Jest wtorek, 22:43, a ja siedzę po lewej stronie kanapy, mając na sobie dresy ze studiów z dosłowną dziurą na kolanie i stanik do karmienia, którego tak naprawdę nie potrzebuję od dwóch lat, ale nie potrafię go wyrzucić, bo w dotyku przypomina czuły uścisk. Mark chrapie na górze na tyle cicho, że nie mam wymówki, by go obudzić i ponarzekać, ale wystarczająco głośno, by niesamowicie mnie to irytowało. Piję bezkofeinową kawę w temperaturze pokojowej – co jest obrzydliwe, dlaczego sobie to robię? – i krzyczę na Diane Keaton na ekranie telewizora.

Nie oglądałam filmu Baby Boom z 1987 roku, odkąd byłam nastolatką. Wtedy myślałam, że to po prostu urocza, dziwaczna komedia romantyczna o wygadanej nowojorskiej dyrektorce, która dziedziczy malucha po dalekim krewnym, wpada w panikę i przeprowadza się na wieś. Ale oglądając go teraz, gdy na piętrze śpią czterolatek i siedmiolatka? O rany.

To nie jest komedia. To przerażająco dokładny dokument o obciążeniu psychicznym, całkowitej niemożności „posiadania wszystkiego” i czystej, niczym niezmąconej panice na myśl o tym, że jesteś w pełni odpowiedzialna za małego, lepkiego człowieka. Zanim miałam dzieci, patrzyłam, jak J.C. Wiatt (Keaton) maszeruje po swoim nieskazitelnym, niezabezpieczonym przed dziećmi apartamencie na Manhattanie, niosąc czternastomiesięczne dziecko pod pachą jak piłkę do rugby, i uważałam to za przezabawną komedię sytuacyjną. Teraz patrzę na ten „chwyt rugby” i krzyczę w duchu o dysplazji stawów biodrowych i braku ergonomicznych nosidełek w latach 80.

W każdym razie, oglądanie tego filmu z perspektywy całkowicie wyczerpanej, współczesnej mamy-milenialski jest głęboko wstrząsającym przeżyciem.

Korporacyjna kara za macierzyństwo wciąż jest dokładnie taka sama

Na początku filmu jest scena, która sprawiła, że krew we mnie zawrzała tak bardzo, że musiałam go zatrzymać i agresywnie zjeść garść czerstwych krakersów w kształcie rybek Leo, żeby się uspokoić. J.C. jest konsultantką ds. zarządzania z perspektywą zostania wspólnikiem. Prawdziwa „Kobieta Tygrys”. Dziedziczy to dziecko i dosłownie następnego dnia jej szefowie wzywają ją do wyłożonego boazerią biura i w zasadzie degradują. Zakładają, że skoro jest teraz matką, jej mózg zamienił się w papkę i nie poradzi sobie z kluczowymi klientami. Nawet jej o to nie pytają! Po prostu kradną jej klientów.

Chodzi mi o to, że owszem, technicznie rzecz biorąc, ten rażący poziom dyskryminacji jest dziś nielegalny na mocy różnych polityk HR, ale błagam. Czy naprawdę będziemy udawać, że to wciąż się nie zdarza? Kiedy wróciłam z urlopu macierzyńskiego z Mayą, byłam niezwykle wyczulona na to, jak jestem postrzegana w mojej dawnej pracy w wydawnictwie. Dosłownie chowałam części laktatora poza kadrem podczas spotkań na Zoomie, bo tak bardzo bałam się, że zostanę uznana za „rozproszoną”. Pamiętam, jak siedziałam przed ekranem z przesiąkającą mlekiem jedwabną bluzką, zmuszając się do używania słów takich jak „synergia” czy „przepustowość”, byleby tylko faceci z marketingu nie pomyśleli, że straciłam swój pazur.

Wciąż żyjemy w dokładnie tym samym korporacyjnym paradoksie, który Baby Boom obnażył prawie czterdzieści lat temu. Oczekuje się od nas, że będziemy pracować, jakbyśmy nie miały dzieci, i wychowywać dzieci, jakbyśmy nie miały pracy. To niemożliwe. Kończy się to tylko poczuciem, że ponosi się porażkę we wszystkim jednocześnie.

Sam Shepard jest przystojny, ale nieważne

Ostatecznie J.C. przeprowadza się do Vermont i poznaje Sama Sheparda, który gra przystojnego lokalnego weterynarza. Zakochują się w sobie, co w sumie jest w porządku, ale szczerze mówiąc, o wiele bardziej interesowało mnie, jak radziła sobie z rachunkami za ogrzewanie w nieszczelnym wiejskim domu z małym dzieckiem.

