Byłem właśnie w trakcie zdrapywania czegoś, co z pewnością było skamieniałymi płatkami Weetabix z kuchennej listwy przypodłogowej, podczas gdy moje córki bliźniaczki, Maya i Zoe, były zajęte dyrygowaniem bardzo głośną, rytmiczną symfonią przy użyciu dwóch drewnianych łyżek i rondelka. Miały na sobie urocze, grube, małe dziergane buciki, które moja mama przysłała z Yorkshire. Oczywiście, jako ojciec-millenials, który wciąż od czasu do czasu pragnie aprobaty obcych ludzi w internecie, wyciągnąłem telefon. Nagrałem krótki, dziesięciosekundowy filmik ich chaotycznego małego tańca, otworzyłem Instagrama i zacząłem wpisywać hasztagi.
Na początku postawiłem na klasykę. Wpisałem standardowe tagi taty bliźniaczek, dorzuciłem wzmiankę o naszej porannej rutynie, a potem, patrząc na ich małe stópki, postanowiłem być nieco bardziej kreatywny. Przypomniałem sobie, że widziałem nastolatków używających w sieci zwrotu „baby boo”, więc go wpisałem. Następnie, czując się szczególnie pomysłowo w kwestii ich obuwia, z dużą pewnością siebie wystukałem zupełnie nowy, bardzo specyficzny hasztag („baby booter”), który – jak sądziłem – właśnie wymyśliłem na poczekaniu, by opisać moje maluchy w ich małych bucikach. Wcisnąłem „Opublikuj”, rzuciłem telefon na blat i wróciłem do szorowania zaschniętego mleka z linoleum.
Dokładnie cztery minuty później mój telefon zaczął wibrować tak agresywnie, że o mało nie spadł z szafki. To był SMS od mojej dziewiętnastoletniej siostrzenicy, Chloe. Był napisany samymi wielkimi literami – to typograficzny wybór, który zazwyczaj rezerwuje na momenty, gdy Harry Styles zrobi coś ze swoimi włosami. Wiadomość brzmiała: WUJKU TOM, USUŃ TEN HASZTAG W TEJ CHWILI, O MÓJ BOŻE, CZY TY W OGÓLE WIESZ, CO TO ZNACZY?!
Poranek, w którym przypadkowo „skancelowałem” własne dzieci
Stałem tak z wilgotną gąbką w jednej ręce i telefonem w drugiej, patrząc, jak Maya próbuje nakarmić kota kłaczkiem kurzu. Szybko usunąłem post, a potem, z narastającym przerażeniem starszego faceta, który właśnie zdał sobie sprawę, że kompletnie nie rozumie kultury młodzieżowej, otworzyłem Urban Dictionary, żeby wyszukać znaczenie frazy, którą właśnie wykrzyczałem na cały świat.
Powiem wam tak: kiedy jesteś niewyspanym rodzicem próbującym ogarnąć erę cyfrową, internet zdecydowanie nie jest twoim przyjacielem. Założyłem, że ten termin to po prostu urocza wariacja na temat pieszczotliwego zwrotu, a może jakieś nieszkodliwe nawiązanie do zimowej garderoby. Sromotnie się myliłem. Okazuje się, że ta konkretna kombinacja słów nie ma absolutnie nic wspólnego z pediatrią, uroczym obuwiem czy rozwojem dziecka.
Usiadłem ciężko na jednym z malutkich plastikowych krzesełek dziecięcych, które trzymamy w kuchni (krzesełko natychmiast jęknęło pod moim ciężarem) i przeczytałem dwie główne definicje. Według rozległego, bezprawnego pustkowia internetowych słowników slangu, pierwsza definicja odnosi się do wyrodnego mężczyzny, który celowo zapładnia wiele kobiet w ramach jakiejś chorej, socjopatycznej rywalizacji, całkowicie unikając przy tym obowiązków rodzicielskich i płacenia alimentów. Spojrzałem na Zoe, która właśnie założyła rondelek na głowę jak hełm, a potem z powrotem na telefon. Właśnie otagowałem moją dwuletnią córkę jako płodnego, wyrodnego ojca.
