana przędza, całkowicie bezpieczna i tak dalej.
Czy Leo chciał mieć z nią cokolwiek wspólnego? Oczywiście, że nie.
Wolał gryźć pilota do telewizora, moje kluczyki do samochodu czy też dosłownie mój kciuk. Maya lubiła nią trochę potrząsać jako maluch, ale jako prawdziwy gadżet na ząbkowanie dla moich dzieci? Ech. Po prostu im nie podeszła. Ostatecznie kupiłam jednak trzy kolejne, żeby dawać je w prezencie na baby shower, bo to naprawdę piękny, mały przedmiot.
Macierzyństwo to w dużej mierze po prostu kupowanie ładnych rzeczy i patrzenie, jak twoje dziecko woli bawić się pustym kartonem.
Odpuszczanie sztywnych zasad
Jeśli jesteś właśnie w ciąży albo siedzisz w ciemnym pokoiku o 4 rano, czytając to na telefonie, podczas gdy twoje dziecko używa twojej klatki piersiowej jako materaca – po prostu posłuchaj mnie przez chwilę.
Przestań przejmować się tym, co oznaczają kolory. Przestań próbować dopieszczać idealną estetykę pod Instagrama. Internet powie ci, że beż jest nudny, że neon przebodźcowuje, że kolory przypisane do płci są toksyczne, a ty wszystko robisz źle.
Po prostu wyrzuć wszystkie te wyczerpujące zasady do kosza i kupuj to, co pozwala ci łatwiej oddychać. Jeśli owinięcie krzyczącego niemowlęcia w miękki kocyk w kolorze brudnego różu sprawia, że w pokoju panuje odrobinę mniejszy chaos – zrób to. Jeśli patrzenie na ciepły pastelowy odcień sprawia, że twoje barki trochę się rozluźniają i opadają – kup to.
Wszystkie tu lecimy na ślepo, przetrzymując kolejne dni na resztkach tostów i czystej sile woli. Rób to, co służy twojemu układowi nerwowemu, a układ nerwowy twojego dziecka prawdopodobnie pójdzie w jego ślady.
A teraz wybaczcie, muszę iść odgrzać moją kawę w mikrofali po raz czwarty dzisiejszego dnia.
Chaotyczne i prawdziwe FAQ dotyczące kolorów dla niemowląt
Czy kolor pokoju mojego dziecka naprawdę wpływa na jego sen?
Według mojego pediatry i moich desperackich poszukiwań prowadzonych o 3 nad ranem – tak jakby. Niemowlęta intensywnie przetwarzają bodźce sensoryczne. Bardzo krzykliwe, jaskrawe kolory lub ostre, kontrastowe wzory mogą utrzymywać ich małe mózgi w stanie pełnej czujności. Miękkie, stonowane kolory – takie jak brudny róż, ciepły beż lub przygaszona szałwia – mogą być sygnałem, że nadszedł czas na wyciszenie. Z drugiej strony, jeśli twoje dziecko ma kolkę, będzie krzyczeć, nawet jeśli pomalujesz pokój na identyczny kolor jak w najspokojniejszym ogrodzie Zen. Podchodź więc do tego z przymrużeniem oka.
Czy ubieranie synka w różowy jest dziwne?
Tylko jeśli utknęliście w latach 50. Szczerze? Leo cały czas nosił stare, jasnoróżowe pajacyki po siostrze i świetnie to przeżył. To dosłownie tylko barwnik do tkanin. Co więcej, ciepłe kolory mogą działać kojąco na układ nerwowy *każdego* dziecka, niezależnie od tego, co ma w pieluszce. Jeśli twoja teściowa rzuci jakimś komentarzem, zrzuć to po prostu na „psychologię kolorów” i odejdź.
Czy w ogóle unikać zabawek o wysokim kontraście?
Nie! Kontrastowe rzeczy (czarno-białe) są naprawdę niesamowite dla noworodków, gdy nie śpią. Na początku ich wzrok jest bardzo rozmyty, więc te ostre linie pomagają im skupić uwagę i śledzić przedmioty podczas leżenia na brzuszku. Po prostu nie chcecie, by te ostre linie otaczały je wtedy, kiedy próbujecie je przekonać, że czas spać. Zostawcie kontrast na matę edukacyjną, a delikatne pastele zachowajcie do łóżeczka.
Czy naprawdę warto dopłacać za organiczne kocyki?
Kiedyś myślałam, że „organiczny” to tylko modne hasło, które ma sprawić, że matki poczują się winne i wydadzą więcej pieniędzy, ale potem Maya dostała okropnej egzemy niemowlęcej. Zwykła bawełna jest mocno nasączona chemikaliami i pestycydami, które mogą podrażniać ich skórę. Organiczna bawełna z certyfikatem GOTS jest niezaprzeczalnie bardziej miękka i przewiewna. Kiedy masz do czynienia z dzieckiem, które budzi się, bo go coś swędzi albo się poci, dopłacenie nieco więcej za oddychający materiał to w zasadzie po prostu płacenie za swój własny sen.
Jak zapobiec przegrzaniu się dziecka w kocykach?
Po pierwsze, przestrzegaj zasad bezpiecznego snu – żadnych luźnych kocyków w łóżeczku przez pierwszy rok życia (my używaliśmy naszych podczas spacerów w wózku, czasu na brzuszku lub sama nosiłam go jak pelerynę). Kiedy będą wystarczająco duże lub jeśli używasz go jako okrycia do karmienia, trzymaj się naturalnych, oddychających włókien, takich jak bawełna organiczna czy bambus. Materiały syntetyczne zatrzymują ciepło jak szklarnia. Włókna naturalne przepuszczają powietrze, dzięki czemu maluchy nie budzą się zlane potem.





Udostępnij:
Absolutne szaleństwo wyboru idealnego kodu koloru pudrowego różu
Jak zrobić piękne zdjęcia noworodka i nie zwariować