Rytmiczne, mechaniczne sapanie laktatora o 3:17 nad ranem to ścieżka dźwiękowa moich największych rodzicielskich olśnień. Tak właśnie było z moim najstarszym synem, Liamem, jakieś cztery lata temu. Byłam wykończona, moje mleko kapało na stertę niezapłaconych rachunków na stoliku kawowym, a ja wpadałam w głęboką otchłań poczucia winy, bo w jedenastym miesiącu moja laktacja zaczęła słabnąć. Wkręciłam sobie, że zawodzę w najbardziej podstawowym, naturalnym zadaniu na świecie. Chwyciłam pilota, żeby zagłuszyć dźwięk pompy i włączyłam jakiś film przyrodniczy, spodziewając się widoku spokojnego lasu. Zamiast tego, z zaspawanymi oczami gapiłam się na odcinek o młodych fokach grenlandzkich. I szczerze mówiąc, całkowicie zrujnowało to moje złudzenia, że Matka Natura ma wszystko poukładane.
Instagram wmawia nam, że zwierzęce mamy to te majestatyczne, idealnie zestrojone z naturą istoty, które naturalnie więżą się ze swoimi młodymi w stanie czystej, organicznej błogości. Patrzymy na nie i myślimy, że same robimy coś nie tak, skoro do przetrwania dnia potrzebujemy silikonowych osłonek na piersi i wiadra kawy. Ale jestem tu po to, żeby wam powiedzieć: natura jest totalnie szalona i wszystkie musimy trochę wrzucić na luz.
Matka Natura to tak naprawdę wyrodna matka
No więc, facet czytający ten dokument z bardzo poważnym brytyjskim akcentem zaczyna rzucać faktami o tym, jak te foki wychowują swoje młode. Chcecie wiedzieć, jak długo mama foki karmi swoje dziecko? Dwanaście dni. To nie literówka. Ja tutaj płakałam, bo nie dobiłam do pełnych dwunastu miesięcy, a ten wielki „morski pies” po prostu karmi swoje dziecko przez niecałe dwa tygodnie, a potem bezczelnie porzuca je na dryfującej krze lodu, żeby wrócić do własnego życia.
Podobno uchodzi im to na sucho, bo ich mleko to w zasadzie czyste masło. Pan naukowiec w telewizji powiedział, że ma jakieś szalone pięćdziesiąt procent tłuszczu, chociaż mogę trochę przekręcać liczby, bo funkcjonowałam na trzech godzinach snu i czerstwym ciastku. Ale rzecz w tym, że waga takiego malucha skacze z dziesięciu kilogramów przy narodzinach do potężnych czterdziestu kilogramów w niecałe dwa tygodnie. Przybiera na wadze ponad dwa kilogramy dziennie! Wyobraźcie sobie, gdyby ludzkie niemowlęta tak robiły. Non stop kupowałybyśmy nowe ubranka, a nasze kręgosłupy pękłyby na pół już w trzecim tygodniu.
Kiedy Liam był niemowlakiem, był chudy jak patyk. Śledziłam każdy wypity mililitr w jakiejś skomplikowanej aplikacji, która wysyłała mi agresywne powiadomienia, jeśli zapomniałam czegoś wpisać. Płakałam w gabinecie lekarskim, bo spadł o jeden centyl. Dr Miller, która przyjmuje porody w naszym małym miasteczku w Teksasie od lat osiemdziesiątych, w końcu zabrała mi telefon podczas wizyty. Powiedziała mi, że dzieci po prostu rosną na swoich własnych, dziwnych krzywych i o ile aktywnie nie traci na wadze, muszę odinstalować tę aplikację i iść zjeść burgera. Wtedy jej nie uwierzyłam, ale widząc tę małą fokę, jak puchnie jak balon na swoim dziwnym tłustym mleku, dotarło do mnie, że biologia po prostu robi, co chce, niezależnie od naszych tabelek w Excelu.