Imperium musu jabłkowego i moje własne zblendowane urojenia

Okej, cała druga połowa filmu opowiada o tym, jak J.C. jest sfrustrowana brakiem na rynku wysokiej jakości jedzenia dla niemowląt. Zaczyna gotować jabłka w swojej wiejskiej kuchni i przypadkowo tworzy „Country Baby” – ogromne imperium organicznych, luksusowych posiłków dla dzieci. I to jest część, która naprawdę obudziła we mnie poporodowe wspomnienia.

The applesauce empire and my own pureed delusions — Why Watching Baby Boom As A Parent Feels Like A Personal Attack

Kiedy Maya miała około sześciu miesięcy, nasz pediatra, dr Miller, rozmawiał ze mną o nowym stanowisku Amerykańskiej Akademii Pediatrycznej w sprawie wprowadzania do diety niemowląt pełnowartościowych, minimalnie przetworzonych produktów. Zaczął rozwodzić się nad najnowszymi badaniami wykazującymi obecność metali ciężkich w gotowych musach dla dzieci i ich ewentualnym wpływie na rozwój neurologiczny. Myślę, że próbował tylko delikatnie zasugerować, bym od czasu do czasu rozgniotła banana, ale mój niewyspany mózg przyswoił te informacje całkowicie błędnie. Wyszłam z przychodni przekonana, że truję własne dziecko marchewką ze sklepu.

Natychmiast postanowiłam, że będę jak J.C. Wiatt. Zamierzałam robić od podstaw własne przeciery z ekologicznych warzyw zbieranych przez mnichów czy coś w tym stylu. Kupiłam drogi robot kuchenny. Gotowałam na parze bataty. Blendowałam groszek, dopóki moja kuchnia nie wyglądała jak miejsce zbrodni z udziałem skrzata. Spędziłam cztery godziny, robiąc trzy maleńkie słoiczki rzemieślniczej brei, a kiedy w końcu podałam ją Mayi, agresywnie wytrąciła mi łyżeczkę z dłoni, rozchlapując pomarańczową maź na sam sufit.

Poddałam się we wtorek. Teraz rozumiem, że nauka dotycząca żywienia dzieci ciągle się zmienia i prawdopodobnie i tak źle zrozumiałam połowę z tego, co powiedział dr Miller. Kiedyś myślałam, że aby być dobrą mamą, muszę perfekcyjnie kontrolować każdy składnik odżywczy trafiający do ciał moich dzieci, ale szczerze mówiąc, wszystkie po prostu próbujemy przetrwać. Jeśli masz energię, by gotować prosto z farmy jabłka w Vermont jak Diane Keaton – podziwiam cię. Jeśli twoje dziecko je właśnie płatki z podłogi w minivanie – ciebie też podziwiam.

Przynajmniej dziś mamy do dyspozycji porządny sprzęt, by przetrwać etapy ząbkowania i karmienia. W filmie dziecko gryzie po prostu jakiś przypadkowy plastik z lat 80. Za każdym razem, gdy Leo ząbkuje, wciskam w jego małe rączki Gryzak Kianao Panda. Mam ogromne obawy związane z ryzykiem zadławienia i toksycznym plastikiem, więc świadomość, że to w 100% czysty silikon spożywczy, pomaga mi spać w nocy. Albo wiecie, pozwala przymknąć oko na dwadzieścia minut, zanim znów obudzi się z krzykiem.

Porozmawiajmy o ubrankach dla dzieci z lat 80.

Jest taka scena, w której J.C. zabiera małą do sklepu spożywczego, kładzie ją na wadze do warzyw, by sprawdzić, ile waży, a potem próbuje kupić pieluchy. Logistyka opieki nad dzieckiem w latach 80. to istne szaleństwo. Ale te ubranka! TE UBRANKA.

Każdy strój, który to biedne dziecko ma na sobie w filmie, wygląda na sztywny, drapiący i ma za dużo warstw. Dostałam wtórnego wyprysku od samego patrzenia na ekran. Pamiętam, jak patrzyłam na Leo, gdy był noworodkiem, testując urocze przezwiska w stylu „mój mały misiaczku” przez jakieś trzy dni, zanim zdałam sobie sprawę, że wymaga to ode mnie zbyt dużo energii, i po prostu byłam maksymalnie skupiona na tym, co dotyka jego skóry.

