Jest 2:14 w nocy, a ja stoję w salonie z cyfrowym termometrem do mięsa, żeby zmierzyć temperaturę ziemi w drewnianym pudle. Wewnątrz tego pudła znajduje się stworzenie wielkości herbatnika, które obecnie zajmuje w naszym londyńskim mieszkaniu więcej metrów kwadratowych niż moja własna szafa. Wszystko to wydarzyło się dlatego, że trzy tygodnie temu, w chwili skrajnego osłabienia brakiem snu, zobaczyłam w oknie lokalnego sklepu zoologicznego odręcznie napisane ogłoszenie o sprzedaży małego żółwia i pomyślałam, że będzie on cichym, dostojnym i niewymagającym towarzyszem dla moich dwuletnich bliźniaczek.

Myliłam się tak niewyobrażalnie w każdym najmniejszym aspekcie tej transakcji, że aż jestem pod wrażeniem własnej głupoty.

Istnieje uporczywy mit kulturowy, że te małe stworzonka w skorupach to w zasadzie żywe kamienie, które od czasu do czasu zjedzą kawałek sałaty. Wystarczy wsadzić je do plastikowego pojemnika, czule poklepać po skorupie i zostawić, żeby cię przeżyły. Rzeczywistość jest taka, że utrzymanie przy życiu jednego z tych zwierzaków wymaga inżynierii środowiskowej o precyzji zarezerwowanej zwykle dla wcześniaków i rzadkich orchidei.

Wielka gadzia panika wtorkowego popołudnia

Zanim w ogóle przejdziesz do wymagań elektrycznych, musisz zmierzyć się z biologiczną rzeczywistością tego, co przyniosłaś do domu. Dziewczynki, rzecz jasna, były nim całkowicie zahipnotyzowane. Nie potrafią jeszcze poprawnie wymówić „Terry”, więc za każdym razem, gdy wchodzą do pokoju, po prostu agresywnie wskazują na wybieg i krzyczą „Dzidziuś T!”.

Myślałam, że to urocze, dopóki nie ucięłam sobie swobodnej pogawędki z naszym lekarzem rodzinnym, dr. Evansem, podczas rutynowej kontroli niekończących się żłobkowych przeziębień dziewczynek. Spojrzał na mnie z głębokim, zmęczonym współczuciem i wyjaśnił, że gady to w zasadzie chodząca broń biologiczna, która naturalnie nosi w swoim przewodzie pokarmowym salmonellę, rozsiewając ją na skorupie i w podłożu niczym konfetti.

Według jego dość pilnych wyjaśnień, brytyjska służba zdrowia (NHS) i większość rozsądnych lekarzy zdecydowanie odradza trzymanie czegokolwiek, co ma łuski, w domach z dziećmi poniżej piątego roku życia, ponieważ dwulatki mają absolutnie zerowe pojęcie o zanieczyszczeniach krzyżowych i z radością pogłaszczą gada, a następnie natychmiast włożą całą pięść do buzi. Więc teraz nasza codzienna rutyna polega na tym, że pilnuję drewnianego pudła jak bramkarz w ekskluzywnym klubie, wdrażam wojskowe protokoły mycia rąk, jeśli tylko maluch choćby odetchnie w pobliżu wybiegu, i nieustannie dezynfekuję okoliczne deski podłogowe.

Zostałam amatorskim inżynierem ogrzewania

Nie można trzymać tych stworzeń w szklanym akwarium, ponieważ nie rozumieją koncepcji przezroczystych barier i będą po prostu maszerować wzdłuż szyby, dopóki nie stracą zmysłów ze stresu. Zamiast tego trzeba kupić masywną, płytką drewnianą skrzynię zwaną „stołem dla żółwia”, która zajmuje pół pokoju.

I'm now an amateur heating engineer — Why bringing a baby tortoise into a toddler home is a terrible idea

Potem przychodzi kwestia oświetlenia. Mały żółw wymaga do przetrwania bardzo specyficznego gradientu temperatury, co oznacza, że jedna strona pudełka musi mieć 35 stopni Celsjusza, podczas gdy druga pozostaje na komfortowym poziomie 25 stopni. Wymaga to skomplikowanego systemu ceramicznych promienników ciepła i przerażająco drogich żarówek UVB, które naśladują prawdziwe słońce, aby ich skorupy nie zdeformowały się w okropne piramidy.