Faza rzucania i mój ulubiony mors
Kiedy przy moim średnim dziecku przeszliśmy na stałe pokarmy, zdążyłam już zrezygnować z aplikacji. Ale wtedy weszliśmy w fazę rzucania. Jeśli macie w domu dwulatka, doskonale wiecie, o czym mówię. Patrzy ci prosto w oczy, uśmiecha się i posyła miskę spaghetti przez całą kuchnię, jakby startował w rzucie młotem na igrzyskach. Próbowałam każdego talerzyka z przyssawką dostępnego na rynku. Większość z nich obiecuje przemysłową siłę trzymania, ale moje dziecko odrywało je od tacki krzesełka niczym mokrą karteczkę samoprzylepną.

W końcu kupiłam Silikonowy Talerzyk z Morsem od Kianao, bo pomyślałam, że kształt zwierzaka jest uroczy i szczerze mówiąc, byłam zdesperowana. Powiem wam wprost – to cudo naprawdę trzyma się stołu. Ma tę masywną przyssawkę i trzeba nacisnąć środek, żeby go zassać. Jak już przylepi się do mojego taniego stołu z laminatu, oderwanie go wymaga solidnej, dorosłej siły. Podaję w nim te zupełnie zwyczajne, nie w pięćdziesięciu procentach tłuste posiłki w małych przegródkach, a podniesione krawędzie powstrzymują moje dziecko przed zrzucaniem groszku na podłogę. No i to jest mors, co dla moich dzieciaków jest wystarczająco blisko foki, żeby były zachwycone.
Przy okazji zakupów dorzuciłam do koszyka ich Drewniano-Silikonową Zawieszkę do Smoczka. Jest okej. Wygląda naprawdę ładnie z tymi drewnianymi koralikami i trzyma smoczek tak, jak powinna. Ale moja najmłodsza córka to mały łobuz i i tak potrafi ciągnąć ją po podłodze, dopóki cała nie obklei się sierścią naszego golden retrievera. Jeszcze się nie zepsuła, a to już więcej niż mogę powiedzieć o tych plastikowych zawieszkach z marketu, które pękają, gdy tylko źle na nie spojrzysz, choć wiadomo – nadal musisz ją ciągle myć.
Prawda o tym puszystym, białym futerku
Wracając do fok. Zaraz po urodzeniu mają w zasadzie dość obrzydliwy, żółtawy kolor, a dopiero po kilku dniach zamieniają się w te jaskrawo białe, puszyste śnieżki, które widzicie na kalendarzach. To białe futro ma stanowić kamuflaż na śniegu i zapewniać im ciepło, podczas gdy ich mama zajmuje się tym, co robią focze mamy, gdy porzucają swoje dzieci.
Ta cała sprawa z izolacją termiczną przypomina mi moją babcię Betty. Kochana kobieta, ale była przekonana, że każda temperatura poniżej 24 stopni to arktyczny mróz, który natychmiast wywoła u moich dzieci zapalenie płuc. Mieszkamy na prowincji w Teksasie. Jest tu gorąco przez niemal cały rok. Ale ona potrafiła zjawić się pod koniec maja z grubymi, gryzącymi, neonowożółtymi kocykami zrobionymi na szydełku i upierała się, żebym opatuliła nimi spocone niemowlę. Wiecznie się o to kłóciłyśmy.
Teraz, gdy prowadzę mały sklep na Etsy z dekoracjami do pokoju dziecięcego, spędzam dużo czasu, przeglądając materiały i tkaniny, i uświadamiam sobie, że babcia miała rację w kwestii dbania o to, by maluchom było przytulnie, nawet jeśli jej wykonanie było zupełnie nietrafione w naszym klimacie. Prawda jest taka, że chcecie rzeczy oddychających. Kianao ma całą linię zrównoważonych produktów dla dzieci, opartych na naturalnych włóknach, które naprawdę pozwalają skórze dziecka oddychać, zamiast więzić je w poliestrowej saunie.
Jeśli szukacie czegoś, co naprawdę pomoże uspokoić marudnego malucha bez duszenia go w warstwach ubrań, sprawdźcie Silikonowy Gryzak w Kształcie Kaktusa z ich kolekcji. Jest miękki, wykonany z bezpiecznego silikonu spożywczego, a gdy zrobi się lepki, można go po prostu wrzucić do zmywarki. Nie ogrzeje dziecka na górze lodowej, ale powstrzyma je przed obgryzaniem wam obojczyków, gdy zaczną mu wychodzić pierwsze zęby.
