Siedzę przy wyspie kuchennej o 2 nad ranem, wpatrując się w wysoce neurotyczny arkusz kalkulacyjny w Excelu, oznaczony kolorami według liczby sylab. To było trzy lata temu, mniej więcej w połowie ciąży mojej żony, zanim technik USG radośnie ogłosił: „To dwie dziewczynki, stary!” i całkowicie zrujnował mój genialny plan. Ale przez te pierwsze dwadzieścia tygodni byłem absolutnie przekonany, że będziemy mieli chłopca, i byłem równie pewny, że dzięki literze J złamałem kod idealnych imion męskich.

Moja logika była beznadziejnie naiwna. Naprawdę wierzyłem, że wybór imienia to tylko kwestia zamyślonego spojrzenia przez zalaną deszczem szybę, popijania letniej herbaty i wybrania czegoś wyszukanego, a jednocześnie przystępnego. Chciałem imienia, które brzmiałoby tak, jakby mógł wyrosnąć na w miarę odnoszącego sukcesy architekta lub przyzwoitego lewego obrońcę Arsenalu. Imiona na literę „J” wydawały się bezpiecznym terytorium. Brzmiały solidnie.

Potem właściwie rozpocząłem proces selekcji, który polegał głównie na tym, że czytałem imiona z ekranu, podczas gdy moja żona natychmiast je skreślała, kojarząc je z ludźmi ze studiów, których szczerze nie znosiła.

Dziwaczna fantazja o klasycznym imieniu

Zanim staniesz się faktycznie odpowiedzialny za nazwanie człowieka, masz wielkie złudzenia co do tego, jak działa cały ten proces. Myślałem, że po prostu od niechcenia rzucę „James” albo „Julian”, a moja żona popłacze się z radości nad moim surowym tradycjonalizmem. Wyobrażałem sobie maleńkiego, dobrze ułożonego chłopczyka siedzącego w krzesełku do karmienia, cichutko czytającego „Financial Times”.

Rzeczywistość jest taka, że znalezienie porządnego imienia dla chłopca to brutalna wojna psychologiczna. Każda propozycja niesie ze sobą jakiś bagaż. Zaproponowałem „Jude” (silne, proste, miłe nawiązanie do Beatlesów), a moja żona zawetowała je w równe trzy sekundy, ponieważ jakiś facet o tym imieniu wylał kufel cydru na jej buty w 1998 roku. Zasugerowałem „Jonah” i usłyszałem, że brzmi jak ktoś, kto ma alergię na nabiał. Szybko zdajesz sobie sprawę, że twoja starannie wyselekcjonowana lista zostanie zdziesiątkowana przez arbitralną historię osobistą.

Nasz pediatra, doktor Evans, wspomniał mimochodem podczas dość stresującej konsultacji w sprawie egzemy, że imię dziecka może faktycznie wpływać na jego rozwijającą się tożsamość społeczną — co jest przerażającą myślą, gdy z braku snu zaczynasz mgliście rozważać imię „Jedi”, byleby tylko zakończyć koszmar arkusza kalkulacyjnego.

Agresywny i całkowicie nieuzasadniony awans litery X

Jeśli spędzisz więcej niż pięć minut na forach dla rodziców w poszukiwaniu inspiracji, zauważysz coś głęboko niepokojącego, co dzieje się z całkiem dobrymi imionami. Mamy do czynienia z absolutną epidemią wpychania wszędzie litery „X”.

Weźmy na przykład imię Jackson. To dobre imię. Spełnia swoje zadanie. Ale nagle, jako społeczeństwo, uznaliśmy, że Jackson nie brzmi wystarczająco nowocześnie dla dzisiejszego noworodka, więc przemianowaliśmy go na Jaxon. Następnie, prawdopodobnie dlatego, że Jaxon stawał się zbyt popularny, ludzie zaczęli wymyślać imię Jaxtyn. Szczerze tego nie rozumiem. Przez to dziecko brzmi jak wysokowydajny napój energetyczny albo autorska platforma programistyczna dla księgowych. Po prostu skazujesz biednego chłopaka na to, by przez całe życie musiał literować swoje imię zmęczonym recepcjonistkom w przychodni.