Ale zaraz, robi się jeszcze gorzej. Przewinąłem w dół do drugiej definicji. We współczesnym slangu ulicznym, mocno spopularyzowanym przez pewne zakamarki TikToka i YouTube Shorts, „booter” to określenie na strzelca lub bandytę z bronią. W związku z tym dodanie przed nim słowa „baby” odnosi się do bardzo młodego, nieletniego członka gangu ulicznego, biorącego czynny udział w strzelaninach.
W zasadzie właśnie opublikowałem uroczy, skąpany w słońcu filmik, na którym moje maluchy jedzą organiczne chrupki marchewkowe, i opisałem je jako nieobecnych ojców lub uzbrojonych uciekinierów.
Co algorytm tak naprawdę myśli, że robisz
Czysty absurd tej sytuacji nie pozwalał mi zasnąć tamtej nocy (no, to i Maya decydująca, że 3:00 nad ranem to idealny czas, by zażądać szczegółowych wyjaśnień, gdzie księżyc chowa się w ciągu dnia). Nie mogłem pojąć, dlaczego tak skrajnie niestosowna fraza w ogóle pojawiła się w autouzupełnianiu na moim telefonie.

Wpadając w króliczą norę forów dla rodziców i algorytmicznych dziwactw, odkryłem, że nie jestem jedynym rodzicem, który złapał się w tę językową pułapkę. Najwyraźniej w mediach społecznościowych krążył ostatnio zupełnie niewinny trend taneczny, ale ponieważ algorytmy na tych platformach są równie bystre co maluch w sklepie ze słodyczami, zaczęły grupować podobnie brzmiące słowa kluczowe. Niewinni rodzice szukający uroczych przezwisk zostali nagle porwani przez falę głęboko niestosownego slangu ulicznego, tworząc dziwaczny crossover między rodzinnym vlogowaniem a dokumentami o gangach.
Czytałem wprawdzie, że niektórzy używali tego określenia zamiennie podczas jakiegoś wyzwania tanecznego, ale szczerze mówiąc, moje chrząstki w kolanach trzeszczą zbyt głośno, żebym przejmował się choreografiami z TikToka, więc całkowicie zignorowałem ten fakt.
Dlaczego pracownicy służby zdrowia prawdopodobnie nienawidzą naszych smartfonów
Całe to fiasko naprawdę zmusiło mnie do zmierzenia się z tym, jak bardzo nasze rodzicielstwo splotło się z cyfrowym światem. Kilka tygodni wcześniej, nasza pielęgniarka środowiskowa – genialnie surowa kobieta, która zawsze patrzy na mnie, jakbym był nieco rozczarowującym eksperymentem naukowym – przyszła na bilans dwulatka dziewczynek.
Kiedy je ważyła, wymownie wskazała na mój telefon leżący na kanapie i mruknęła coś o pętlach dopaminowych i rozwijającym się mózgu. Przyznam, że ledwie zrozumiałem neurobiologię, którą cytowała (głównie dlatego, że jednocześnie próbowałem powstrzymać Zoe przed zjedzeniem zbłąkanego kawałka kociej karmy z dywanu), ale ogólny sens był przerażający. Wspomniała, że wczesna ekspozycja na platformy napędzane algorytmami i dynamiczny żargon internetowy fizycznie zmienia ścieżki neuronowe dziecka, pozostawiając je chronicznie przebodźcowanym i całkowicie niezdolnym do przetwarzania powolnej, nudnej rzeczywistości prawdziwego, fizycznego świata.
To uświadomiło mi, że ochrona moich dzieci to nie tylko usunięcie przypadkowego hasztagu powiązanego z gangiem; to fundamentalna zmiana środowiska, w którym dorastają. Nie chciałem, aby ich najwcześniejsze wspomnienia były filtrowane przez ekran, i z pewnością nie chciałem, aby ich cyfrowy ślad ukształtował się, zanim będą potrafiły poprawnie wymówić własne imiona.