Przestańcie straszyć swoje dzieci pogodą i klimatem
Musimy poważnie porozmawiać o tym, jak rozmawiamy z dziećmi o środowisku. Jestem jak najbardziej za ratowaniem planety. Segreguję śmieci. Kupuję zrównoważone ekologicznie talerzyki dla dzieci. Ale sposób, w jaki uczymy maluchy o zmianach klimatu, zakrawa na znęcanie się. Ludzie wciąż dają Liamowi w prezencie te pięknie zilustrowane, niesamowicie dołujące książeczki dla dzieci o głodujących niedźwiedziach polarnych i topniejących lodowcach. Kto pisze takie rzeczy dla trzylatków?

Przez te książki Liam przeszedł przez solidną, półroczną fazę kompletnego paraliżu z powodu eko-lęku. Potrafił stać zamrożony przy otwartej lodówce, płacząc histerycznie, bo myślał, że zostawienie otwartych drzwi na dziesięć sekund, by wyciągnąć paluszek serowy, osobiście stopi domek małej foki. Zapytał mnie, czy pojechanie naszym SUV-em do sklepu oznacza, że ocean zaraz pochłonie nasze miasto. Już i tak oszczędzam na jego studia; nie mam funduszy na opłacenie ogromnej ilości terapii, jakiej to dziecko będzie potrzebować tylko po to, żeby poradzić sobie z samym faktem istnienia na Ziemi.
Czytałam artykuł pewnego ekologa morskiego nazwiskiem dr James Grecian, który w zasadzie stwierdził, że robimy to zupełnie źle. Małe dzieci nie potrafią pojąć abstrakcyjnych globalnych katastrof. Po prostu wewnętrznie przyjmują ten terror. Zamiast mówić im, że świat płonie, musimy po prostu uczyć je empatii dla zwierząt i dawać im małe, namacalne zadania, nad którymi mogą mieć kontrolę we własnym domu. W końcu musiałam posadzić Liama i wytłumaczyć mu, że jego jedynym zadaniem na ten moment jest wyrzucanie kartoników po soku do niebieskiego kosza, a my, dorośli, zajmiemy się lodowcami.
Jeśli wasze maluchy po prostu pamiętają o zgaszeniu światła po wyjściu z łazienki, odwalacie jako rodzice kawał świetnej roboty.
Zasady oglądania dzikich zwierząt
Ponieważ mieszkamy w Teksasie, raczej nie potykamy się o dzikie foki podczas porannego spaceru do skrzynki na listy. Ale czasami jeździmy nad wybrzeże Zatoki Meksykańskiej i zasady dotyczące dzikich zwierząt na plaży są dość uniwersalne. Okazuje się, że jeśli kiedykolwiek zobaczycie małą fokę na plaży, powinniście zachować od niej odległość co najmniej pięćdziesięciu metrów. Wydaje mi się, że to prawie połowa boiska piłkarskiego.
Ludzie widzą te puszyste białe zwierzątka i mają zwarcie w mózgu. Myślą, że są w filmie Disneya i chcą podejść, by zrobić sobie selfie na Instagrama. Ale mama zazwyczaj pływa tuż przy brzegu i ma oko na swoje dziecko. Jeśli zobaczy tłum ludzi tłoczących się przy jej maluchu w identycznych wakacyjnych koszulkach, po prostu odpłynie. Bez owijania w bawełnę – porzuci młode, bo założy, że już przepadło na rzecz drapieżników. Dlatego, gdy idziemy na plażę, po prostu mówię moim dzieciom, żeby udawały, że każde zwierzę, które widzą, jest zrobione z lawy.