Tymczasem taki John siedzi sobie w kącie, jest z nim całkowicie w porządku, pisze się go dokładnie tak, jak się go wymawia, a i tak jest ignorowany przez prawie wszystkich.

Test krzyku na placu zabaw

Największym błędem, jaki popełniłem na etapie wybierania imienia, było zapomnienie, że imię to nie tylko coś, co zapisuje się w akcie urodzenia. To narzędzie do kontrolowania tłumu. W zasadzie musisz wykrzyczeć to imię przez tylne okno, jednocześnie zapisując inicjały, by sprawdzić, czy przypadkiem nie układa się w lekkie przekleństwo albo skrót agencji rządowej.

The playground shouting test — The spreadsheet reality of picking baby boy names with J

Krąży pewne badanie lingwistyczne, które twierdzi, że jednosylabowe imiona budzą autorytet, ale szczerze mówiąc, moje ograniczone rozumienie tego faktu sprowadza się do tego, że szybciej się je krzyczy, gdy twoje dziecko próbuje zjeść ziemię w parku. Imiona takie jak Jack, Jax czy Jett brzmią wyraziście, ale spróbuj krzyknąć „Julian, odłóż ten patyk” w zatłoczonej sali zabaw. Trwa to zbyt długo. Zanim dojdziesz do trzeciej sylaby, Julian zdąży już zdzielić gałęzią inne dziecko.

Ta potrzeba praktyczności dotyczy również ich ubierania. Skoro mowa o podstawowej użyteczności, ostatecznie zaopatrzyliśmy się w Body Dziecięce bez Rękawów z Bawełny Organicznej. Szczerze mówiąc, to po prostu body. Sprawia, że twoje dziecko nie jest zupełnie nagie w miejscu publicznym, co jest ogólnie niemile widziane. Jest całkiem przyzwoite, zatrzaski nie odpadły po pięćdziesięciu praniach w naszej niesamowicie brutalnej pralce, a do tego ratuje moje dziewczynki przed przegrzaniem, kiedy w lipcu nasze londyńskie mieszkanie zamienia się w szklarnię. Będziesz potrzebować około dziesięciu takich sztuk porozrzucanych po całym domu. Istnieją, działają, zakrywają pieluchę. Nie wszystko musi być od razu rewolucją.

Absolutny nonsens znaczeń imion

Kiedy tkwiłem głęboko w mojej erze arkuszy kalkulacyjnych, poświęciłem żenująco dużo czasu na badanie etymologii imion dla chłopców. Chciałem czegoś, co ma wagę.

Spojrzałem na imię „Jason”, które najwyraźniej oznacza „uzdrowiciela”. Przyjrzałem się „Jasperowi”, co z kolei ma oznaczać „przynoszącego skarb”. Wmawiasz sobie, że te znaczenia mają wagę, że w jakiś sposób zaszczepią twojemu dziecku szlachetne cechy. Co za bzdury. Rzeczywistość jest taka, że przez pierwsze dwa lata życia „uzdrowiciel” szczerze tłumaczy się jako „osoba, która co trzy tygodnie przynosi ci ze żłobka przeziębienie”, a jedyny „skarb”, jaki przyniesie ci Jasper, to na wpół przeżuty wafel ryżowy, który znalazł pod kanapą.

Jedyne, co tak naprawdę ma znaczenie, to jak dzieciak reaguje na świat. I uwierz mi, kiedy zacznie się ząbkowanie, nie będzie cię obchodzić, czy jego imię oznacza „wojownika-poetę”, byle tylko przestało płakać.