Z powodu tego sztucznego słońca prażącego w naszym salonie przez 12 godzin na dobę, temperatura w naszym mieszkaniu wzrosła do tego stopnia, że w listopadzie pocę się w koszulkach z krótkim rękawem. Bliźniaczki w konsekwencji żyją prawie wyłącznie w swoich body niemowlęcych bez rękawów z bawełny organicznej. To była właściwie najmądrzejsza rzecz, jaką kupiłam podczas tego całego fiaska, głównie dlatego, że niebarwiona bawełna organiczna zapobiega okropnym potówkom, gdy salon osiąga temperatury rodem z Sahary, a elastyczne dekolty niesamowicie ułatwiają rozbieranie ich, gdy nieuchronnie wpadam w panikę, że jakimś cudem ubrudziły sobie rękawy ziemią z gadziego wybiegu.

Musisz też codziennie przez piętnaście minut moczyć żółwia w letniej wodzie, w płytkiej podstawce pod doniczkę z terakoty, żeby się nie odwodnił, co jest dokładnie tak ekscytujące, jak brzmi.

(Jeśli właśnie kwestionujesz swoje własne wybory życiowe i chcesz po prostu popatrzeć na normalne, niegadzie rzeczy zaprojektowane dla prawdziwych ludzkich dzieci, możesz przejrzeć kolekcje z bawełny organicznej Kianao właśnie tutaj.)

Stuletni spadek

Być może najbardziej przerażającą częścią tej całej męki był dzień, w którym o mało co nie kupiłam złego gatunku. Kiedy byłam w sklepie, właściciel próbował nakłonić mnie na Sulcatę, czyli żółwia pustynnego. Był wielkości pięciozłotówki i wyglądał absurdalnie uroczo.

Na szczęście spędziłam dokładnie trzy minuty na gorączkowym wyszukiwaniu w Google stojąc w alejce i odkryłam, że te urocze maluchy szybko zmieniają się w 45-kilogramowe opancerzone buldożery, które potrafią przekopać się przez fundamenty i żyją 150 lat. Zrozumiałam, że nie kupuję zwierzaka domowego; kupowałam ogromny ciężar, który moje córki będą musiały w końcu wpisać do swoich własnych testamentów. Zamiast tego zdecydowaliśmy się na żółwia stepowego, który rzekomo dorasta do łatwych w obsłudze dwudziestu centymetrów, choć i tak patrzy na mnie z antyczną, oceniającą pogardą, która sugeruje, że doskonale wie, iż mnie przeżyje.

Rzeczy, które faktycznie powinny lądować w buzi

Ironia próby utrzymania małego żółwia przy życiu polega na tym, że połowę dnia spędzasz na martwieniu się o to, co on je (musisz zbierać konkretne, wolne od pestycydów chwasty, ponieważ sałata z supermarketu wywołuje u nich biegunkę), a drugą połowę na martwieniu się tym, co żują twoje maluchy.

Things that actually belong in a mouth — Why bringing a baby tortoise into a toddler home is a terrible idea

Właśnie teraz bliźniaczkom wyżynają się zęby trzonowe, co oznacza, że mają siłę ugryzienia wściekłego krokodyla. Podczas gdy żółw Terry spokojnie chrupie mlecz, który nielegalnie zerwałam w lokalnym parku, dziewczynki rozpaczliwie próbują obgryzać krawędzie stolika kawowego. Jedyną rzeczą, która uratowała nasze meble, jest silikonowo-bambusowy gryzak w kształcie pandy. Jestem naprawdę zakochana w tej rzeczy. Ma te genialne, małe, teksturowane wypustki, które dziewczynki instynktownie gryzą, a ponieważ jest to w 100% silikon spożywczy, mogę po prostu wrzucić go do zmywarki, gdy nieuchronnie spadnie w pobliżu strefy zagrożenia przy żółwim wybiegu. Jest idealnie płaski i szeroki, co oznacza, że mogą go same trzymać, podczas gdy ja jestem zajęta robieniem czegoś tak absurdalnego, jak posypywanie sterty chwastów wapniem w proszku.