Rodzicielstwo jest wystarczająco trudne i bez porównywania się do dzikich zwierząt czy stresowania się każdym mililitrem mleka lub kawałkiem plastiku. Wszyscy po prostu próbujemy utrzymać nasze dzieci nakarmione, ubrane i w miarę przy zdrowych zmysłach. Więc zróbcie sobie kawę, przestańcie gapić się w apkę do śledzenia karmień i pamiętajcie, że wy przynajmniej nie zostawiłyście swojego dziecka na górze lodowej po zaledwie dwunastu dniach.
Weźcie głęboki oddech, bądźcie dla siebie wyrozumiałe, a jeśli chcecie ułatwić sobie życie choć o odrobinę, zgarnijcie kilka z tych przysysających się talerzyków z kolekcji do karmienia Kianao, zanim wasz dwulatek zdecyduje się wystrzelić dzisiejszą kolację prosto w sufit.
Pytania, które pewnie jeszcze chodzą wam po głowie
Czy małe foki grenlandzkie naprawdę rodzą się białe?
Nie, wcale nie. Rodzą się dość żółtawe i mało apetyczne, jakby były czymś poplamione, co szczerze mówiąc poprawiło mi humor, jeśli chodzi o to, jak dziwnie wyglądają ludzkie noworodki zaraz po przyjściu na świat. Potrzeba kilku dni, żeby ich futerko zmieniło się w ten jaskrawy, puszysty, biały płaszczyk, który wszystkim tak bardzo się podoba. Więc nie przejmujcie się, jeśli przez pierwszy tydzień wasze dziecko przypomina zgniecionego ziemniaka – to zupełnie naturalne.
Jak długo naprawdę piją mleko matki?
Dwanaście dni. Mówię serio. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Matka po prostu pompuje w nie to szalenie tłuste mleko przez niecałe dwa tygodnie, patrzy jak robią się niesamowicie grube, a potem zostawia je, by same radziły sobie z resztą życia na lodzie. Zawsze, gdy czuję się winna, że szybciej skończyłam karmić, bo bolały mnie plecy, po prostu myślę o foczej mamie, która już płynie sobie do Meksyku czy gdzie one tam odpływają.
Dlaczego mojemu lekarzowi tak bardzo zależy na siatkach centylowych?
Ponieważ muszą mieć jakiś punkt odniesienia, by upewnić się, że dzieci rosną. Ale szczerze mówiąc, moja lekarka powiedziała mi, że bardziej chodzi o podążanie ich własną krzywą, niż o bycie na samym szczycie wykresu. Jeśli twoje dziecko jest na 15. centylu i utrzymuje się na 15. centylu, prawdopodobnie wszystko z nim w porządku. Po prostu przestań je ważyć na wadze kuchennej. Doprowadziłam się tym na skraj załamania nerwowego, a to i tak nic nie zmieniło w kwestii tego, jak rozwijał się Liam.
Czy te silikonowe talerzyki naprawdę trzymają się stołu?
Ten w kształcie morsa tak. Musisz tylko upewnić się, że dno talerzyka i stół są w miarę czyste, a potem dociskasz dokładnie na środku, żeby wypchnąć powietrze. Kiedy już się przyssie, mój dwulatek nie jest w stanie go oderwać, co oznacza, że nie muszę tak często myć podłogi. A po wszystkim po prostu wrzucam go do dolnego kosza w zmywarce, mimo że może powinnam kłaść go na górnym. Jeszcze się nie stopił.
Jak rozmawiać z małym dzieckiem o zmianach klimatu i go przy tym nie przerażać?
Nie rozmawiasz z nim o ogromnych, przerażających rzeczach. Po prostu tego nie robisz. Mówisz mu, że kochamy zwierzęta i naturę, więc sprzątamy nasze śmieci i zakręcamy wodę podczas mycia zębów. I to wszystko. Skup się na rzeczach, które realnie, fizycznie mogą zrobić we własnym domu. Zostaw poważną naukową panikę na czasy liceum, kiedy będą w stanie odpowiednio to przetworzyć bez obaw, że niedźwiedź polarny zaraz włamie się do ich sypialni.





Udostępnij:
Prawda o sosach dla niemowląt: dlaczego niedzielny obiad wymaga zmian
Co zrobić, gdy dzieci znajdą w ogrodzie ptaka drapieżnego