Oto prawdziwa historia o Silikonowo-Bambusowym Gryzaku z Pandą dla Niemowląt. Kiedy moje bliźniaczki skończyły pięć miesięcy, postanowiły komunikować się wyłącznie za pośrednictwem żucia mojego obojczyka. W ślepej panice kupiliśmy trzy takie silikonowe pandy. Nie mam pojęcia, jakiego rodzaju czarna magia została wbudowana w tę wyboistą teksturę, ale całkowicie przekierowała to ząbkujące szaleństwo z dala od mojego obojczyka. Gdybym ostatecznie miał syna o imieniu Jasper, niewątpliwie zrobiłby dokładnie to samo (strona 47 poradnika o niemowlętach sugeruje zachowanie spokoju podczas fazy gryzienia, co uznałem za głęboko nieprzydatne o 3 nad ranem, będąc aktywnie przeżuwanym przez niemowlę). To jedna z nielicznych rzeczy, które posiadamy, a która autentycznie rozwiązała problem, zamiast po prostu tworzyć nowy.

Jeśli właśnie próbujesz przeprawić się przez mętne wody wybierania imienia i urządzania pokoju dziecięcego bez popadania w obłęd, warto przejrzeć szerszą kolekcję ekologicznych akcesoriów dla niemowląt od Kianao, zanim lęk związany z wiciem gniazda całkowicie cię pochłonie i skończysz z podgrzewaczem do chusteczek w koszyku.

Przypadkowe akronimy i inne katastrofy

Kolejną pułapką, w którą prawie wpadłem, była pułapka drugiego imienia. Znajdujesz ładne imię na J, powiedzmy James. Chcesz uhonorować swojego tatę, Arthura (A). Twoje nazwisko to Robinson (R). Gratulacje, właśnie nazwałeś swojego pięknego noworodka J.A.R. Brzmi zupełnie jak angielskie słowo na słoik z dżemem.

Accidental acronyms and other disasters — The spreadsheet reality of picking baby boy names with J

Spędziłem calutki wieczór, sprawdzając każdą możliwą kombinację inicjałów naszych faworytów, by mieć pewność, że nie tworzę mu okazji do bycia prześladowanym na lekcjach matematyki w ósmej klasie. To wyczerpujące. Zaczynasz widzieć akronimy wszędzie. Zaczynasz się zastanawiać, czy „JAG” jest fajne ze względu na samochody, czy tragiczne przez ten serial wojskowy z lat 90.

Musisz także pomyśleć o tym, co się stanie, gdy zaczniesz kupować im rzeczy. Bo jak tylko nadasz dziecku imię, kochający krewni natychmiast nakupią ci okropnych rzeczy z wyhaftowaną tą literą w gigantycznym rozmiarze.

Na szczęście niektóre prezenty są szczerze przydatne. Byłem święcie przekonany, że nie wpuszczę do naszego domu żadnych jaskrawych, kreskówkowych śmieci w podstawowych kolorach. Chciałem kojących odcieni beżu i szarości. Potem uderza rzeczywistość i zdajesz sobie sprawę, że niemowlęta wprost uwielbiają krzykliwe wzory. Dostaliśmy w prezencie coś bardzo podobnego do Bambusowego Kocyka Dziecięcego w Kolorowe Dinozaury. Jego wzór to dokładnie ten rodzaj chaotycznej energii dinozaurów, na który kiedyś przewracałem oczami, ale sam materiał jest zaskakująco genialny. Jest na tyle duży, że jednym panicznym ruchem zetrzesz nim całą rozlaną butelkę mleka, a bambusowy materiał sprawia, że jest dziwacznie miękki. Dzieci ciągną go za sobą jak pelerynę. Czasem po prostu trzeba poddać się dinozaurom.

Słodko-gorzki koniec podróży z wyborem imienia

Patrząc wstecz na tę dziko neurotyczną wersję samego siebie, skrupulatnie oceniającą imię „Jared” kontra „Joel” w skali od 1 do 10 pod kątem „przyszłych szans na zatrudnienie”, uświadamiam sobie, jak niewiele to wszystko znaczy. Imię, które wybierzesz, w końcu stanie się tylko dźwiękiem, który wydajesz, trzymając jeden but w dłoni i pytając malucha, gdzie jest jego para.