W tym samym czasie kupiłam również zestaw miękkich klocków sensorycznych dla niemowląt, myśląc, że może będą je cicho układać i uczyć się cyferek, podczas gdy ja będę zarządzać poziomem wilgotności dla gada. Jako klocki sprawdzają się świetnie – są miękkie, bezpieczne do nadepnięcia w ciemności i nie zawierają żadnych paskudnych chemikaliów. Ale moje dzieci w ogóle nie są zainteresowane budowaniem z nich. Po prostu ustawiają w wieżę trzy pastelowe kostki, a następnie wystrzeliwują je niczym miękkie pociski w bok stołu żółwia. Myślę, że spełniają swoje zadanie jako rozpraszacz uwagi, nawet jeśli ich edukacyjny aspekt do nich obecnie nie trafia.

Więc, jeśli jesteś zapracowanym rodzicem, który szuka prostego, łatwego w obsłudze zwierzaka, aby przedstawić go swojemu maluchowi, trzymaj się z daleka od działu z gadami. Kup złotą rybkę. Albo jeszcze lepiej, kup bardzo realistycznego pluszaka. Prehistoryczne stworzenia zostaw ludziom, którzy naprawdę czerpią przyjemność z utrzymywania botanicznych stref ciepła w swoich salonach.

Gotowa na ulepszenie czasu zabawy Twojego dziecka rzeczami, które nie wymagają cyfrowego termometru? Odkryj już dziś pełną gamę zrównoważonych, bezpiecznych i niezbędnych produktów dla niemowląt Kianao.

Brudna prawda o małych żółwiach

Czy małe żółwie są naprawdę niebezpieczne dla maluchów?
Według mojego coraz bardziej poirytowanego lekarza, tak. Nie chodzi o to, że ugryzą twoje dziecko (choć mają małe dzioby), ale o ryzyko zakażenia salmonellą. Bakterie te są wydalane wraz z kupą, która trafia do ziemi, a z niej na ich skorupę. Jeśli twój maluch dotknie skorupy, a następnie zje garść rodzynek, czeka was bardzo nieprzyjemna wizyta na SOR-ze.

Czy mogę po prostu trzymać żółwia w szklanym akwarium?
Nie, i przekonałam się o tym na własnej, drogiej skórze. Żółwie nie rozumieją szkła. Widzą tylko pokój ciągnący się po drugiej stronie i będą agresywnie napierać na niewidzialną ścianę przez dziesięć godzin z rzędu, aż pochorują się ze stresu. Potrzebujesz nieprzezroczystego pojemnika lub drewnianego stołu dla żółwi.

Dlaczego ludzie mówią, że są drogie w utrzymaniu?
Ponieważ sam żółw kosztuje około 350 złotych, ale sprzęt potrzebny, by utrzymać go przy życiu, to mała fortuna. Musisz kupić specjalne świetlówki UVB, które symulują słońce, żeby ich kości się nie rozpuściły, i musisz wymieniać te żarówki co sześć miesięcy, nawet jeśli nadal świecą, ponieważ spada emisja niewidzialnego promieniowania UV. Dodatkowo, twój rachunek za prąd poszybuje w górę z powodu działania lamp grzewczych przez cały dzień.

Czy naprawdę potrzebują kąpieli każdego dnia?
Kiedy są malutkie, tak. Okazuje się, że fatalnie radzą sobie z piciem z miseczki i szybko tracą wilgoć pod tymi masywnymi lampami grzewczymi. Musisz moczyć je w ciepłej, płytkiej wodzie (tylko do podbródka, żeby nie utonęły) przez około 15 minut. Pomaga im to utrzymać nawodnienie i zachęca do zrobienia kupy do wody, a nie na wybiegu, co w sumie jest całkiem wygodne.

Co się stanie, jeśli przez przypadek kupię żółwia pustynnego (Sulcatę)?
W końcu będziesz musiała oddać swój ogród stworzeniu wielkości małego traktora. Kiedy się wykluwają, wyglądają jak maleńkie, urocze kamyczki, ale rosną potwornie szybko i przeżyją twoje wnuki. Jeśli upierasz się, żeby przynieść to do domu, trzymaj się żółwi greckich lub stepowych.