Wylogowanie się, zanim wszyscy stracimy rozum
Od razu następnego ranka zdecydowałem, że oficjalnie robimy cyfrowy detoks. Wepchnąłem mój telefon do chlebaka (gdzie tragicznie spędził dwa dni, bo zapomniałem, gdzie go położyłem) i w pełni poświęciłem się analogowej zabawie. Jeśli kiedykolwiek próbowaliście nagle usunąć ekrany i cyfrowy hałas z życia współczesnego malucha, wiecie, że syndrom odstawienia jest bardzo realny. Wędrują po salonie, wyglądając jak mali, zdezorientowani turyści, którzy zgubili swojego przewodnika.

To właśnie wtedy w końcu się poddałem i kupiłem porządne, staromodne drewniane zabawki, i szczerze mówiąc, to uratowało moje zdrowie psychiczne. Moim absolutnie ulubionym dodatkiem do naszego salonu jest Drewniany Stojak Edukacyjny z Zestawem Zwierzątek. W świecie całkowicie zdominowanym przez mrugające plastikowe potworki, które fałszują piosenki o kształtach, w czystym, naturalnym drewnie jest coś głęboko uspokajającego.
Kiedy pierwszy raz go złożyłem, bliźniaczki po prostu leżały pod nim w zdumionym milczeniu. Stojak nie wydaje dźwięków, nie próbuje zbierać ich danych i z pewnością nie zna żadnego ulicznego slangu. Po prostu tam jest – pod postacią pięknie wyrzeźbionego słonia i słodkiego małego drewnianego ptaszka. Patrzyłem, jak wyciągają rączki i chwytają gładkie drewniane kółka, całkowicie zahipnotyzowane organiczną teksturą i delikatnym stukotem drewnianych koralików. Stojak jest wykonany z twardego drewna pozyskiwanego w sposób zrównoważony, co oznacza, że faktycznie wytrzyma dwulatka traktującego go jak drabinki na placu zabaw, a w salonie wygląda tak uroczo, że nie czuję potrzeby chowania go, gdy przychodzą do nas dorośli.
Jeśli wy również próbujecie uciec od przerażającego świata algorytmicznego rodzicielstwa, może zechcecie przyjrzeć się szerszej ofercie zrównoważonych zabawek Kianao, ponieważ krok wstecz do świata analogowego to najlepsza rzecz, jaką zrobiliśmy dla zbiorowego ciśnienia krwi naszej rodziny.
Rzeczywistość analogowego rodzicielstwa
Oczywiście, nie każda analogowa zabawka to magiczne panaceum na wszystkie bolączki. W moim antiekranowym szaleństwie kupiłem też Zestaw Miękkich Klocków dla Dzieci. Strona internetowa opisywała je jako mające „kolory makaroników”, co tak naprawdę jest po prostu bardzo eleganckim określeniem na pastele. Są w porządku, tak sądzę. Dziewczynki głównie używają ich tylko do budowania abstrakcyjnych wież, po czym z impetem je rozkopują, a czasami celują jednym w moją głowę, gdy próbuję w spokoju napić się herbaty. Jedynym prawdziwym plusem jest to, że są wykonane z miękkiej gumy, więc gdy niechybnie nadepnę na któryś o 5 rano w ciemności, boli to o włos mniej niż wdepnięcie w klasyczny, naładowany jak broń plastikowy klocek.
Jednak tym, co naprawdę uratowało nam życie, jest Gryzak Panda. Kiedy w zeszłym miesiącu Zoe opętały demony ząbkowania, zamieniając moje zazwyczaj słodkie dziecko we wściekłego rosomaka chcącego obgryzać krawędź szklanego stolika kawowego, ta mała silikonowa panda była naszą jedyną linią obrony. Wykonana z bezpiecznego, spożywczego silikonu, jest całkowicie nietoksyczna i, co kluczowe, można ją wrzucić do lodówki. Wręczenie wściekłemu maluchowi chłodnej, teksturowanej pandy do gryzienia zamiast mojego iPhone'a to być może największy rodzicielski trik, jaki odkryłem w tym roku.