To moja absolutnie ulubiona rzecz, jaką odkryliśmy przez te lata: Body bez rękawów z bawełny organicznej od Kianao. Jestem fanką tych ubranek na śmierć i życie.

Oto dlaczego tak bardzo mi na tym zależy. Kiedy Maya miała cztery miesiące, moja teściowa kupiła jej na rodzinną sesję zdjęciową to szalenie skomplikowane, syntetyczne, pokryte tiulem monstrum. Zrobione to było w zasadzie z tego samego materiału co tania zasłona prysznicowa. Założyłam to Mayi, a w ciągu dwudziestu minut cała jej klatka piersiowa pokryła się wściekłą, czerwoną i grudkowatą wysypką. Krzyczała bite dwie godziny, podczas gdy fotograf niezręcznie zerkał na zegarek.

Po tym incydencie wyrzuciłam z jej komody wszystko, co miało w sobie poliester. Body z bawełny organicznej od Kianao to jedyne ubranka, jakich teraz używam jako pierwszej warstwy. Są absurdalnie miękkie, nie mają tych okropnych, drapiących metek, które podrażniają kark, a zakładkowe ramiączka sprawiają, że gdy pielucha przecieknie (a przecieknie NA PEWNO), mogę ściągnąć całość w dół przez tułów, zamiast przeciągać kupę przez głowę. To właśnie te drobne detale ratują zdrowie psychiczne.

Jeśli właśnie toniesz w morzu okropnych, nieoddychających ubranek dla niemowląt, proszę, po prostu przejrzyj kolekcje organiczne Kianao. Skóra twojego maluszka będzie ci wdzięczna.

Próba wykupienia się z chaosu

W filmie J.C. rozwiązuje problemy za pomocą pieniędzy. Kupuje wielki wiejski dom w Vermont, by uciec od wielkomiejskiej presji. Jako współcześni rodzice robimy coś podobnego, tylko na mniejszą skalę. Kupujemy edukacyjne zabawki w nadziei, że magicznie zamienią nasze salony w spokojne, skandynawskie przestrzenie do nauki.

Trying to buy our way out of the chaos — Why Watching Baby Boom As A Parent Feels Like A Personal Attack

Mark, mój mąż, ma obsesję na tym punkcie. Kupił Leo Zestaw Miękkich Klocków dla Niemowląt, bo przeczytał jakiś artykuł o „wczesnym rozumowaniu matematycznym” i świadomości przestrzennej. Siedzi na podłodze z Leo, układa je i pokazuje mu małe symbole zwierząt, opowiadając o rozwoju poznawczym.

Uważam, że są po prostu... w porządku. To są klocki. Szczerze mówiąc, moja ulubiona cecha tych klocków nie ma absolutnie nic wspólnego z rozwojem mózgu Leo. Najbardziej podoba mi się to, że są zrobione z miękkiej gumy. Wiecie, co się dzieje, gdy o 6:00 rano staniecie boso na twardy drewniany klocek, potykając się na oślep w drodze do ekspresu? Umieracie. Dusza opuszcza wasze ciało. Gdy staję na te miękkie klocki, one lekko się uginają, ja cicho przeklinam pod nosem i idę dalej. Oto prawdziwy wyznacznik pięciogwiazdkowej zabawki w moim domu.

Przed dziećmi a po dzieciach

Oglądanie tego filmu przypomniało mi o tym podziale. O ogromnej, niemożliwej do zasypania przepaści między tym, Kim Byłam Wcześniej, a Kim Jestem Teraz. Zanim masz dzieci, patrzysz, jak J.C. Wiatt panikuje z powodu płaczącego dziecka i myślisz: „Wow, ale ona jest oderwana od rzeczywistości”. Po pojawieniu się dzieci, patrzysz, jak zamyka się w łazience, żeby uciec od hałasu i myślisz: „Tak. Dobra strategia. Weź tam głęboki oddech, Diane”.

Jeśli macie nastolatka lub starsze dziecko (film jest od 11 lat ze względu na łagodne motywy dla dorosłych z lat 80. i ludzi pijących wino, by poradzić sobie ze stresem), to naprawdę fascynujący materiał do wspólnego obejrzenia. Maya ma dopiero siedem lat, więc to jeszcze nie ten czas, ale nie mogę się doczekać, by pokazać go jej za kilka lat i zapytać, czy myśli, że dziś w korporacji kobieta wciąż byłaby traktowana jak J.C. Boję się odpowiedzi, ale to rozmowa, którą musimy odbyć.