Niezależnie od tego, czy zdecydujesz się na klasycznego Jamesa, modnego Jaxona (proszę, przemyśl to X, błagam), czy inspirowanego naturą Jaya, dziecko i tak całkowicie przedefiniuje to słowo. Nie nadajesz mu od razu osobowości; dajesz mu tylko punkt wyjścia. Wkrótce samo wypełni to imię swoimi własnymi, absurdalnymi, chaotycznymi i genialnymi cechami.

Gdy w końcu wykreślisz wybór imienia ze swojej gigantycznej listy rzeczy do zrobienia, możesz naprawdę zacząć skupiać się na tej przyjemniejszej części: przygotowaniu domu na ich przybycie. Przestań gapić się w arkusz kalkulacyjny i odkryj kolekcję ekologicznych akcesoriów dla niemowląt Kianao, by w końcu urządzić pokój dziecięcy.

Trudne pytania o wybór imienia (na które odpowiedzi poznałem przeważnie na własnej skórze)

Czy imiona na literę J naprawdę brzmią lepiej w przypadku bliźniaków?

Istnieje ogromna pokusa, by dopasować do siebie pierwsze litery (np. Jacob i Joshua itp.). Intensywnie nad tym debatowaliśmy, zanim dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli dziewczynki. Szczerze mówiąc, brzmi to uroczo na powiadomieniu o narodzinach, ale w praktyce to istny koszmar. Listonosze będą wiecznie mylić ich pocztę, a kiedy w półśnie będziesz próbował krzyknąć na jedno z nich, by przestało jeść kredkę, twój mózg doświadczy spięcia i wykrzyczysz po prostu: „J...J... TY!”. Wybierzcie różne litery. Dajcie odpocząć swoim pozbawionym snu mózgom.

Czy użycie popularnego imienia, takiego jak James, to zły pomysł?

Wszyscy panikują, że ich dziecko będzie „Jamesem M.” w klasie z pięcioma innymi Jamesami. Ale popularne imiona są popularne, ponieważ się sprawdzają. Nie wymagają literowania przez telefon podczas rozmowy z bankiem i nikt nigdy nie zapyta „jak to się wymawia?”, gapiąc się tępo na dziennik. Anonimowość jest mocno niedoceniana.

Jak sprawdzić, czy imię naprawdę się sprawdzi?

Zapisz je niedbałym pismem jako podpis. Wykrzycz je głośno, jakbyś był zły. Powiedz je naprawdę zmęczonym, błagalnym szeptem (to głos, którego będziesz używać najczęściej). Dodaj przed nim słowo „Premier”. Dodaj przed nim słowo „DJ”. Jeśli przetrwa te wszystkie scenariusze bez całkowitej śmieszności, prawdopodobnie masz zwycięzcę.

Co jeśli wybierzemy imię, a potem dziecko nie będzie „wyglądać” jak Julian?

To gigantyczny mit. Żaden noworodek nie wygląda jak Julian, Jack czy Jonathan. Przez pierwsze trzy tygodnie wyglądają jak pomarszczone, lekko zirytowane ziemniaki. Po prostu nadajesz im to imię i z czasem ich twarz jakoś do niego dorasta. Do szóstego miesiąca dosłownie nie będziesz w stanie wyobrazić ich sobie z innym imieniem.

Czy powinienem zdradzić rodzinie imię przed narodzinami dziecka?

Absolutnie nie. Nigdy. W chwili, gdy podrzucisz imię teściowej lub wujkowi, zanim atrament na akcie urodzenia jeszcze wyschnie, potraktują to jako zaproszenie do negocjacji. Opowiedzą ci o psie, którego znali, noszącym takie właśnie imię. Trzymaj to w zaciekle strzeżonej tajemnicy. Kiedy dziecko jest już fizycznie w pokoju, nikt nie ma odwagi powiedzieć ci, że nienawidzi jego imienia. Problem rozwiązany.