Prawda jest taka, że próba nadążania za internetem, gdy starasz się utrzymać dwoje małych ludzi przy życiu, to gra z góry skazana na porażkę. Zamiast robić audyt swoich hasztagów w mediach społecznościowych, oblewając się zimnym potem nad słownikami slangu i martwiąc o cyfrowy ślad swojego dziecka, po prostu schowaj telefon do szuflady, usiądź na dywanie i pozwól im żuć drewnianego ptaszka, dopóki oboje nie poczujecie się znów odrobinę bardziej jak ludzie.
Jeśli jesteście gotowi przestać przejmować się tym, co internet myśli o waszym rodzicielstwie i po prostu chcecie kilku pięknych, cichych zabawek dla swoich dzieci, zajrzyjcie do sklepu Kianao, zanim przypadkowo dołączycie do cyfrowego gangu ulicznego.
Pytania, które wciąż słyszę o całym tym bałaganie
Od czasu tego incydentu pisało do mnie w panice kilkoro znajomych rodziców, którzy popełnili podobne błędy w mediach społecznościowych. Oto, co zazwyczaj im odpowiadam.
Co tak naprawdę znaczy „baby booter”?
Mimo że brzmi jak urocze, pieszczotliwe określenie, tak naprawdę to internetowy slang oznaczający albo wyrodnego ojca uciekającego przed płaceniem alimentów, albo bardzo młodą osobę zamieszaną w porachunki gangów i strzelaniny. Wiem, to całkowicie chore. Posłuchajcie mnie i nie używajcie go pod filmikami swoich dzieci jedzących owsiankę.
Dlaczego ten slang nagle jest wszędzie w mediach społecznościowych?
Ponieważ algorytmy, które kierują naszym życiem, mają potężne wady. Pojawił się uroczy trend taneczny, a algorytm TikToka jakimś cudem wymieszał niewinne hasztagi z przerażającym slangiem ulicznym. To po prostu klasyczny przypadek tego, jak internet bierze coś zdrowego i od razu psuje to dla wszystkich.
Czy powinienem usunąć stare zdjęcia, jeśli użyłem złego hasztagu?
Ja to zrobiłem bez zastanowienia, solidnie się przy tym pocąc. Cyfrowy ślad twoich dzieci jest nieusuwalny, a powiązanie ich zdjęć z dzieciństwa ze slangiem gangów nie jest wymarzonym startem w życie. Jeśli użyłeś sformułowań, co do których nie masz 100% pewności, po prostu wróć do postów i wyczyść podpisy. Lepiej dmuchać na zimne, niż przypadkowo stać się viralem z najgorszego możliwego powodu.
Jak nadążyć za tym, co bezpiecznie można mówić w sieci?
Nie nadążysz. To fizycznie niemożliwe. Zanim dowiesz się, co znaczy dane słowo, nastolatki zdążą już wymyślić coś nowego, przez co i tak wyjdziemy na głupków. Trzymaj się absolutnych podstaw, takich jak #baby czy #toddler, albo zrób to, co robię teraz ja – w ogóle nie publikuj zdjęć publicznie, tylko wysyłaj je bezpośrednio do swojej mamy.
Czy odłączenie dzieci od sieci naprawdę poprawia ich zachowanie?
Z mojego bardzo chaotycznego, nienaukowego doświadczenia wynika, że tak. Pierwsze dwa dni bez dostępu do iPada to absolutne tortury (dla nich i dla mnie), ale kiedy uświadamiają sobie, że świecący prostokąt już nie wróci, naprawdę zaczynają bawić się swoimi drewnianymi zabawkami. Śpią lepiej, krzyczą trochę mniej i nie muszę martwić się tym, czego uczy ich TikTok.





Udostępnij:
Trudne początki z noworodkiem: jak przetrwać i nie zwariować
Jak ogarnąć mycie butelek o 2 w nocy (i dlaczego zmieniliśmy metodę)