Więc następnym razem, gdy poczujecie, że nie dajecie rady w tej żonglerce – niemożliwym, niekończącym się łączeniu rodzicielstwa, pracy, karmienia i zwykłego egzystowania – włączcie Baby Boom. Pozwólcie Diane Keaton uprawomocnić wasz chaos. A potem wybaczcie sobie zaserwowanie mrożonych nuggetsów z kurczaka zamiast domowego, rzemieślniczego musu jabłkowego rodem z Vermont.

Jesteś gotowa na odświeżenie garderoby twojego malucha, wymieniając ją na coś, co naprawdę ułatwi ci życie? Złap jedno z tych organicznych body, o których bez przerwy wam opowiadam.

Moje Chaotyczne, Życiowe FAQ o Całej Tej Sytuacji

Czy ten film jest naprawdę bezpieczny dla dzieci?
Cóż, Common Sense Media zaleca od 11 lat. To film z lat 80., więc dorośli od niechcenia piją wino i biorą Valium, by poradzić sobie ze stresem, co z dzisiejszej perspektywy jest wręcz szokujące. Pojawiają się tam łagodne wulgaryzmy i wątki randkowe z przystojnym weterynarzem. Zdecydowanie nie włączyłabym go mojemu czterolatkowi, ale dla ucznia starszych klas podstawówki? Jasne, jest w porządku i to świetny pretekst do rozmowy o tym, jak bardzo (i jak mało) zmieniła się sytuacja kobiet.

Czy robienie własnego jedzenia dla dziecka szczerze mówiąc się sprawdziło?
Absolutnie nie. To znaczy, próbowałam. Naprawdę próbowałam. Ale w rzeczywistości gotowanie, obieranie, blendowanie i przechowywanie maleńkich porcji warzyw, podczas gdy próbujesz pracować i robić pranie, to po prostu zbyt wiele. Porada dr. Millera o unikaniu metali ciężkich naprawdę dała mi do myślenia, ale ostatecznie znalazłam złoty środek – rozgniecenie świeżego awokado zajmuje trzy sekundy. Żaden robot kuchenny nie jest potrzebny. Po prostu robisz to, co możesz.

Czy body z bawełny organicznej od Kianao naprawdę kurczy się w praniu?
Nie, jeśli przestrzegasz instrukcji, czego ja zazwyczaj nie robię. Dosłownie wszystko piorę w zimnej wodzie, bo panicznie boję się zniszczyć rzeczy, i pozwalam im wyschnąć naturalnie, na oparciach krzeseł w jadalni (ku wielkiemu niezadowoleniu Marka). Świetnie trzymają swój kształt. Mają w sobie odrobinę elastanu, który jest tym magicznym składnikiem, powstrzymującym je przed zmianą w smutne, wyciągnięte krótkie topy po tym, jak twoje dziecko 400 razy pociągnie za dekolt.

Dlaczego ten film tak bardzo uderza w matki z pokolenia milenialsów?
Ponieważ sprzedano nam dokładnie to samo kłamstwo, co J.C. Wiatt! Mówiono nam, że możemy „mieć wszystko”, jeśli tylko wystarczająco się zaangażujemy i będziemy grać rolę prawdziwych szefowych. Potem urodziłyśmy dzieci i zorientowałyśmy się, że system jest całkowicie zepsuty, a opieka nad dziećmi jest niemożliwie droga. Obserwowanie, jak Keaton uświadamia sobie, że jej elegancka praca ma w nosie jej nową rzeczywistość, jest głęboko, boleśnie uświadamiające. Wszystkie po prostu próbujemy to jakoś ogarnąć, nie tracąc przy tym zmysłów.

Czy te miękkie klocki naprawdę sprawią, że moje dziecko będzie dobre z matematyki?
Słuchajcie, Mark myśli, że one budują u Leo wczesne umiejętności rozumowania geometrycznego czy cokolwiek w tym stylu. Ja uważam, że to po prostu kolorowe kwadraty, które potrafią zająć go na dwanaście minut, podczas gdy ja odpisuję na maile. Nauka dotycząca wczesnego rozwoju mózgu sprowadza się w zasadzie do „pozwólcie im bawić się rzeczami”, więc możecie do tego dołożyć dowolny edukacyjny niepokój, jaki tylko chcecie. Jak już mówiłam, uwielbiam je po prostu za to, że nie powodują obrażeń fizycznych, kiedy na nie staję.